Telefon i czarny worek
Bez tych dwóch atrybutów nie sposób dziś pracować na szpitalnym oddziale ratunkowym. Przepełnione placówki wymuszają poszukiwanie miejsca dla pacjentów, niektórzy nie doczekają na łóżko – o realiach pracy na SOR w czasie epidemii pisze Paulina Nowosielska
Na jednorazowy strój dla personelu medycznego zakładam kombinezon ochronny, ochraniacze na buty i rękawiczki, które pielęgniarka pomaga mi na nadgarstkach obkleić taśmą, by szczelnie połączyć z rękawami. Następnie maskę FFP3, gogle, czepek na włosy. Do tego kolejne rękawiczki i przyłbica. W pierwszym momencie nie można złapać oddechu, w kolejnym gogle zaparowują. Żeby móc się poruszać, trzeba uspokoić serce i umysł, bo nieprzyzwyczajony człowiek czuje się jak w pułapce. Ja na szczęście z przyłbicy mogę zrezygnować. Co innego lekarze i pielęgniarki, którzy mają bezpośredni kontakt z zakażonymi. W takim stroju muszą pracować, wykonywać precyzyjne zabiegi. I tylko w takim stroju mogą podejść do pacjentów leżących na sali obserwacyjnej Szpitalnego Oddziału Ratunkowego Szpitala Specjalistycznego im. Żeromskiego w Krakowie. – Wchodzimy tam na trzy godziny, a potem zmiana, bo bez chwili swobodniejszego oddechu nie sposób dłużej wytrzymać – mówią.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.