Demaskatorstwo podszyte zakłamaniem
Czytając książkę Wojciecha Orlińskiego, można odnieść wrażenie, że cały świat - z powodu internetu - zmierza ku przepaści
Alkiem Tarkowskim
Ukazała się nowa książka czołowego polskiego znawcy internetu, Wojciecha Orlińskiego z "Gazety Wyborczej". Nosi złowieszczy tytuł "Internet. Czas się bać". Czy Orliński ma rację, trzeba się bać?
To bardzo solidna i pogłębiona analiza wpływu internetu na różne aspekty dzisiejszych społeczeństw i gospodarek. Jest z nią tylko jeden problem.
Jaki?
Ta książka to nie jest literatura faktu, tylko dobry horror. A autor wciela się w rolę narratora i co akapit zdartym głosem powtarza "Boicie się?! Nie słyszę!!! Boicie się?!". Wystarczy przejrzeć tytuły kolejnych rozdziałów. Każdy z nich jest apokaliptyczny: "Jak straciliśmy prywatność?", "Jak straciliśmy wolność wypowiedzi?", "Jak straciliśmy pracę?", "Jak straciliśmy kulturę?". Jak ją się przeczyta, to można odnieść wrażenie, że cały świat - właśnie z powodu internetu - zmierza ku przepaści. A jedynym człowiekiem, który to dostrzega, jest Wojciech Orliński. Reszta ludzi i grup zajmujących się internetem to albo naiwniacy i niepoprawni optymiści, albo sprzedawczyki chodzący na pasku wielkich korporacji.
Czyżbym wyczuwał tu osobistą urazę?
Faktycznie, Orliński wyzłośliwia się w książce na mój temat i na temat mojej organizacji (Centrum Cyfrowe współpracuje z Creative Commons, międzynarodową organizacją promującą otwarte zasoby w internecie - red.). Pisze, że kiedyś był entuzjastą sieci, ale potem przejrzał na oczy. Uznał, że na rozwoju internetu korzysta tylko garść korporacji. Te zaś finansują najróżniejsze organizacje i działaczy rzekomo rozwijających internet w interesie publicznym. Na przykład Centrum Internetu Społeczeństwa na Uniwersytecie Stanforda dostało miliony od Google. Teraz więc wszyscy wywodzący się stamtąd akademicy muszą chodzić na pasku internetowego giganta z Mountain View. Tylko że to demaskatorstwo jest podszyte zakłamaniem.
Dlaczego?
Gdy Orliński opisuje własną dziennikarską branżę, nagle wszystko zaczyna być bardziej skomplikowane. Jego zdaniem dziennikarze codziennie podejmują decyzje, które są kompletnie niezgodne z logiką interesu ekonomicznego ich wydawcy. Na przykład u niego w redakcji oczywistością jest istnienie takiego chińskiego muru, oddzielającego teksty Wojciecha Orlińskiego od interesów ekonomicznych koncernu Agora, który go zatrudnia. I nie ma powodów, żeby twierdzić, że tak nie jest. Tylko naprawdę nie rozumiem, dlaczego w takim razie organizacje pozarządowe, działacze i intelektualiści mówiący o wolnym internecie nie mogą się takim chińskim murem otoczyć?
Ja tam Orlińskiego rozumiem. Dla nas, starych mediów, siły takie jak Google są rywalem.
To prawda. Ale chcąc być konsekwentnym, Orliński powinien napisać też rozdział o uwikłaniu swoim i wszystkich dziennikarzy w finansowanie korporacyjne. Zamiast tego woli przedstawiać redakcje gazet jako jedynego idealistycznego gracza w brutalnym świecie internetowej gospodarki. A jednocześnie forsuje destrukcyjną tezę, że nie ma osób działających w imię interesu publicznego, wszystko to gra rynkowych interesów.
A czy pisze, jak ten brudny internetowy biznes uczłowieczyć?
Ma kilka pomysłów. Jeden jest taki, żeby to państwa uregulowały internet tak, jak regulują rynek prądu i gazu. Ale to jest kompletnie nierealne.
Dlaczego?
Spójrz na ostatnie historie dotyczące internetowej inwigilacji. Tu wszystkie doświadczenia pokazują, że oddawanie państwu kolejnych kompetencji kontrolnych przyniesie skutki odwrotne do zamiarów.
A inne pomysły?
W pewnym momencie Orliński mówi: Polaku, korzystaj z usług rodzimych firm internetowych. Czyli Naszej Klasy zamiast Facebooka, Blipa (już nieistniejącego!) zamiast Twittera itd. Bo przecież te amerykańskie to obrzydliwe monopolistyczne korporacje. Zdaje się nie dostrzegać, że polskie korporacje robią - na tyle, na ile mogą - dokładnie to samo. Proponuje też podejście, które nazywa technoanarchicznym, oparte na używaniu niezależnych rozwiązań gwarantujących prywatność. Na koniec wychodzi, że jedynym sensownym pomysłem, z którym zostaje czytelnik tej książki, jest wezwanie do... zaszyfrowania swojej poczty elektronicznej. No dobrze, zrobiłem to. I czy uratowałem świat? Nie bardzo. Nadal mam nieprzejrzystą władzę, zniszczoną kulturę i brak wolności słowa.
@RY1@i02/2014/002/i02.2014.002.00000280a.802.jpg@RY2@
Marek Matusiak
Alek Tarkowski, socjolog internetu, dyrektor Centrum Cyfrowego Projekt: Polska i koordynator polskiego oddziału Creative Commons. W latach 2008-2011 członek zespołu doradców strategicznych przy premierze
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu