Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Nie sztuka kupić falsyfikat

27 czerwca 2018

Podrobione dzieła mogą stanowić nawet połowę polskiego rynku

Po kilkuletniej odsiadce doświadczony włamywacz Cuma wychodzi na wolność. Jego stary kumpel Gruby tylko na to czeka, już szykuje kolejny skok. Niebanalny. Planuje kradzież "Damy z łasiczką" Leonarda da Vinci z Muzeum Czartoryskich w Krakowie. A właściwie podmianę. Hagen, starszy i utalentowany malarz, ma wykonać kopię dzieła, która zawiśnie w miejscu oryginału. W taki sposób nikt nie odkryje kradzieży, a fałszywym obrazem przez kolejne stulecia będą się zachwycali turyści z całego świata. Ciekawa historia, lecz nieprawdziwa. To fabuła filmu "Vinci" Juliusza Machulskiego. W rzeczywistości żaden polski fałszerz nie podjąłby się podrobienia "Damy z łasiczką". Nie ma takiej potrzeby, wystarczający majątek zbija się na rodzimych twórcach. Bez większego wysiłku i obawy o prawne konsekwencje.

Wystarczy zajrzeć na portal aukcyjny Allegro, aby zobaczyć, jak wielka jest skala fałszowania dzieł sztuki w Polsce. Czasem przy obrazach pojawia się notka: "Sprzedaję jako kopię, bo tego wymaga regulamin Allegro, ale obraz jest w 100 proc. oryginalny". Kilka z takich sprzedanych na portalu "oryginałów" pokazałem Adamowi Konopackiemu, szefowi firmy Art Konsultant zajmującej się ekspertyzami dzieł sztuki. To obrazy Witkacego (200 zł), Jana Stanisławskiego (900 zł), Zofii Stryjeńskiej (1600 zł). Bez wahania mówi, że żadna z prac nie może być prawdziwa. O akwarele Mai Berezowskiej w cenie do 300 zł nawet nie pytamy. W końcu w domach aukcyjnych kosztują do 3 tys. zł.

Podobne dzieła sztuki można znaleźć na warszawskim Kole i innych targach staroci. Są obrazy Kossaków po 1 tys. zł za sztukę, Witkacy za 700 zł i najtańsze, Nikifora Krynickiego - 900 zł za dwie sztuki. - W poniedziałki przychodzą do mnie ludzie, którzy kupili obrazy na Kole. Myśleli, że za kilkaset złotych można zdobyć coś wartościowego - mówi "DGP" Konopacki. W zeszłym roku pojawił się u niego klient z pejzażem Jana Rubczaka. Ewidentną podróbką, którą kupił za 12 tys. zł z certyfikatem potwierdzającym autentyczność. W ekspertyzie było napisane, że pejzaż został namalowany na tekturze, choć był na sklejce. Takie falsyfikaty można kupić nie tylko na bazarach. Także u polskich marszandów, w antykwariatach, a nawet w domach aukcyjnych.

Antykwariusze nie chcą pod nazwiskiem mówić o skali zjawiska. Nieoficjalnie oceniają, że nawet połowę dzieł sztuki w polskim obiegu stanowią falsyfikaty. - Co miesiąc zgłasza się do nas kilkanaście osób chcących wystawić prace, które uznajemy za wątpliwe, czyli najpewniej falsyfikaty - mówi Marek Lengiewicz, szef Rempeksu, jednego z największych domów aukcyjnych w Polsce.

Te dzielą się na trzy grupy. Pierwsza to typowe prymitywne podróbki. Drugą stanowią istniejące obrazy mniej popularnych twórców z danej epoki, z których wyciera się oryginalną sygnaturę i dopisuje nazwisko znanego malarza, którego prace przypominają. Tych jest najwięcej i trudniej je rozpoznać. Jest i trzecia, najmniej liczna grupa - falsyfikaty przygotowywane przez uzdolnionych fałszerzy.

W połowie czerwca zeszłego roku w poznańskim domu aukcyjnym Adam''s sprzedano taką pracę mającą nawet certyfikat oryginalności. Fałszerstwa w obrazie Jana Rubczaka dopatrzył się dopiero kolejny ekspert. To jednak norma, że u polskich marszandów, w antykwariatach, a nawet w domach aukcyjnych można kupić fałszywkę. Coraz częściej pojawiają się także falsyfikaty przypisywane autorom najnowszym.

Rok temu reprezentująca Wilhelma Sasnala galeria Raster umieściła na swoim blogu ostrzeżenie przed kupowaniem jego prac niewiadomego pochodzenia. Wśród falsyfikatów tarnowskiego malarza pojawiają się zarówno kiepskiej jakości naiwne rysunki, jak i obrazy zrobione z głową. Jak choćby "Szkic do obrazu >>Dziewczyna z kolczykiem<<". Pomysłowy fałszerz odmalował motyw z okładki magazynu "Frieze" przygotowanej przez artystę. To miało mu dodać autentyczności. Andrzej Konopacki twierdzi, że to właśnie Sasnal i inni żyjący artyści będą coraz częściej padać ofiarą fałszerstw. - Ta sztuka jest coraz droższa, a prace takich autorów jest zazwyczaj najłatwiej podrobić. Do tego sprzedający nie idą z nimi do domów aukcyjnych, tylko sprzedają bezpośrednio, więc nie ma szans na weryfikację oryginalności - mówi.

Pod koniec 2008 roku zatrzymano w Łodzi 43-letniego mężczyznę, który wstawił do komisu kilkanaście podróbek Jerzego Nowosielskiego, najchętniej fałszowanego żyjącego polskiego artysty. To jedna z niewielu tego rodzaju akcji. O ile policja ściga handlarzy podrobionych adidasów czy piratów komputerowych, o tyle podróbkami sztuki nie zajmuje się równie gorliwie. W statystykach przestępstw przeciwko dziedzictwu narodowemu fałszerstwa sztuki nawet nie występują. Ale to tylko jeden element dużo bardziej złożonego mechanizmu, który pozwala na obrót fałszywymi dziełami w Polsce niemal bez ograniczeń. W listopadzie zeszłego roku miała odbyć się w Warszawie duża konferencja poświęcona fałszerstwom. Kilkunastu prelegentów z kraju i zagranicy (m.in. domu aukcyjnego Sotheby''s) miało przedstawić metody walki z coraz większą plagą podróbek. Akredytowało się na nią zaledwie ośmiu antykwariuszy z całej Polski. - W środowisku można zaobserwować obojętność w stosunku do zjawiska fałszerstw. Odrzucony przez jeden dom aukcyjny falsyfikat trafia do następnego, gdyż nie istnieje miejsce, gdzie można zgłaszać rozpoznane już fałszerstwo. To broniłoby rynek, a ponadto pozwalało tropić oszustów. Nie wiem dlaczego, ale antykwariusze nie są taką bazą zainteresowani - twierdzi Grażyna Bastek, kurator z warszawskiego Muzeum Narodowego.

Aby nieuczciwego handlarza lub samego fałszerza postawić przed sądem, trzeba udowodnić, że celowo wprowadzili kupującego w błąd. A to jest praktycznie niemożliwe. Chyba że fałszerz sam przyzna się do fałszerstwa. Eksperci nie przypominają sobie ani jednego takiego przypadku. Osoba, która wystawiła kilka lat temu na sprzedaż podrobioną "Martwą naturę" Nowosielskiego, pozostaje więc bezkarna. Chroni ją certyfikat wystawiony przez historyka sztuki z Muzeum Narodowego w Poznaniu. I to nic, że kilku innych ekspertów uznało obraz za fałszerstwo.

Dzięki brakowi odpowiednich przepisów większość dzieł raz uznanych za falsyfikaty spokojnie wraca do obiegu i w końcu znajduje kupca. Gdy w 2007 roku gdańskie Muzeum Narodowe kupiło za 80 tys. zł obraz "Rybak z siecią" Leona Wyczółkowskiego, w środowisku zawrzało. - Widziałem ten obraz już wcześniej. Byłem proszony o wypowiedź i powiedziałem, że mowy nie ma, aby to był oryginał - mówi Adam Konopacki. Proszący o nieujawnianie nazwiska pracownik Muzeum Narodowego w Warszawie: - Kilka lat temu krążył już na rynku. Widziałem go i od razu uznałem za falsyfikat. A tu nagle nabywa go Muzeum Narodowe w Gdańsku.

Sprawie pikanterii dodaje to, że oryginalnego "Rybaka z siecią" można znaleźć w krakowskim Muzeum Narodowym.

Prof. Dariusz Markowski, dokonując specjalistycznych chemicznych badań, odkrył, że portret kupiony przez gdańską placówkę pochodzi z drugiej połowy XX wieku. Wyczółkowski zmarł w 1936 roku. Dyrekcja muzeum zachowuje się niejednoznacznie. Z jednej strony zapewnia, że obraz jest według niej oryginałem, z drugiej zamiast wywiesić dzieło w jednej z sal, trzyma go w magazynie.

Falsyfikaty w polskim muzeach to kolejne tabu. Takie prace po odkryciu ich nieautentyczności zostają zaklasyfikowane jako wariacje lub kopie. Kilka lat temu ujawniono, że w słynnych zbiorach Galerii Porczyńskich znajdują się falsyfikaty, m.in. "Pejzaż rzeczny" Alfreda Sisleya i "Autoportret" Velasqueza.

Polskie muzea nie mają się jednak czego wstydzić. W końcu dobry falsyfikat również zasługuje na uwagę. - Mamy między innymi fałszywe freski autorstwa Umberta Giuntiego. Artysta malował freski w stylu włoskiego quattrocenta, które udawały fragmenty dawnych malowideł, rzekomo zdjętych z muru podczas ich transferu. Ale trzeba przyznać, że to ciekawe prace, broniące się jako dzieła sztuki - mówi dr Grażyna Bastek.

Tego rodzaju wybitnych podróbek jest u nas mało. Dominują te mało finezyjne. Podczas rozmowy z Konopackim podchodzi jego współpracowniczka. W ręku trzyma nieduży obrazek. - Myślę, że nie, ale na wszelki wypadek przyszłam się upewnić - mówi. - Ale co to ma być? - pyta Konopacki, zakłada okulary i przygląda się dziełku. - Gierymski - odpowiada kobieta. Konopacki: - Nie, na pewno nie. Później zwraca się do mnie: - Widzi pan, a gdyby uznać go za oryginał, byłby wart jakieś 35 - 40 tysięcy.

@RY1@i02/2010/167/i02.2010.167.000.0015.001.jpg@RY2@

Fot. TIM FILM STUDIO

Genialni fałszerze, tacy jak w filmie "Vinci", w Polsce chyba nie działają. Bo większość krajowych podróbek to dzieła typowo bazarowe

Max Fuzowski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.