Przeszczepy serc w Polsce padły ofiarą biurokracji
W rok po śmierci prof. Zbigniewa Religi polska transplantologia przeżywa kryzys. Niewydolny system torpeduje wysiłki lekarzy.
35-latka Adrianna Szklarz z Gorzowa Wielkopolskiego cudem doczekała się operacji, która była jedynym remedium na jej poważną, wrodzoną wadę. Na nowe serce czekała siedem lat. Udało jej się. Około 45 proc. oczekujących umiera, nie doczekawszy przeszczepu.
Prof. Zbigniew Włodarczyk, konsultant transplantologii w województwie kujawsko-pomorskim, nie zrzuca jednak winy na aferę rozpętaną przez CBA, choć to najczęstszy pomysł na poszukiwanie źródeł niskiej liczby przeszczepów w Polsce. Nie uważa też, że winne są finanse służby zdrowia. Gdzie więc leży problem? Przede wszystkim w braku odpowiedniej organizacji. Często też i chęci działania ze strony lekarzy.
Przede wszystkim Narodowy Fundusz Zdrowia powinien ustalić, dlaczego w niektórych placówkach w ogóle nie pojawiają się dawcy. - To już działa w niektórych województwach i daje efekty. Ale normą powinno być, tak jak jest na Zachodzie, że każdy szpital, który podpisał kontrakt z NFZ, jest rozliczany z liczby dawców - uważa prof. Marian Zembala, dyrektor Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu.
Niezbędne wydaje się wprowadzenie do każdego szpitala koordynatorów ds. transplantacji. Byłby to przeszkolony lekarz lub pielęgniarka zajmujący się jedynie szukaniem dawców. Taki koordynator pilnowałby, czy pojawił się potencjalny dawca, zajmowałby się logistyczną stroną działania i przekonywał rodziny zmarłych do wydania zgody na pobranie narządów. Dziś takich koordynatorów w Polsce jest ledwie dwustu. Postawienie na ten sposób działania przyczyniło się do rewolucyjnej poprawy sytuacji w transplantologii w Hiszpanii. Jeszcze kilka lat temu sytuacja w tym kraju nie różniła się od tej w Polsce. Dziś pobrań jest tam dwa razy więcej.
Co na ten pomysł Ministerstwo Zdrowia? - W tym roku przekażemy 1,8 mln zł jako dodatek do uposażenia za pracę przy koordynowaniu - chwali się Piotr Olechno, rzecznik resortu. Specjaliści jednak podkreślają, że jednorazowe wydanie pieniędzy nie rozwiąże sytuacji. Muszą być wprowadzone systemowe rozwiązania. Ale także szpitale mają wiele do poprawienia. Lekarze narzekają, że w nocy trudno jest załatwić transport lotniczy. - Do czasu wypadku samolotu CASA to wojsko pomagało w przewozach - mówi Krzysztof Pijarowski, szef Stowarzyszenia "Życie po Przeszczepie". Pozostaje więc prywatny przewoźnik. A ten jest bardzo drogi. Koszty takiego transportu to zwykle ok. 20 proc. całej sumy, jaką szpital dostaje za przeszczep. Ale czasem nie ma wyjścia. By serce nadawało się do zabiegu, musi zostać wszczepione w ciągu czterech godzin od pobrania narządu.
Dlaczego więc nie transportować serc w ciągu dnia, gdy jest taniej? Bo wielu dyrektorów szpitali pozwala na pobranie serc tylko w nocy. Argumentują, że w dzień sala operacyjna musi być dostępna dla planowych operacji. A inicjatywę lekarzy zabija przepis, że pieniądze za opiekę nad ciałem dawcy i procedurę związaną z orzeczeniem śmierci mózgu otrzymuje szpital tylko w sytuacji, gdy faktycznie dojdzie do przeszczepu.
Jeśli z jakichś powodów narządy nie nadają się do transplantacji, szpital nie dostaje za to nic, choć zaangażował zespół ludzi. - Koszty ludzkie to 4,8 tys. zł, ale jeśli narząd okazuje się niepotrzebny, to nie możemy płacić - tłumaczy DGP Teresa Danek z Poltransplantu.
@RY1@i02/2010/046/i02.2010.046.000.0003.001.jpg@RY2@
Jesteśmy w unijnym ogonie
Klara Klinger
Sylwia Czubkowska
dgp@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu