Usunąć zatory w służbie zdrowia
Dlaczego potrzebna jest ustawa o zatorach płatniczych? Jak ułatwić funkcjonowanie szpitalom i zachęcić mniejsze firmy do udziału w przetargach publicznych dla służby zdrowia – zastanawiali się uczestnicy debaty „Zatory płatnicze w służbie zdrowia”, która odbyła się w redakcji DGP
Przygotowana została ustawa, która ma przeciwdziałać zatorom płatniczym, przewiduje ona określony czas na płatności – dla szpitali jest to 60 dni. Dlatego ta ustawa była potrzebna i co ma zmienić na rynku medycznym?
Marek Niedużak podsekretarz stanu w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii
Marek Niedużak: 80-90 proc. przedsiębiorców ma problem z terminowością otrzymywania należności. Połowa z nich spotkała się z sytuacją, w której druga strona narzuciła wydłużony termin płatności. A im mniejsze przedsiębiorstwo, tym koszt większy. Duże firmy, nawet jeśli dotyka je problem z płatnościami, mają płynność, dostęp do kapitału i to względnie najtańszego. Tymczasem małych firm jest najwięcej. Mamy ponad 2 mln mikropodmiotów, dla których kilkumiesięczne opóźnienia płatności mogą się skończyć bankructwem. Z tego powodu zainicjowaliśmy prace nad projektem ustawy o ograniczeniu zatorów płatniczych – po konsultacjach ze środowiskiem i na podstawie naszych własnych analiz rozwiązań zagranicznych. Kierowaliśmy się doświadczeniami francuskimi, węgierskimi, holenderskimi i brytyjskimi.
Nasza ustawa jest krokiem w stronę potrzeb przedsiębiorców, szczególnie tych mniejszych i słabszych, w kontakcie z dużymi firmami. To jej podstawowy cel. Ale jednocześnie staraliśmy się – wiedząc, że to sytuacja szczególna – nie zmieniać zapisów dotyczących szpitali.
Czy opieka zdrowotna w tym kontekście jest specyficzna?
Marek Niedużak: Tak. Konsultując projekt z Ministerstwem Zdrowia, staraliśmy się, by rozwiązania były jak najmniej dolegliwe dla podmiotów leczniczych, ale warto pamiętać, że one też są objęte unijną dyrektywą dotyczącą late payment które implementowaliśmy i które funkcjonują od kilku lat w polskim ustawodawstwie.
Paweł Hincz radca prawny, partner Backer McKenzie Krzyżowski i wspólnicy
Paweł Hincz: Te regulacje są potrzebne, ale należy spojrzeć na tę kwestię z dwóch perspektyw – zarówno zamawiających, czyli szpitali i dostawców. W tej chwili szpitale, ogłaszając zamówienia publiczne, wpisują jako jedno z kryteriów wydłużony termin płatności. I często ten, kto go zaoferuje – wygrywa. Na to mogą sobie pozwolić duże podmioty. Mali i średni przedsiębiorcy nie są w stanie dać darmowego kredytu, a oni także dostarczają usługi czy towary do szpitali. Jednocześnie ci duzi przedsiębiorcy z oczywistych powodów nie dają nic za darmo – koszt pieniądza w czasie jest często wkalkulowany do wynagrodzenia, jakie przedsiębiorca stara się uzyskać od szpitala. Jeżeli więc mówimy o zamówieniach publicznych w kwocie 24 mld. zł, to nawet niech ten koszt wyniesie 1 proc. to mamy 240 mln. A to już gigantyczne kwoty.
Czyli zakładając, że będzie opóźnienie, przedsiębiorcy narzucają wyższe ceny?
Paweł Hincz: Tak. I to się dzieje już teraz. Mówimy o zadłużeniu szpitali. Ale przy tak długiej perspektywie płatności, dług jest ukryty. W dłuższej perspektywie może się okazać, że zadłużenie jest większe niż to deklarowane. Deklarowane jest tylko zadłużenie przeterminowane – jeśli płatności nie dokonano w terminie. A jeżeli termin wynosi pół roku? Na wolnym rynku to jest nieakceptowalne.
Marek Kowalski przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich
Marek Kowalski: Wspieramy Ministerstwo Przedsiębiorczości przy tworzeniu tego projektu, rynek na tę ustawę czeka. Rynek zamówień publicznych w Polsce to ok. 240 mld zł rocznie. Z tego 24 mld zł to zamówienia w służbie zdrowia. Ponadto wiemy o niedofinansowaniu szpitali. Szpital jest pewnym zamawiającym dla dużego przedsiębiorcy. Dla małego ryzyko jest za duże. Cóż z tego, że szpital zapłaci z odsetkami, ale po roku. Wtedy małego dostawcy może już nie być.
Zadłużenie szpitali w Polsce wynosi ok. 12 mld zł, czyli połowę wartości zamówień służby zdrowia. Zadłużonych jest 30 proc. szpitali. Można powiedzieć, że szpitale są finansowane z kieszeni przedsiębiorców.
Gdy zostanie narzucony 60-dniowy termin płatności wymagalne staną się zobowiązania na poziomie 5–6 mld. W krótkim czasie szpitale popadną w bardzo poważne kłopoty. Tyle, że nie ma sankcji dla dyrektorów szpitali za przekroczenie tego terminu… zapis o odpowiedzialności zniknął w trakcie konsultacji.
Marek Niedużak: Jeśli chodzi o szpitale, ustawa nic nie zmienia w stosunku do obecnych regulacji. Nie ma więc mowy o tym, by zakłócała ich funkcjonowanie. Pierwotnie w projekcie był zapis o sankcjach za nieprzestrzeganie dyscypliny w finansach publicznych, ale zrezygnowaliśmy z niego wskutek konsultacji. Są narzędzia prywatno-prawne. Co grozi dyrektorowi szpitala? To co dziś: że zostanie pozwany, przegra w sądzie i w końcu przyjdzie komornik. Ale przedsiębiorcy czasem idą do sądu, czasem nie – w imię długoterminowej relacji handlowej.
Maciej Miłkowski podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia
Maciej Miłkowski: W pewnym momencie projekt był trudny do zaakceptowania dla części zarządzających placówkami. Niektóre podmioty mają taką sytuację finansową, że nie byłyby w stanie płacić terminowo. Warto jednak powiedzieć, że i w tej kwestii jest coraz lepiej. Poprawiła się współpraca z bankami. Bardzo uaktywnił się Bank Gospodarstwa Krajowego – dla przykładu przyznał poręczone przez marszałka kredyty wszystkim szpitalom w woj. podkarpackim. Teraz rozliczają się one na bieżąco. Jednak bank wymaga od nich biznesplanu i pilnuje, by kredyt był systematyczne spłacany, a placówka nie zwiększała wydatków. Dyrektorzy są z tego skrupulatnie rozliczani.
Ale dyrektor nie ma pieniędzy własnych, tylko otrzymuje je od państwa, czyli Ministerstwa Zdrowia i NFZ. Często nie dość dużo i za późno. A więc szpital kredytuje NFZ, potem przedsiębiorca kredytuje szpital i koło się zamyka.
Maciej Miłkowski: NFZ płaci regularnie i ściśle przestrzega terminów. Wszyscy świadczeniodawcy, którzy wystawiają faktury zgodnie z umową, dostają pieniądze w ciągu 14 dni. Mogą to robić nawet co dwa tygodnie, a wówczas mają płacone dwa razy w miesiącu.
To skąd problem?
Maciej Miłkowski: Mamy umowę między dwoma podmiotami. NFZ zamawia usługi za milion, ale szpital realizuje świadczenia za większą kwotę. Powstaje kwestia nadwykonań. Od lat podejmowano różne próby rozwiązania tej sytuacji. Jedną z nich był przepis o zakazie cesji długów, słynny art. 54 ustawy o działalności leczniczej.
Monitorujemy 524 szpitale zarówno samorządowe, jak i szpitale nadzorowane przez organy centralne (MZ, MON i MSWiA), które mają ok. 13,7 mld zł zobowiązań ogółem, z czego 1,8 mld zł zobowiązań wymagalnych. Z kolei szpitale te posiadają ok. 4 mld należności krótkoterminowych i 3,3 mld gotówki, a przychody tych szpitali to 46 mld. Tak więc realnie zobowiązań, które nie mają pokrycia w bieżących przychodach i środkach pieniężnych, jest ok. 6,4 mld zł. Co warte podkreślenia, 50 proc. zobowiązań wymagalnych dotyczy 18 szpitali.
Czy zatem faktycznie istnieje potrzeba szukania rozwiązania, które wesprze szpitale, by mogły dotrzymać 60-dniowego terminu płatności?
Marek Kowalski: Generalnie przedsiębiorcy chętnie wchodzą w relacje ze Skarbem Państwa, bo mają gwarancję, że firma nie upadnie. Wiemy, że szpitale też w końcu zapłacą. Problem polega na tym, że sektor MSP nie startuje w przetargach. Polska ma najniższy odsetek tych firm uczestniczących w przetargach, bo nie są w stanie podołać ciężarowi przenoszenia terminu płatności; druga sprawa to kary zapisywane w umowach. Teraz ustawa o zamówieniach publicznych przygotowana przez Ministerstwo Przedsiębiorczości określa klauzule abuzywne, które nie będą mogły znaleźć się w umowach. I bardzo dobrze, bo zamawiający – nie tylko szpital – występując z pozycji silniejszego umieszcza w umowie zapisy, które w każdej chwili pozwalają obciążyć przedsiębiorcę. Tymczasem jest wielu małych, regionalnych dostawców, którzy chętnie funkcjonowaliby w zamówieniach publicznych, ale bariera wejścia jest dla nich za wysoko.
Czy nowa ustawa coś zmieni?
Marek Niedużak: Każdy wierzyciel ma nowe narzędzia na płaszczyźnie prywatno-prawnej. To np. łatwiejsze zabezpieczenie wierzytelności do 75 tys. zł, przerzucenie ciężaru dowodu na to, że dany termin jest nieuczciwy… My wzmacniamy wierzyciela. Ale narzędzia prywatno-prawne mają to do siebie, że są dobrowolne – strony muszą się umówić i to od strony zależy, czy będzie z tych uprawnień korzystać.
Marek Kowalski: Sytuacja wierzycieli niewiele się zmieniła. Dziś szpital kupuje drożej, bo ogranicza się liczbę dostawców. Proponowaliśmy rozwiązanie, które poprawiłoby sytuację szpitali – uwolnienie cesji, ale przy zastrzeżeniu, że nie można narzucać odsetek wyższych niż ustawowe, mogłyby być nawet niższe. Pomoglibyśmy przedsiębiorcom, bo oni mogliby te nieściągalne należności zbyć do banków, a jednocześnie pomoglibyśmy szpitalom, które płaciłyby niższe odsetki. Jeśli uwolnimy cesję wejdą mniejsi gracze.
Paweł Hincz: Spójrzmy z punktu widzenia usługodawcy zainteresowanego kontraktem ze szpitalem. Pojawia się kwestia takich zwykłych narzędzi jak zawiązywanie konsorcjum, faktoring, z którego coraz więcej podmiotów korzysta, bo to pomaga utrzymać płynność, czy nawet kwestia, że wierzytelność ma swoją wartość i ona może posłużyć do pozyskania dodatkowego finansowania w postaci ustanowienia zabezpieczenia na tej wierzytelności. To w normalnym obrocie gospodarczym jest sprawą oczywistą. A art. 54 powoduje, że z tych prostych narzędzi przedsiębiorcy nie mogą skorzystać. Mam np. wierzytelności w szpitalu. To są moje zamrożone pieniądze. One stanowią wartość. Banki bardzo chętnie zabezpieczają się na wierzytelności. Ale w tym przypadku nie mogą, bo Sąd Najwyższy w swoim orzeczeniu stwierdził, że każda czynność prawna, która może prowadzić do zmiany wierzyciela, jest zakazana.
Ale to dlatego, że były w ten sposób omijane przepisy. Konsorcja wiązały się tylko po to, żeby przejmować długi. Może należałoby doprecyzować ten przepis?
Paweł Hincz: Ten przepis powinien być tak doprecyzowany, żeby uniemożliwić patologie. Mamy narzędzia, by temu przeciwdziałać. Natomiast teraz zablokowano możliwość cesji. Teoretycznie można pójść do organu założycielskiego po zgodę, ale nie ma regulacji odnoszących się do wydania zgody albo odmowy. Nie ma obowiązku, aby organ założycielski ustosunkował się do takiego wniosku, nie ma domniemania zgody po upływie określonego terminu, co skutkuje tym, że z oczywistych powodów organ często woli w ogóle nie zajmować stanowiska.
Trudno mi uwierzyć, że przyczyna leży w obawach dyrektorów
Marek Kowalski: Problem jest taki, że dyrektorzy myślą: kiedyś zapłacimy i na pewno zapłacimy. To dlaczego mam się martwić, żeby płacić dziś? Jeśli czegoś nie muszę robić, to nie robię, przecież za długi nie ma sankcji. W spółce zarząd może podejmować decyzje do pewnego limitu. A tu o zgodę trzeba prosić w sprawie nawet najmniejszych kwot – choćby nawet 100 zł.
Maciej Miłkowski: Jeśli szpital sprzedaje dług powstaje wiele problemów, choćby księgowych.
Paweł Hincz: Praktyka stosowania regulacji z art. 54 niestety wskazuje, że dyrektor czy organ założycielski rzadko kiedy z niej korzystają, a zatem nie wydaje się zgody na cesję nawet w przypadkach, które byłoby uzasadnione. To oczywiście nie służy poprawie sytuacji. Zatem wskazana byłaby taka zmiana art. 54, która umożliwiłaby w praktyce stosowanie cesji wierzytelności przy jednoczesnym zapewnieniu bezpieczeństwa dla szpitali.
Czy zatem zmiana art. 54 pomogłaby szpitalom? Bo rozwiązaniem byłoby, by szpitale dostały pełne finansowanie na wszystko. Ale jeśli nie dostaną, to czy można im pomóc?
Maciej Miłkowski: Art. 54 ustawy o działalności leczniczej możemy zmienić niezależnie od ustawy o płatnościach. Doprecyzowujemy przepisy dotyczące cesji, tak by podmiot, który nie może zapłacić, musiał się zwrócić do właściciela o zgodę na cesję, a ten musiałby wyrazić na nią zgodę lub nie. Nie wykluczam nowelizacji ustawy o działalności leczniczej w tym zakresie.
Marek Kowalski: Jeśli mamy traktować się po partnersku, to może warto zrobić krok w kierunku przedsiębiorców i będzie to z korzyścią dla szpitali. Bo mówimy o usługach medycznych, ale też o artykułach biurowych, pracach budowlanych. Jeżeli szpitale mają tak trudną sytuację, to jeżeli na każdym kontrakcie zaoszczędzą chociaż 3 proc. przy 45 mld, to są to poważne pieniądze. I jeżeli ministerstwo się zgodzi usunąć art. 54, to można zastrzec, że ten, na kogo cesja zostanie wykonana, nie może naliczać odsetek wyższych niż ustawowe – myślę, że wszyscy by się na to zgodzili.
Debatę moderowała Klara Klinger-Kosmala, oprac. ANO
Zdjęcia Wojtek Górski
partner
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu