Prawdziwek bez atestu, czyli grzyby po polsku
Sprzedaż grzybów w Polsce to wolna amerykanka. Przy drodze i na straganach kontrolerzy znajdują dobre grzyby wymieszane z trującymi.
Teoretycznie sprzedawcy grzybów powinni dysponować atestem wystawionym przez tzw. klasyfikatora.
Praktyka jest prozaiczna. W Białymstoku zamiast smardzów sprzedawano śmiertelnie niebezpieczne piestrzenice kasztanowate, a borowiki szatańskie udawały prawdziwki. W Szczecinie dwudziestolatek walczy o życie po zatruciu muchomorem, podobnie sześcioletni Tomek w Warszawie.
Można je kupić na targowiskach, chociaż niektóre miasta wprowadziły całkowity zakaz sprzedaży grzybów na bazarach. Ale tam przynajmniej od czasu do czasu zdarzają się kontrole sanepidu czy straży miejskiej. Przy drogach czy w internecie sprzedaży grzybów nie kontroluje już nikt.
Tymczasem zgodnie z przepisami każdy sprzedawca grzybów powinien uzyskać w sanepidzie atest u klasyfikatora, a w przypadku grzybów suszonych - u grzyboznawcy.
Na szczęście, jak przyznaje Urszula Sienkiewicz z białostockiego magistratu, coraz więcej osób na własną rękę przynosi do sanepidu zebrane lub kupione grzyby. Ich przebadanie jest bezpłatne.
MK
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu