Polski sport potrzebuje by-passów
Kilku zawodników ma wszystko potrzebne do przygotowań. Setki nie mają nic. To powód olimpijskiej mizerii
W Londynie nie dowiedzieliśmy się niczego nowego - polski sport stoi w miejscu. Nawet w wymiarze statystycznym, bo zdobyliśmy tu tyle samo medali, co na dwóch poprzednich olimpiadach.
- Londyn to już trzeci wstrząs. Po Atenach i Pekinie niewiele się zmieniło w kwestii podejścia do sportu, ale może teraz uda się w końcu przeprowadzić zmiany - mówi Adam Krzesiński, sekretarz generalny Polskiego Komitetu Olimpijskiego. - Czy mam pewność, że tak się stanie? Nie, ale mam nadzieję.
Polski sport potrzebuje pieniędzy i nowych rozwiązań systemowych. Nie chodzi jednak o jeszcze większe inwestycje w najlepszych zawodników, bo oni są dopieszczeni jak labradory królowej Elżbiety, tylko o rozwój sportu młodzieżowego, masowego.
- Metodami prowizorycznymi, które dziś funkcjonują, nie da się podnieść poziomu - zgadza się prezes PKOl, Andrzej Kraśnicki.
Pomysły na uzdrowienie sytuacji są powszechnie znane. Były już powtarzane po tysiąckroć, ale jeszcze nie doczekały się realizacji.
- Trzeba spojrzeć w dół i zobaczyć, co się dzieje w szkołach, miastach i miasteczkach. Na poziomie lokalnym finansowanie sportu nie wygląda dobrze. Brakuje środków na kluby, na trenerów. Jeśli się tym nie zajmiemy, nic wielkiego nie zbudujemy - twierdzi Krzesiński.
PKOl, co podkreślają jego szefowie, poza pełnieniem funkcji doradczej, opiniotwórczej i lobbingowej może niewiele. Nie ma siły ustawodawczej, nie dysponuje nieograniczonym budżetem, z którego mógłby ratować podupadające kluby, tworzyć grupy i programy szkoleniowe. Wszystkie sznurki trzyma rząd i - po części - dotowane przez państwo związki sportowe.
Ideał, do którego powinniśmy dążyć, to Wielka Brytania. W 1996 roku w Atlancie Brytyjczycy zdobyli jedno złoto i w klasyfikacji medalowej zajęli 38. miejsce (dla porównania Polska była wtedy 11. z pięcioma złotymi medalami). Teraz w Londynie 28 razy stawali na najwyższym stopniu podium i w rywalizacji na sukcesy ustąpili jedynie USA i Chinom. Nie wszystko da się wytłumaczyć tym, że startowali u siebie.
- Właśnie Atlanta była dla nich takim wstrząsem, od którego wszystko się zaczęło. Od tego czasu przeszli drogę ogromnych zmian w sporcie - tłumaczy Krzesiński. - Wprowadzono i systematycznie realizowano programy, które obejmowały każdy poziom. Od sportu szkolnego zaczynając, a na federacjach poszczególnych dyscyplin kończąc. Nam też jest potrzebna konsekwencja, bo dziś brakuje spójności w kształceniu dobrze zapowiadających się zawodników. Nie ma ogólnej polityki dla całego kraju, którymi dyscyplinami chcemy się zajmować, które rozwijać, nie ma spójności między szkoleniem a polityką inwestycyjną. Bywa, że buduje się obiekty na terenie, gdzie nie ma klubów, które mogłyby z nich korzystać. Zmiany wymagają jednak cierpliwości. To nie jest tak, że dziś postanowimy sobie, że za 4 lata w Rio de Janeiro będzie super. Nie ma takiej możliwości, Brytyjczycy swój sport budowali przez 16 lat.
Znając jednak życie (i stan budżetu państwa), my 16 lat będziemy czekać, ale na rozpoczęcie programu uzdrowienia polskiego sportu. I oby nie dłużej.
@RY1@i02/2012/156/i02.2012.156.00000150c.802.jpg@RY2@
Wojciech Grzędziński/Reporter
W Polsce brakuje rozwiązań systemowych, które pozwoliłyby szlifować diamenty, czyli zmieniać dzieci w genialnych sportowców
Przemysław Franczak
Londyn
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu