Być może będzie kara za złoty medal
Z 23-letnim Adrianem Zielińskim (z klubu Tarpan Mrocza), mistrzem olimpijskim w podnoszeniu ciężarów (kat. 85 kg), rozmawia w Londynie Wojciech Koerber
Jak się spało ze złotem?
Położyłem się późną nocą na łóżku i patrzyłem w sufit, bo obok spali brat i Arsen Kasabijew, mający w sobotę start. Musiałem więc czekać aż sen nadejdzie, a w tym oczekiwaniu odpisywałem na SMS-y. Nie zdawałem sobie sprawy, że tak emocjonalnie do tego podejdę. Adrenalina, stres i emocje dały jednak o sobie znać. Zasnąłem, gdy zrobiło się jasno. Obudziłem się i myślę - kurczę, mam złoto. Po powrocie do Polski pewnie dotrze to do mnie jeszcze bardziej.
Pewnie też prezes PZPC Zygmunt Wasiela zechce wyjaśnić z panem kilka spraw.
Przydałoby się. Jak widać, poszedłem chyba dobrą drogą. Jest jeszcze nade mną komisja dyscyplinarna, która chce mnie ukarać. Chyba za złoty medal. Być może w ten sposób związek nagradza swoich zawodników.
Dlaczego zdecydował się pan trenować do igrzysk w dalekiej Osetii Południowej?
Bo jestem dorosły i wiem, czego chcę od życia. Nie mogłem zatańczyć tak, jak oni zagrają. Związek się na ten wyjazd nie zgodził, ale postanowiłem postawić na swoim i wyjechać za własne pieniądze, pokryć koszty zgrupowań i podróży. Do swojego domu zaprosił nas tam Arsen Kasabijew, a ja - będąc członkiem Klubu Polska Londyn 2012 - mam ograniczone środki na wyjazdy. Początkowo zanosiło się jedynie na trzytygodniowe zgrupowanie, takie jak każde inne, np. w Chorwacji, dokąd jeździmy. Związek się nawet zgodził, ale to było rano, a po południu prezes zmienił zdanie. Napisaliśmy więc pismo, że zamierzamy wyjechać, poparliśmy to uzasadnieniem, lecz związek uznał, że za mało merytorycznie. To napisaliśmy pismo, że lecimy na własny koszt, rezygnując z wszelkich udogodnień, jakie nam oferują. I tyle. A przedłużyłem wyjazd do dwóch miesięcy po to, by zrobić związkowi na złość.
I jakie poniósł pan koszty?
Łącznie na trzymiesięczne przygotowania moje, Arsena i pobyt mojego trenera poszło około 50 tysięcy złotych. To nie jest bardzo dużo, ale tu chodzi o sam fakt i gest.
Teraz koszty podróży winny się jednak zwrócić. Przed igrzyskami dostał pan konkretną ofertę sponsorską, lecz ją odrzucił, licząc, że po Londynie cena pójdzie w górę. I poszła. Może pan zdradzić, co to za firma się zgłosiła?
Nie, nie mogę zdradzić.
Jak wyglądały przygotowania w Osetii?
Gruzja się po wojnach rozwija, a my przebywaliśmy tam na wysokości 2 tysięcy metrów. Podobnie jest w Zakopanem, lecz ciut za nisko, dlatego zupełnie zamienię je być może w przyszłości na Batumi. Jeśli chodzi o organizację, Arsen stanął na wysokości zadania, wszystko było zapięte na ostatni guzik. No i tam sportowiec jest na zupełnie innym poziomie społecznym, zalicza się do lokalnej elity. Społeczeństwo go docenia, czuje się kimś.
W Mroczy jest chyba podobnie. Chcą nazwać ulicę pańskim imieniem, postawić pomnik?
Nie no, bez przesady, ja jeszcze żyję. Może po śmierci, ale nie teraz. Choć na pewno, znając mieszkańców Mroczy, będzie huczne przywitanie, jak po moim mistrzostwie świata w Antalyi (2010). Na pewno coś wymyślą i będzie ciekawie. Choć dawno temu trenowałem też w Więcborku, gdy w Mroczy nie mieliśmy żadnego zaplecza i pożyczaliśmy sprzęt od zaprzyjaźnionych klubów. Koszt zakupu sztangi to około 15 tys. zł, a klub, który zaczyna od początku, nie może sobie pozwolić na kupno np. czterech kompletów sztang. Dziś jest już u nas bardzo dobrze, chociaż warto hartować ciało i umysł. Im cięższe warunki, tym lepsze później wyniki. Gdybym od początku miał dobre warunki, być może nie byłbym dzisiaj w tym miejscu. A tak nic mnie już nigdzie nie zaskoczy. Tym bardziej że ciężkie chwile przeżywałem też wtedy, gdy zmarł mój trener Ireneusz Chełmowski (w lipcu 2011 roku, w wieku 38 lat). Odbiło się to na mojej psychice, długo się po tym zbierałem.
Pan zawsze podkreśla zasługi trenera Chełmowskiego. Jak na siebie trafiliście?
Najpierw odbywał staż w gimnazjum w Mroczy, później zaczął tam uczyć, a przy okazji rozpoczął także pracę w naszym klubie (Tarpan). To było siedem lat temu, a ja już trenuję od szesnastu, od początku istnienia naszej sekcji. Był taki moment, że chciałem podjąć decyzję, czy nie przestać trenować i wziąć się za studia lub iść do pracy, bo wiadomo, że taka jest kolej rzeczy. Pamiętam jednak, że po jednych wakacjach pod okiem trenera, po ciężkiej pracy, bardzo się poprawiłem. Czułem, że jeśli oddam się w jego ręce, może coś z tego być. No i w miarę jedzenia rósł apetyt, po medalu MŚ zaczęliśmy myśleć o podium tu w Londynie. Trener mówił, że zdobędziemy to złoto i taki będzie finał czterolecia. A później medal w Rio i następny. Sportowcy są niepokorni, ale trzeba mieć w życiu jakiś autorytet i ja słuchałem trenera Chełmowskiego. Człowiek nie jest przecież najmądrzejszy, tym bardziej na takim poziomie trzeba mieć kogoś, kto spojrzy z boku.
Ile ton przerzucał pan w okresie przygotowawczym?
Po 25 ton dziennie, a więc 100 - 120 tygodniowo. To dużo. Przyznam, że nabawiłem się kilku urazów w trakcie przygotowań. Organizm wyeksploatowany, więc mięśnie nie wytrzymały. Na szczęście stawy mam zdrowe, ale naciągnięcia i naderwania mięśni zaczęły dokuczać. Najlepszy na takie sprawy jest odpoczynek.
Myśli pan wobec tego o jakichś luźniejszych poolimpijskich sezonach, by z całą mocą zaatakować znów w Rio de Janeiro?
Cały czas będę trenował. W przyszłym roku są przecież w Warszawie MŚ, chciałbym pokazać się z jak najlepszej strony.
Ma pan niesamowitą skuteczność udanych prób. Skąd to się bierze?
Rzeczywiście. Od grudniowych przygotowań niemal do samego wyjazdu nie spadło mi żadne podejście. Żadne pewnie z kilku tysięcy. Pojawiły się jednak takie dni, że zaczęła mi się zbierać woda w kolanie i nie było wiadomo, czy ono wytrzyma. Wtedy cztery próby nie wyszły mi na jednym treningu, byłem załamany, mówiłem nawet do trenera, po co my na te igrzyska jedziemy. Bo miałem takie wewnętrzne założenie, że do Londynu ma nie spaść żadne podejście. Zresztą ta woda wciąż się zbiera, gdy się obudziłem rano po zawodach, znów było jej trochę więcej. Wiadomo - przeciążenia. Dźwigam praktycznie na jednej nodze, więc zaczął się też pojawiać ból prawego biodra i lewego barku, co jest wynikiem odciążania kolana. Teraz jednak odpocznę, zrobię badania, być może dostanę jakieś komórki macierzyste. Raz już je dostałem w kolana i bark, to bolesny zabieg, bo wstrzykują ci 50 mililitrów płynu. Mocno rozpycha i nawet pod znieczuleniem bardzo boli. Na szczęście ta woda wydaje się czysta, nie jest zanieczyszczona krwią czy ropą, także z kolanem nic bardzo złego się nie dzieje. Aha, pamiętam, że liczyłem te próby przed MŚ w Turcji (2011). Wyszło wtedy, że na 6 tysięcy spadło mi sześć. A więc jedna na tysiąc.
W podrzucie pierwszą pańską próbę uznano za niedociśniętą i nie zaliczono jej. Podtrzymuje pan zdanie, że należy zmienić przepisy, bo nieważne jak, byleby sztanga znalazła się w górze?
Tak, podtrzymuję. Zawodnicy przygotowują się do igrzysk cztery lata i muszą te cztery lata przekuć w sześć podejść. Nieraz wygląda to tak, że osoba, która jest na medal, werdyktem jury czy sędziów tego medalu nie ma. Najważniejsze moim zdaniem jest to, aby sztanga była w górze, bo to pokazuje, czy ktoś jest mocny, czy nie. Nieraz sędziowie jednogłośnie uznają podejście za czyste, ale zbiera się jury i tę decyzję przekreśla. Dla mnie to nie do pomyślenia. Najważniejsze, by sztanga była nad głową i by utrzymać ją tam 2 sekundy.
Sztanga to tylko kupa żelastwa?
Nie, jest dla mnie przyjaciółką. Trzeba ją szanować, zresztą u nas na siłowni mówi się, że sztanga nie lubi frajerów. My się musimy z tą sztangą dobrze czuć. Cały czas z nią trenujemy, nie zmieniamy treningu jak np. lekkoatleci, którzy czasem są na stadionie, ale czasem na siłowni.
Ma pan czas na jakieś hobby?
Ostatnio tak się poświęciłem przygotowaniom, że praktycznie zerwałem kontakt ze wszystkimi znajomymi.
Pewnie teraz te osoby się jednak odezwą.
Już się odzywają. Myślę, że zasłużyłem na chwilę odpoczynku, bo bardzo się przez ostatnie cztery lata poświęciłem. Starałem się robić wszystko, by być jak najzdrowszym i by wszystko wytrzymało. Od zbijania wagi, beztłuszczowego jedzenia, mam bardzo wysuszone stawy, dlatego muszę się zająć zdrowiem. O 4 w nocy poszedłem jeszcze, pierwszy raz w tym roku, do McDonalda, bardzo mi smakowało, ale organizm jest w takiej potrzebie, że w ogóle tego nie odczułem. A popiłem to colą, też pierwszy raz od pół roku.
Wygrał pan złoto lżejszą wagą ciała. Parametry przeciwników są wam przed rywalizacją znane?
Ważenie jest dwie godziny przed startem, więc zaraz po tym szybko jesz. Coś, co doda ci energii i szybko da się jeszcze przed startem strawić. Nie wiemy, ile ważą rywale. Marcin Dołęga przegrał w Pekinie brąz wagą ciała, tu ja wygrałem. Ale gdybym nie poszedł przed startem do łazienki, to mógłbym teraz nie mieć tego złota, bo byłbym cięższy. Są zawodnicy, którzy depilują też całe swoje ciało, by te kilka gramów jeszcze zyskać. Ja nie miałem ostatnio problemów ze zbijaniem wagi, bo jadłem tylko to, co na posiłkach, nie dojadałem w pokoju, ewentualnie tylko jakieś owoce czy orzechy. Na pewno nie zbijam też wagi bieganiem długodystansowym. My, ciężarowcy, nogi mamy mocne, więc sprint mogę zrobić, lecz przebiegnięcie kilometra jest już dla mnie bardzo wielkim wysiłkiem. Bo mięśnie są coraz silniejsze, ale nie wytrzymalsze.
To prawda, że ktoś proponował panu przed igrzyskami zmianę obywatelstwa?
Nie tylko przed igrzyskami, teraz też. Jak będzie, zobaczymy.
Jak mam to rozumieć?
Zobaczymy, czy polski związek stanie na wysokości zadania i zacznie w końcu coś robić, aby ta dyscyplina była medialna. Sukcesy mamy, a jedynym zmartwieniem działaczy jest chyba tylko to, że... mamy te sukcesy. Ja mówiłem, że jeśli będę walczył na igrzyskach w Londynie, to nie dla pieniędzy, ale dla spełnienia swoich marzeń, ambicji i z pasji. Dla udowodnienia sobie, że jestem wartościowym zawodnikiem. Ale teraz niech się dzieje wola nieba. W kolejnych latach trzeba zacząć powoli zarabiać pieniądze, na tym to też polega.
@RY1@i02/2012/151/i02.2012.151.00000160a.804.jpg@RY2@
epa/pap
Chcę startować dla Polski. Ale nikt mi tego nie ułatwia - mówi Adrian Zieliński
Rozmawiał Wojciech Koerber
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu