50 tys. km samochodem
O chorobie dowiedziałem się w wieku 26 lat. Kiedy byłem dzieckiem, często słabo się czułem, ale dopiero kiedy wystąpiły poważne bóle - takie specyficzne kłucie po prawej stronie pod żebrami, lekarka wpadła na pomysł, aby zrobić próby wątrobowe. Wyszło, że to WZW typu C. Nie miałem pojęcia, co to jest. Słyszałem, że istnieje zapalenie wątroby typu B, ale o tym nie. Pierwszą reakcją było przerażenie i stres. Tym bardziej że najprawdopodobniej wirus siedział we mnie już od wielu lat - jako małe dziecko byłem hospitalizowany na obustronne zapalenie płuc i miałem przetaczaną krew. I to pewnie wtedy właśnie się stało.
To był cios, szczególnie, że wydawało mi się, iż jestem piękny, młody i całe życie przede mną. Tymczasem z informacji, które otrzymałem wynikało, że z roku na rok moja wątroba będzie niszczona przez wirus. Lekarz jednak oznajmił, że mam się nie martwić, bo są leki i jest szansa na wyzdrowienie. Ale czas oczekiwana na lek wynosił wówczas 2 lata. Kupienie prywatnie nie było możliwe, gdyż koszty były ogromne.
Zacząłem jeździć od lekarza do lekarza, szukając skutecznego leczenia. Wszędzie natykałem się na ścianę, często brak empatii. Pokonałem 50 tys. kilometrów samochodem.
Przez rok leczyłem się interferonem. To było potworne, prawdziwa gehenna. Całe ciało ogarniał potworny ból. Do tego bezsenność i depresja oraz maksymalne rozchwianie emocjonalne. Po jakimś czasie okazało się, że po tym wszystkim mam dodatkowo niedoczynność tarczycy i pojawiły się problemy z nerkami. A wirus... pozostał. W efekcie mam zepsute zdrowie jeszcze bardziej, niż gdybym go nie brał. Teraz przestałem pracować. Przy takiej chorobie wysiłek fizyczny szkodzi.
Ale cały czas wierzę, że wyzdrowieję. Mam żonę i dziecko, staram się prowadzić normalne życie. Nauczyliśmy się zachowywać wszystkie zasady, tak by nie doszło do zakażenia. Izolujemy szczoteczki do zębów, nie dopuszczamy do sytuacji, aby doszło do kontaktu, kiedy się zranię. Jednak nie zawsze da się zachować spokój - chociażby, kiedy moje dziecko ugryzło w przedszkolu koleżankę i musieliśmy wykonać badania, żeby upewnić się, że córka nie jest zakażona. Albo stres w szpitalu, do którego trafiła z zapaleniem płuc, że tam może się zakazić.
Marzę też o tym, by móc jeść to, na co mam ochotę, pójść na grilla, czy nie unikać słodyczy. Dlatego czekam na terapię, która nie będzie wykańczała mojego organizmu. I wytępi wirusa. Chcę normalnie żyć!
Marcin z Kalisza
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu