Czuły Barbarzyńca z Sopotu
Rugby - jeden z najpopularniejszych sportów na świecie - krok po kroku zdobywa uznanie także w Polsce. Frekwencja na meczach, szczególnie reprezentacji Polski, jest coraz większa.
Duża w tym zasługa fanatyków rugby zrzeszonych w stowarzyszeniu Barbarians Polska. Jego założycielem i prezesem jest najsłynniejszy polski rugbista Grzegorz Kacała, który po zakończeniu kariery postanowił promować tę fascynującą dyscyplinę w naszym kraju.
- Dla Polaków rugby to dziwny sport, w którym duże chłopy biegają z jajem pod pachą i rzucają się na siebie - śmieje się Kacała. - Na świecie jest to elitarny sport, kojarzący się prawie tak dobrze jak golf. Chcemy przybliżyć Polakom rugby - mówi były zawodnik m.in. Grenoble, Cardiff i przede wszystkim w CA Brive, z którym zdobył Puchar Europy i został uznany za najlepszego zawodnika finału.
Rozwój dzięki piłce
Pierwsze efekty działań Barbariansów już są. Reprezentacja rozgrywa swoje mecze w Warszawie i na dodatek nie na studenckim stadioniku przy AWF, ale na obiekcie Polonii. W sobotę mecz z Czechami obejrzy tam kilka tysięcy kibiców.
- Skąd ten renesans rugby w Polsce? Myślę, że to zasługa profesjonalizacji polskiej piłki nożnej. Wcale nie żartuję. Nie mówię o poziomie, ale o tym, że dzięki Ekstraklasie SA na każdym stadionie jest podgrzewana murawa i odpowiednie oświetlenie. Dodatkowy bodziec rozwoju to Euro 2012. Dzięki piłce biznes zbliżył się do sportu i na tej fali rugby też ma swoją szansę. W niemal wszystkich silnych piłkarsko krajach, takich jak Anglia, Włochy czy Francja, rugby to dyscyplina sportu numer dwa. Mecze rozgrywane są na tych samych stadionach, bo boisko do rugby od piłkarskiego różni się tylko dodatkowym polem punktowym. Rozmiary są takie same - zauważa nasz najwybitniejszy rugbista.
Kacała i jego Barbarzyńcy robią wszystko, żeby rozpropagować rugby w Polsce. - Zakończyłem karierę i przez chwilę nie byłem trenerem, miałem za to mnóstwo wolnego czasu. Z Sylwestrem Hodurą - legendą trójmiejskiego rugby - wpadliśmy na pomysł założenia Barbarians Polska. Oryginalni Barbarzyńcy powstali w XIX wieku w Anglii, w czasach kiedy rugby było bardzo brutalnym sportem. Po zakończeniu sezonu jeden z zawodników zaprosił swoich rywali z innych drużyn do zagrania na cele charytatywne. No i od tamtej pory właśnie na takiej zasadzie funkcjonuje to w Anglii czy we Francji. Raz czy dwa razy do roku gra się mecze z jakiejś specjalnej okazji. Tam nie trzeba promować rugby, bo to bardzo popularna dyscyplina. W Polsce jest jednak inaczej. I dlatego nasi Barbarzyńcy powstali tylko po to, żeby popularyzować tę dycyplinę. Honorowym członkiem Barbarians Polska są szefowie światowej i europejskiej federacji rugby - Bernard Lapasset i Jean-Claude Baque. Chwalimy się tym bardzo i chcemy tych panów wykorzystać, żeby nam pomogli. Niekonieczn ie finansowo. Same ich wizyty w naszym kraju dużo dają i powodują jakiś szum w mediach. Miałem jakieś tam moralne prawo do powołania Barbarians Polska, bo grałem i we francuskich, i angielskich Barbarians. Byłem tam chyba najmniej znanym zawodnikiem. W Barbarzyńcach grają bowiem najlepsi zawodnicy z całego świata, którzy chętnie przyjeżdżają na takie mecze, bo sponsorzy zawsze przygotują jakiś kuszący czek albo nagrody rzeczowe - typu sto butelek burgundzkiego wina na głowę. Nam też udało się dotrzeć w Polsce do biznesmenów, którzy kiedyś tam jeszcze w juniorach grali w rugby, i bardzo im się podoba nasza idea. Mamy już efekty tych działań, bo do niektórych klubów przyciągnęliśmy sponsorów. Gramy od 2001 r., kiedy rozgrywałem u siebie w Sopocie pożegnalny mecz. Moi przyjaciele wygrali w szaleńczym spotkaniu z reprezentacją ligi 57:50. Postanowiliśmy kontynuować ideę Barbariansów. Po kilku latach zarejestrowaliśmy się jako stowarzyszenie i promujemy rugby - opowiada Kacała.
W tym roku Barbariansi zorganizowali m.in. mistrzostwa Europy w rugby siedmioosobowym, mistrzostwa Polski juniorów i na plaży, a także turnieje amatorskie. - Nie przestaniemy, póki nie osiągniemy poziomu piłki - śmieje się Kacała.
Kacała cieszy się przede wszystkim z tego, że udało im się zainteresować rugby telewizję. Mecze reprezentacji są od pewnego czasu regularnie transmitowane przez stacje Polsatu. - Ludzie mogą sobie nie tylko obejrzeć mecz, ale też posłuchać ciekawych rzeczy o rugby, bo spotkania komentują ludzie, którzy się na tym znają, z Robertem "Bidonem" Małolepszym na czele. On grał w rugby, więc czuje ten sport. Sypie też różnymi cyframi, a ludzie to lubią. Bo rugby na całym świecie to gigantyczny biznes. Sponsorzy sami się garną do dyscypliny, która ściąga na stadiony po 80 tys. kibiców. W Anglii, Francji, Szkocji, a także na półkuli południowej - w RPA, Australii i Nowej Zelandii - rugby to produkt. Sponsorzy biją się o możliwość zareklamowania się z okazji Pucharu Świata czy Pucharu Sześciu Narodów, gdzie Bank Szkocji wykłada milion funtów za każdy mecz. Ja mam taki komfort, że żyję z rugby. Oprócz tego, co zarabiam jako trener Lechii Gdańsk - a jest to więcej niż średnia krajowa - mam to, co zarobiłem i zainwestowałem w czasie kariery we Francji i Walii. W Gdańsku nie pracuję jednak dla pieniędzy. Gdyby chodziło mi tylko o kasę, to wyjechałbym za granicę, bo miałem takie propozycje. Wolę jednak pracować w Polsce i promować rugby - mówi Kacała, którego Lechia jest obecnie liderem rozgrywek I ligi.
O sile naszej drużyny w meczu z Czechami będą decydować zawodnicy francuskiego pochodzenia. Trener reprezentacji Tomasz Putra mieszka we Francji, w której grał przez wiele lat. Na tamtejszym rynku wyszukuje zawodników polskiego pochodzenia i namawia ich na grę w biało-czerwonych barwach.
W kadrze może być nawet kilkunastu "Francuzów".
- Jeśli chodzi o ten pomysł, to jestem za - mówi Kacała. - Przede wszystkim oni mają polskie korzenie. Wystarczy spojrzeć na ich nazwiska: Lewandowski, Stanislas Krzesiński, Wieczorek, Monarcha albo nawet Donald Gargason, który nazwisko ma francuskie, ale imię jakże polskie - żartuje Kacała. - Oni nie robią tego dla pieniędzy i nie są to żadne jednorazowe występy, bo są z nami już dwa lata. Dla nich gra dla Polski to wielki honor. Uczą się polskiego, znają hymn. Budzi się w nich świadomość narodowa. Kibice też ich akceptują, bo dzięki tym chłopakom mamy mocną drużynę, która ma wyniki. Dla naszych rugbistów to też jest dobra sytuacja, bo podnosi się poziom i trudniej jest trafić do kadry - trzeba więc więcej trenować - dodaje.
Zapach meczu
Nie mamy się czego wstydzić, bo Belgowie albo Gruzini robią tak samo. Tam też w kadrze grają zawodnicy z Francji.
- Światowa federacja, żeby wyrównać poziomy i pomóc w rozwoju rugby, nie robi problemów. Zawodnicy z polskimi korzeniami nie muszą nawet występować o nasz paszport. Gra w reprezentacji to prestiżowa sprawa. W kadrze Anglii jest 30 zawodników, w szkockiej i francuskiej też, a o wyjeździe na Puchar Świata marzy kilka tysięcy rugbistów. Polska jest dla nich szansą, żeby pokazać się na dużej imprezie. Teraz okazało się, że "siódemki" od 2016 r. będą sportem olimpijskim, więc kuszą ich też igrzyska. W przyszłości zamierzamy także szperać na rynku brytyjskim czy irlandzkim. Ale więcej zawodnków z zagranicy oznacza większe koszta. Na taki mecz z Mołdawią z Paryża do Kiszyniowa nie dało się przylecieć tanimi liniami. Poziom idzie do góry i wymagania też. Na szczęście wszystko idzie do przodu. Nocujemy już w takich hotelach jak Marriott czy Victoria, a nie w jakichś hotelikach II kategorii. Te umowy załatwiono w barterze, i to jest rewelacja. Przed meczem z Belgami czułem się jak na Wyspach. Pojechałem do chłopaków do hotelu, a tam mnóstwo trenerów, byłych zawodników, prezesów innych klubów. Dreszcz emocji, zapach meczu, wielkie święto. Pomyślałem sobie - to jest to!
@RY1@i02/2009/208/i02.2009.208.000.014a.101.jpg@RY2@
Grzegorz Kacała, prezes stowarzyszenia Barbarians Polska
Sławomir Ptasznik NEWSPIXPL
Artur Szczepanik
artur.szczepanik@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu