Problemy, które doprowadzą nasdo szaleństwa
Fatalne warunki i jedzenie, kary, zamykanie na kilka lat - tak traktuje się dzieci w szpitalach psychiatrycznych
Na przyjęcie na oddział psychiatrii dla dzieci we Wrocławiu czeka się 67 dni, a w Warszawie - 142. Ale tym razem to nie czas oczekwiania bulwersuje najbardziej, lecz fakt, że na oddziały trafiają dzieci, które w ogóle nie powinny się na nich znaleźć. Kierują je tam sądy albo ośrodki wychowawcze i opiekuńcze. - Wystarczy, że wychowawcy powiedzą, że dziecko ma myśli samobójcze, a lekarze nie mogą odmówić jego przyjęcia - wyjaśnia psychiatra z 20-letnią praktyką.
Nieuzasadnione hospitalizacje oraz brak miejsc to tylko wierzchołek góry lodowej. Niepokojące są także warunki panujące w dziecięcych szpitalach psychiatrycznych. Ze skarg, które dostaje rzecznik praw pacjenta, wynika, że chodzi zarówno o warunki bytowe, jak i przestrzeganie praw młodych pacjentów. Obskurne wnętrza, brak szafek, zużyta pościel, brak papieru toaletowego czy wieloosobowe sale - to niektóre z problemów. Kłopotem okazuje się nawet jedzenie.
- To kwestia organizacyjna danej placówki. Ale jeżeli mielibyśmy sygnał z konkretnego szpitala, możemy interweniować - tłumaczy Małgorzata Janas-Kozik, konsultant krajowa w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży. W jej macierzystym szpitalu w Sosnowcu dzieci akurat z jedzenia są zadowolone. - My borykamy się ze zgoła innym problemem: opiekunowie przynoszą zbyt dużo jedzenia dodatkowego, co często wpływa na promowanie nieracjonalnej diety i nieracjonalnego wzorca odżywiania.
Rzecznik praw pacjenta przyznaje, że problemy nie dotyczą wszystkich i są placówki dobrze prowadzone. Niestety nie brakuje takich, z których dzwonią dzieci skarżące się na to, jak są traktowane przez personel. W jednym z przypadków chodziło o kary, np. przymusowe siedzenie na krześle. Kontrole, które prowadziła RPP, pokazały, że w niektórych ośrodkach brakuje również odpowiedniej terapii czy zajęć dodatkowych. Tymczasem dzieci przebywają na oddziałach nawet latami.
Zła sytuacja wynika między innymi z niedoboru odpowiedniej opieki. W bardzo wielu oddziałach jest zbyt mało lekarzy. I nic dziwnego. Dyrektor oddziału psychiatrycznego w dużym mieście wylicza, że u niego pensje netto wahają się między 2,4 a 3,2 tys. zł. Do tego dochodzi wynagrodzenie za dyżury. - Każdy wie, że bardziej opłaca się założyć własny gabinet - przyznaje dyrektor. Prywatna wizyta u dziecięcego psychiatry w dużym mieście kosztuje minimium 100 zł.
Jeżeli system się nie zmieni, będzie jeszcze gorzej, bo najmłodszych z zaburzeniami psychicznymi przybywa z roku na rok: ostrożne szacunki Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego pokazują, że pomocy może wymagać już ok. 630 tys. dzieci. Pesymistyczne mówią nawet o milionie.
Tymczasem eksperci oceniają, że dotychczasowe rozwiązania nie wystarczą. Psychiatrzy wskazują, że jedynym ratunkiem, by odciążyć szpitale i realnie pomóc dzieciom, jest stworzenie systemu dziennego leczenia. Zgodnie z Narodowym Programem Zdrowia Psychicznego w kraju powinno działać 256 zespołów leczenia środowiskowego (pomoc udzielana w miejscu zamieszkania). A są zaledwie dwa. Powinno być też 3,8 tys. miejsc w oddziałach dziennych, a jest poniżej tysiąca.
Wynika to z niskiego finansowania psychiatrii przez NFZ. I tej dziennej, i stacjonarnej. Bywa, że kontrakty nie starczają nawet na pokrycie wynagrodzeń. W niektórych placówkach środki z funduszu starczyły na 31 proc. kosztów wizyt.
@RY1@i02/2014/228/i02.2014.228.00000030d.803.jpg@RY2@
PSYCHIATRIA DZIECIĘCA
Anna Wittenberg
Klara Klinger
Wywiad z konsultant krajową ds. psychiatrii dzieci i młodzieży prof. Małgorzata Janas-Kozik na Dziennik.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu