Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Powodzianom nie opłaca się szybko remontować

Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Ledwie władze Sandomierza zdołały oszacować straty, jakie w mieście wyrządziła majowa powódź, a już stały się one nieaktualne.

Pierwsze uderzenie fali wyrządziło zniszczenia na 488 mln zł, teraz będą znacznie wyższe - mówi Marek Bronkowski, zastępca burmistrza Sandomierza.

Wiele sandomierskich domów nie wytrzyma drugiej fali powodziowej. Budynki, które znalazły się pod wodą w maju, nie zdążyły jeszcze wyschnąć. Z części z nich nawet nie spłynęła woda, gdy znów nadeszła powódź. - One pękały po pierwszej fali, teraz być może wiele z nich trzeba będzie rozebrać - mówi wiceburmistrz Bronkowski.

Komisje złożone z urzędników samorządowych i wojewódzkich zaledwie kilka dni temu zaczęły badać, które domy w Sandomierzu nadają się do zamieszkania, a które trzeba będzie rozebrać. Musiały przerwać oględziny. - Nie wiadomo, kiedy wrócą do pracy, bo przecież słyszymy, że od poniedziałku znów ma padać, a więc może się pojawić trzecia fala - mówi Bronkowski.

O tym, jak zmienia się skala zniszczeń, świadczą dane z Gorzyc koło Tarnobrzega. Po majowej powodzi władze gminy zebrały 1200 wniosków o dofinansowanie kosztów remontów zalanych przez wodę domów. Zgodnie z ustaleniami rządu mieszkańcy zalanych terenów mogli się starać o zapomogi w dwóch kwotach: do 20 tys. zł, jeśli straty nie były zbyt duże, oraz do 100 tys. zł, jeśli konieczny byłby remont kapitalny lub odbudowa domu.

- Szybko wysłaliśmy te informacje do wojewody - mówi Jan Czech, sekretarz gminy Gorzyce. Dodaje, że wówczas prawie jedna czwarta wniosków dotyczyła dofinansowania na remont. Teraz to się zmieni. - Prawdopodobnie 95 proc. z nich będzie dotyczyło dofinansowania do 100 tys. zł - przewiduje Czech.

Ale nawet takie kwoty nie pozwolą na odbudowanie uszkodzonych przez żywioł budynków. - Zwłaszcza że nie chodzi tylko o domy mieszkalne, ale też i zabudowania gospodarcze - dodaje Czech.

Sytuacja na terenach ponownie zaatakowanych przez kataklizm jest tak dramatyczna, że MSWiA zgadza się, by rodziny, które po raz drugi ucierpiały od powodzi, ponownie skorzystały z zasiłku socjalnego do 6 tys. zł. - Tu decyzja będzie zależeć od samorządów, ale resort nie będzie blokował wypłacania pomocy po raz drugi - zapewnia Małgorzata Woźniak, rzeczniczka MSWiA.

Na razie to odległa przyszłość, bo w gminach zaatakowanych przez żywioł niewielu powodzian zgłosiło się po pierwszą turę pomocy socjalnej. W Sandomierzu po ten zasiłek zgłosiło się jedynie 25 proc. poszkodowanych. W Gorzycach liczba ta nie sięgnęła jeszcze 20 procent.

Opóźnienia te wynikają z narzuconych przez rząd procedur. Wypłacenie zapomogi jest możliwe dopiero po przeprowadzeniu przez pracowników pomocy społecznej wywiadu środowiskowego oraz wypełnieniu przez poszkodowanych formularza, w którym należy ujawnić wysokość dochodów. I choć Małgorzata Woźniak z MSWiA apeluje, by samorządy nie traktowały tych sytuacji jak kolejnego postępowania administracyjnego, to gminni urzędnicy muszą działać zgodnie z przepisami.

Podobna sytuacja jest w wielu miejscowościach w Polsce. Druga fala na Wiśle ponownie zagraża miejscowościom w powiecie płockim, zwłaszcza w okolicach Świniar, gdzie w maju woda przerwała wał powodziowy. Na drugą falę z niepokojem czekają też mieszkańcy miejscowości położonych nad Odrą, w tym zalanego osiedla Kozanów we Wrocławiu. Paradoksalnie najmniejsze straty z powodu drugiej fali poniosą ci spośród właścicieli zalanych domów i mieszkań, którzy nie zrobili jeszcze porządków po pierwszej powodzi. Ci, którzy zdążyli już zacząć remonty, mogą dużo stracić. - Ubezpieczenia domów opiewają na konkretne sumy i jeżeli większą część z nich wykorzystano, biorąc odszkodowanie za pierwszą powódź, teraz można wykorzystać już tylko to, co zostało z sumy ubezpieczenia - wyjaśnia Marcin Tarczyński, analityk Polskiej Izby Ubezpieczeń. Jeżeli więc dom był ubezpieczony na 100 tys. zł, a 70 tys. zł zostało już wypłacone, starając się o odszkodowanie po przejściu drugiej fali powodziowej, poszkodowany może dostać już maksymalnie 30 tys. zł. Nawet wówczas, gdy szkody w rzeczywistości są wyższe.

Tym, których żywioł doświadczył dwukrotnie, eksperci radzą doubezpieczenie. A więc zwiększenie sumy ubezpieczenia. To jednak może się okazać trudne. - Towarzystwa nie będą chętne do ubezpieczania od powodzi, zwłaszcza na tych terenach, które zostały zalane dwa razy - mówi Paweł Majtkowski, główny analityk firmy Expander. Jak pokazują statystyki Komisji Nadzoru Finansowego, to nie właściciele domów są niechętni ubezpieczeniom. Liczba polis od klęsk żywiołowych z roku na rok systematycznie rośnie. Na koniec 2009 roku Polacy wykupili ponad 8 mln takich ubezpieczeń. To prawie dwa razy więcej niż w 2003 r. Średni koszt rocznej składki ubezpieczeniowej wynosi natomiast 260 zł. To oznacza, że domy ubezpieczane są mniej więcej na 260 tys. zł, a więc na sumy, które faktycznie pozwalają zrekompensować straty. To, czy kolejne polisy zostaną podpisane, zależy więc już raczej od ubezpieczycieli. A oni dostrzegli, że ryzyko takiej działalności jest większe, niż do tej pory sądzili.

Sytuacja się zmieni dopiero wówczas, gdy powstanie system ubezpieczeń, w którym uczestniczyć będzie państwo. To ono też będzie decydowało, które tereny trafią pod zabudowę.

Pierwszy problem, który może spotkać człowieka starającego się o odszkodowanie po powodzi, to kwestia udowodnienia rozmiarów poniesionych strat. Dlatego najlepiej niczego nie sprzątać, nie remontować, dopóki nie przyjdzie ubezpieczyciel, żeby sporządzić protokół.

Nie każdy może czy chce czekać. Wtedy dobrze jest zrobić dokładną dokumentację fotograficzną zniszczeń. Jeśli ubezpieczyciel stwiedzi, że nie widział wymienionych szkód, bo gdy przyszedł, było już posprzątane, można udowodnić swoje racje, przedstawiając zdjęcia. Warto też przedstawić świadków.

Trzeba sprawdzać, co się podpisuje. Ubezpieczyciel przedstawi spis rzeczy, które zostały zniszczone. Musimy dokładnie sprawdzić, czy protokół zgadza się ze stanem faktycznym. Może być tak, że ubezpieczyciel czegoś nie wpisał albo że samemu zapomniało się czegoś zgłosić. Tymczasem na końcu protokołu zniszczeń może się znaleźć zapis: nie zgłaszam zastrzeżeń do wymienionych szkód. A to zamyka drogę do jakichkolwiek dalszych roszczeń.

Warto uważać, żeby ubezpieczyciel nie podsunął do podpisu formułki, iż niniejsze odszkodowanie wyczerpuje całość szkody w tym zdarzeniu. Może się bowiem okazać, że szkoda jest większa, niż opiewa wycena. Co więcej - zaniżanie wysokości szkód to częsta praktyka firm ubezpieczeniowych. Może też się okazać, że w trakcie remontu koszt napraw okazał się większy, niż pierwotnie zakładano.

Jeśli poszkodowany nie wyczerpał całości odszkodowania, może w takiej sytuacji starać się o wypłatę nadwyżki. Pod warunkiem oczywiście, że nie zrzekł się tego prawa nieprzemyślanym podpisem albo że nie wyklucza tego umowa ubezpieczeniowa.

Monika Popielarczyk

radca prawny

@RY1@i02/2010/108/i02.2010.108.000.0010.001.jpg@RY2@

Fot. Michał Walczak/Fotorzepa

Mimo pomocy śmigłowca wały w Sandomierzu nie wytrzymały drugiej fali

@RY1@i02/2010/108/i02.2010.108.000.0010.002.jpg@RY2@

Fot. Krzysztof Koch/Agencja Gazeta

Hieronim Herczak ewkuuje rodzinę z zatopionego domu w Mielcu

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin

Mariusz Staniszewski

dgp@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.