Potulny jak Polak
Demonstracje, petycje, bojkoty? Nie, dziękuję. Przez lata Polacy walczyli przeciwko obcym najeźdźcom. Teraz mają problemy, by nauczyć się, jak protestować przeciw legalnie wybranej władzy. Najczęściej robią to ci, którym się najlepiej powodzi
Insurekcja kościuszkowska. Powstanie listopadowe. Styczniowe. Wielkopolskie. Powstania śląskie. Powstanie warszawskie. Czerwiec ’56. Grudzień ’70. "Solidarność". Wyliczenie tylko części polskich protestów, powstań i buntów robi wrażenie. Nawet bez podawania liczby ofiar. Nasze przeświadczenie o tym, że jesteśmy narodem wiecznych kontestatorów, że tylko iskra wystarczy, byśmy rzucili wszystko i ruszyli na barykady, ma bardzo mocne uzasadnienie historyczne. Od zawsze walczyliśmy o wolność. Niechęć do władzy i przemożną ochotę do protestu wysysaliśmy z mlekiem matki. Tymczasem najnowsze badania pokazują, że skłonność do protestowania najwyraźniej nieco w nas przygasła i jest dużo silniejsza u większości narodów Starego Kontynentu.
W ramach European Social Survey, cyklicznych badań socjologicznych przeprowadzanych w ok. 30 krajach (liczba zmienia się z roku na rok), zbadano, jaki jest udział obywateli w tzw. miękkich protestach. Pytano m.in. o udział w demonstracjach, podpisywanie petycji, noszenie nalepek oraz bojkot konsumencki konkretnych produktów. I tak np. odsetek Polaków biorących udział w demonstracjach w 2012 r. wyniósł 2,4 proc. Średnia europejska w tym czasie to 7,1 proc.. Wśród takich rekordzistów jak Hiszpania czy Islandia na ulice wyszedł odpowiednio co czwarty i co piąty obywatel. Również w takiej formie protestu, która wymaga zdecydowanie mniej zachodu niż marsz przez kilka godzin, wypadliśmy raczej słabo. Petycje podpisał u nas dwa lata temu ledwo co dziesiąty obywatel. Warto pamiętać, że wykonanie takiej czynności to zaledwie kilka minut - trzeba po prostu podać swój adres i odnaleźć dowód osobisty, by przypomnieć sobie PESEL. Dobrze wiedzą to Islandczycy i Szwedzi - podpis pod różnego rodzaju listami protestacyjnymi złożył co drugi obywatel tych państw. Lepszego świata domagali się w ten sposób także co trzeci Niemiec i Norweg. Uogólniając, można powiedzieć, że na taką formę protestu zdecydował się średnio co piąty Europejczyk. To dwa razy częściej niż przeciętny Polak. Podobnie słabo wypadamy w używaniu wszelkich nalepek (popularne swego czasu wlepki miały głównie charakter subkulturowy bądź przekazywały miłość lub nienawiść do wybranych klubów piłkarskich) i naszywek, które z kolei w naszym przypadku bardziej dotyczyły upodobań muzycznych niż światopoglądowych.
Najbardziej aktywni protestujący to Skandynawowie (oprócz Finów). Na przeciwnym biegunie znajdują się Europa Środkowo-Wschodnia i kraje śródziemnomorskie (z wyłączeniem Hiszpanii, której aktywność obywatelską można tłumaczyć z jednej strony historycznie - silne zaangażowanie polityczne sięga tam jeszcze czasów wojny domowej z lat 30., z drugiej bardzo odczuwalnym kryzysem, który w ostatnich latach dotknął Półwysep Iberyjski). Na skali liczby protestów gdzieś pośrodku są Niemcy. Dlaczego? - To kraj korporacyjny, gdzie ważne decyzje dotyczące wielu ludzi podejmuje się w trójkącie: pracodawcy, związki zawodowe, państwo. Zwykli ludzie mogą mieć poczucie, że mają wpływ na to, co się dzieje - przypuszcza Henryk Domański, profesor socjologii z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Pewną regułą jest to, że protesty są większe w krajach, gdzie rozwarstwienie majątkowe określane m.in. współczynnikiem Giniego jest mniejsze. To łączy się z tym, że tam więcej ludzi wierzy, że coś może. Tak jest np. w Szwecji. Z kolei w Rosji, gdzie wskaźnik ten jest prawie dwa razy większy, upraszczając nieco obraz, można powiedzieć, że możni nie mają powodów, by protestować, a niezamożni wiedzą, że to i tak nic nie da. Polska jak zwykle leży gdzieś pośrodku.
Nauczyć się walczyć
Skąd ten stan rzeczy? Demokracja w większości krajów Zachodu funkcjonuje znacznie dłużej niż w Polsce i ma to co najmniej dwie poważne konsekwencje. Z jednej strony w funkcjonowaniu państwa wykształciły się mechanizmy, za pomocą których obywatele mogą brać bardziej udział w sprawowaniu władzy oraz protestować przeciw decyzjom, których nie popierają. Funkcjonowanie samorządów, referenda, komisje trójstronne, które w przeciwieństwie do Polski rzeczywiście podejmują wiążące decyzje, czy lobbing, który nie sprowadza się tylko do podrzucania posłom gotowych, korzystnych dla danej grupy społecznej projektów ustaw, to elementy systemu dające przeciętnemu Johnowi, Helmutowi czy Jeanowi poczucie, że mniej lub bardziej wpływa na rządzących. U nas te instytucje mają niestety często wciąż charakter fasadowy lub wręcz przypominają farsę - vide wspominana komisja trójstronna. I choć wprowadzamy coraz więcej podobnych mechanizmów (ostatnio karierę robi np. budżet partycypacyjny, gdzie to obywatele rozdzielają publiczne pieniądze na inicjatywy, które sami zgłoszą, a później poddadzą pod głosowanie), to niestety bardzo istotna jest tu także kwestia przyzwyczajenia. - Opierając się na wiedzy historycznej, można powiedzieć, że w momencie gdy istnieje zagrożenie zewnętrzne, Polacy protestują od razu. Taką mamy tradycję, ale tego typu akcje są zazwyczaj spontaniczne i doraźne. A uczestniczenie w demokracji wymaga systematycznego działania. Nie wystarczą wystąpienia jednorazowe. Konieczne jest wywieranie zinstytucjonalizowanego i długofalowego nacisku na władze. Tego trzeba się nauczyć - tłumaczy Henryk Domański i dodaje, że Polacy z reguły nie myślą o odkładaniu bieżących przyjemności na poczet przyszłych zysków. - Nam zawsze brakowało poczucia przewidywalności i ciągłości, a system demokratyczny w naszym kraju wciąż się kształtuje. Ten brak protestów koresponduje z niezwykłą wstrzemięźliwością pod względem uczestniczenia w wyborach parlamentarnych. Wynika to m.in. z tego, że w Polsce ludzie są indywidualistami. Uczestniczenie w protestach wymaga współpracy, a to z kolei łączy się w naszym mniemaniu z ponoszeniem kosztów. Brakuje myślenia w kategoriach interesu zbiorowego - stwierdza socjolog.
Kto najszybciej zrozumiał nowe zasady gry, to, że w demokracji na rządzących wpływ wywiera się zupełnie inaczej niż w demokracji ludowej, że trzeba działać razem i niekoniecznie w konspiracji, że napisanie czegoś na murze na nikim nie robi wrażenia? "Najwyższymi wskaźnikami uczestniczenia w protestach wyróżniają się kierownicy wyższego szczebla i specjaliści, przed »niższymi« pracownikami umysłowymi. Następni w kolejności są właściciele, jeszcze niżej robotnicy wykwalifikowani i niewykwalifikowani, natomiast generalnie rzecz biorąc, najrzadziej uczestniczyli w protestach rolnicy" - to fragment artykułu naukowego Henryka Domańskiego. Można spytać: Jak to? Spektakularne blokady dróg, kariera nieżyjącego już Andrzeja Leppera czy mające miejsce kilkanaście dni temu protesty w związku z ograniczeniem skupu świń i związana z tym dymisja ministra rolnictwa - to wszystko się nie liczy? Naprawdę inni protestują chętniej niż rolnicy? - To, że dany protest czy demonstracja jakiejś grupy są w mediach nagłośnione, wcale nie znaczy, że ta grupa często protestuje. To oznacza tylko tyle, że media pokazują ich działania, bo są one widowiskowe - wyjaśnia Kazimierz M. Słomczyński, profesor socjologii z Ohio State University. - Ciekawą grupą są tutaj przedsiębiorcy. Oni potrafią protestować, ale to nie jest zauważalne. Wyrażają swoje niezadowolenie, gdy niekorzystnie zmieniają się przepisy dotyczące działalności gospodarczej - organizują petycje, mają silne organizacje lobbingowe. Media nie są skłonne, żeby o tym pisać, bo protest dotyczy partykularnych interesów, a nie szerszych spraw. Dla przedsiębiorców protest jest na swój sposób działaniem rutynowym - dodaje socjolog. Tak czy inaczej stwierdzenie, że to raczej kierownicy, a nie robotnicy najczęściej demonstrują, wydaje się łamać pewien stereotyp stawiający tych, którzy posiadają mniej, w roli bardziej roszczeniowych.
Odpowiedzi respondentów ESS dotyczące protestów są w pewnym sensie wskaźnikami aktywności obywatelskiej. A ludzie są zaangażowani wtedy, gdy mają przekonanie, że są w stanie wpłynąć na władzę. Że wcześniej czy później rządzący muszą zareagować. Dlaczego więc nam, Polakom, nie chce się chcieć? Dlaczego mimo że w ostatnich latach wciąż jesteśmy bombardowani filmami historycznymi, które pokazują raczej naszą niepokorność i niezgodę na zastaną rzeczywistość ("Czarny czwartek", "Wałęsa", a ostatnio "Kamienie na szaniec"), większości z nas jest wszystko jedno? Jedną z przyczyn jest właśnie to, że nie wierzymy, że nasz protest cokolwiek da. - Znajomość procesu demokratycznego, przekonanie o sprawstwie są jeszcze w Polsce stosunkowo nieduże - mówi Henryk Domański. - Najczęściej protestują ci, którym się najlepiej powodzi. Udział w protestach daje im możliwość wystąpienia w roli obrońców demokracji, wyrażenia własnego poglądu i zaspokojenia aspiracji w zakresie oddziaływania na władzę. Członkowie tej kategorii są w każdym ustroju najbardziej gorliwymi recenzentami klasy rządzącej. Predestynują ich do tego krytyczny stosunek do rzeczywistości, umiejętność rozpoznawania własnych interesów i kompetencje w zakresie wywierania skutecznego nacisku. A równocześnie, nie uczestnicząc w protestach, traci się możliwość zabezpieczenia uprzywilejowanej pozycji, w przeciwieństwie do kategorii o niższym statusie, które niewiele mogą stracić - wyjaśnia naukowiec.
Są powody, ale nie ma po co
Ciekawe jest to, jakim uzasadnieniem swojego braku zaangażowania posługują się gorzej sytuowani. Ci, którzy ledwo wiążą koniec z końcem (często i tak przy wydatnej pomocy państwa), najbardziej dotknięci procesem transformacji, o lepszy byt nie walczą na ulicach. Ta grupa w pewien sposób uzasadnia nierówności. Wytłumaczenia są różne. Czasem jest to po prostu fatalizm i pogodzenie z losem: "tak ten świat jest urządzony", "przecież i tak nic nie da się zmienić". Podobne zachowania wyjaśnia także swego rodzaju konserwatyzm: "jeśli tak jest, że są bogaci i biedni, to pewnie tak powinno być, to jest słuszne". Ci ludzie zamiast starać się o poprawę swojej pozycji, racjonalizują status quo. - Członkom klas niższych trudno jest uchwycić przyczynową zależność między angażowaniem się w akcje protestacyjne a ewentualnymi korzyściami tych działań. Nie mają do tego przekonania i wiary ani kapitału kulturowego, kategorii nazywanych w Polsce inteligenckimi - stwierdza prof. Domański. Tak więc robotnicy, w poprzednim systemie sól tej ziemi, ci, którzy najczęściej występowali przeciw władzy, teraz nie potrafią tego robić.
- Być może wynika to z tego, że większości z nas wydaje się, że nie ma po co protestować - przypuszcza Janusz Czapiński, profesor psychologii z Uniwersytetu Warszawskiego. - Wraz z rozwojem gospodarki wielu z nas dostało na talerzu słodkie winogrona, o których wcześniej mogliśmy tylko marzyć. Relatywnie jest nam lepiej. W odwrotnej sytuacji są niektóre kraje Zachodu: one te frykasy miały, a teraz na skutek kryzysu im je zabrano. Poza tym, by się sprzeciwiać, potrzebny jest adresat tego protestu. A w Polsce politycy są coraz rzadziej postrzegani jako ci, którzy mogą coś zrobić poza zadbaniem o własną pozycję.
Bardziej historyczne uzasadnienie braku chęci Polaków do protestu podaje politolog Sławomir Sowiński. - Po pierwsze, XIX wiek to u nas czas zaborów. A to właśnie wtedy w Europie kształtowały się narody i państwa. Nasza świadomość narodowa automatycznie kształtowała się przeciwko państwu. Potem czasy PRL takie podejście pogłębiły, tak więc teraz jeszcze nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że można protestować w ramach systemu - wyjaśnia naukowiec z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. - Poza tym PRL ośmieszył wszelkie legalne formy demokracji. W tamtym okresie akcje zbierania podpisów czy pochody stały się karykaturą obywatelskiego zaangażowania. Wreszcie istotne jest to, że współczesne formy protestu sięgają końca lat 60., gdy wielu ludzi na Zachodzie stwierdziło, że państwo to zbyt poważna rzecz, by zostawić ją politykom. W Polsce mieliśmy wielki ruch "Solidarność", wyjątkową w skali świata formę partycypacji obywatelskiej, ale znów był to ruch skierowany przeciwko władzy narzuconej z zewnątrz. Dlatego teraz musimy się nauczyć na nowo wolnego państwa, w którym jesteśmy u siebie - tłumaczy Sowiński.
I demonstracje, i lobbing
Jak będą wyglądać protesty w Polsce za kilka lub kilkanaście lat? W bojkotach produktów czy podpisywaniu petycji będziemy uczestniczyć coraz częściej, więcej czasu spędzimy także stojąc w korkach spowodowanych demonstracjami. Już teraz trendy uczestnictwa w marszach protestacyjnych i bojkotach są rosnące, można się zastanowić, kiedy zaczną przypominać wykresy giełdowe z czasu hossy. I tak będzie dalej: gdy więcej ludzi zasili szeregi wyższej klasy średniej, zwiększać się będzie gotowość do protestów. Ale na to musimy jeszcze poczekać.
Poszczególne grupy społeczne będą też zapewne sięgały po różne formy sprzeciwu. Jedni będą woleli wychodzić na ulice, inni zgłaszać projekty ustaw. - Utrwalony system demokratyczny daje różnym grupom szansę obrony własnych interesów. W każdym kraju istnieje zróżnicowanie środków, po które sięgają przedstawiciele poszczególnych klas społecznych. Jest też tak, że niektóre grupy lepiej walczą o swoje interesy niż inne - wyjaśnia profesor Kazimierz Słomczyński. I tak wiadomo, że choć rolników we Francji z powodu wysokiego stopnia mechanizacji jest stosunkowo mało (znacznie mniej niż w Polsce), siła ich lobbingu jest olbrzymia. Z drugiej strony czasem bardzo liczne grupy w takich legalnych demokratycznych mechanizmach są reprezentowane nad wyraz słabo - tu przykładem mogą być imigranci zarobkowi w większości krajów, chociażby Polacy w Wielkiej Brytanii.
Bardzo duży wpływ na siłę przyszłych protestów w Polsce może mieć internet. Tworzenie grup protestu w portalach społecznościowych jest stosunkowo łatwe, chciałoby się rzec, typowo polskie - spontaniczne, jednorazowe i niewymagające głębszego zaangażowania. Przykładem służyły tu protesty przeciw ACTA, których siła zaskoczyła zdecydowaną większość aktorów życia społecznego, w szczególności polityków. - W sieci interakcja między politykami a obywatelami wciąż jest stosunkowo mało rozwinięta, ale to powinno się zmieniać i prowadzić do większej aktywności wyborców w tym obszarze - prognozuje prof. Słomczyński. Być może przełoży się także na wykształcenie takich form protestu, które będą wymagały większego i systematycznego zaangażowania, ale jednocześnie dadzą obywatelom poczucie większego wpływania na rządzących. Czymś takim mogłyby się stać społeczne konsultacje projektów ustaw, które jak na razie przez niektóre ministerstwa wciąż są traktowane jak zło konieczne, a nie ważna opinia obywateli, których tworzone prawo będzie dotyczyć.
Pisząc o pewnej niechęci Polaków do protestowania w demokracji, trzeba zaznaczyć jedną bardzo ważną rzecz - badania ESS pokazują udział obywateli w legalnych formach protestów przeciwko legalnie wybranym i akceptowanym władzom. Wydaje się, że gdyby nagle przyszło nam się zmierzyć z zagrożeniem zewnętrznym czy władzą, której legitymizacji w dużej części nie uznajemy, nasza buntownicza postawa ze skłonnością do pewnej anarchiczności i brakiem poszanowania prawa szybko dałaby o sobie znać.
To, że dany protest jest w mediach nagłośniony, wcale nie znaczy, że ta grupa często demonstruje. Oznacza to tylko tyle, że media pokazują ich działania, bo są one widowiskowe
@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.00000110a.803.jpg@RY2@
Sławomir Kamiński/agencja gazeta
Tworzenie grup protestu w portalach społecznościowych jest stosunkowo łatwe, chciałoby się rzec, typowo polskie - spontaniczne, jednorazowe i niewymagające głębszego zaangażowania. Jak protesty przeciw ACTA, których siła zaskoczyła jednak zdecydowaną większość aktorów życia społecznego
Maciej Miłosz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu