Za cztery lata też są igrzyska
Piotr Małachowski złoty medal miał na wyciągnięcie ręki . Z nowu sprzątnął mu go sprzed nosa Harting. Tym razem Christoph
Jeśli wierzyć Piotrowi Małachowskiemu, to z nim i jego srebrnym medalem jest trochę tak, jak z młodym ojcem, który niecierpliwie czeka na narodziny dziecka, ale zamiast upragnionego syna na świat przychodzi córka (albo na odwrót). Radość jest silniejsza od rozczarowania.
Jedynym momentem, w którym wydawało się, że superfaworyt rzutu dyskiem może rozdzierać szaty i kląć na los łaskawy dla Niemca Christopha Hartinga, była jego reakcja po ostatnim rzucie. Małachowski najpierw zrezygnowany zawiesił się na siatce otaczającej rzutnię, a potem usiadł ze smutną miną i do kamery wyszeptał słowo: "Przepraszam".
- Tak powiedziałem, bo chciałem zdobyć złoto. Nie udało się, trudno, ale dałem z siebie wszystko. Nie traktuję tego jako porażki, ba, jestem szczęśliwy - mówił później.
To złoto wisiało w powietrzu. Od początku do samego końca. Już na rozgrzewce Małachowski dorzucił dysk pod linię wyznaczającą 70. metr i blisko należącego do Liwina Virgilijusa Alekny rekordu olimpijskiego (69,89).
Przed pierwszą próbą kręcił się zdenerwowany, wychodząc daleko poza strefę dla zawodników. W końcu przyszła jego kolej. Wszedł do koła, kilka razy napluł na dysk, przetarł go ręką - czynność może mało estetyczna, ale dzięki temu dwukilogramowy krążek nie ślizgał się w dłoni - w mgnieniu oka zrobił dwa i pół obrotu, a po chwili stał już przy siatce w triumfującej pozie. 67,32 m - świetny wynik jak na otwarcie. Siedzący na trybunach kulomiot Tomasz Majewski, przyjaciel Małachowskiego, aż poderwał się z miejsca. Polak drugiego w klasyfikacji Hartinga wyprzedzał o prawie metr.
W trzeciej próbie się poprawił - 67,55. Przewaga wzrosła.
I już był luz. Małachowski, chodząc z ręcznikiem zarzuconym na głowie, uciął sobie pogawędkę z fotoreporterem, stroił też niewinne żarty z Hartinga przed kamerami. Mógł sobie na to pozwolić, rywali zostawił daleko za plecami. Mobilizował się jednak przed kolejnymi rzutami, cały czas kursował pod trybuny, gdzie rozmawiał z trenerem Witoldem Suskim i Majewskim.
Tego, że 25-letni Niemiec odpali w ostatniej kolejce taki pocisk, nie zapowiadało nic. On sam również jednak znalazł się pod presją, bo wymykał mu się medal - ni stąd, ni zowąd na 2. miejsce wskoczył Estończyk Martin Kupper, potem wyprzedzony przez Daniela Jasińskiego, reprezentanta Niemiec polskiego pochodzenia. Harting wziął więc dysk w swoje ręce. Zakręcił się i wykręcił rekord życiowy - 68,37. Małachowski znalazł się pod ścianą.
- Nie miałem już siły, żeby go przerzucić - przyznał Polak, u którego nazwisko Harting nie będzie chyba wzbudzać ciepłych skojarzeń. W 2009 r. na mistrzostwach świata w Berlinie w niemal identycznych okolicznościach, w ostatnim rzucie, złoto odebrał mu starszy z braci Hartingów - Robert. Mistrz olimpijski z Londynu startował w Rio, ale przepadł w eliminacjach. Okazało się, że ma kontuzję. Ale został jeszcze Christoph, mierzący 207 cm kolos.
- Każdy ma swojego Hartinga, a ja mam nawet dwóch - nie tracił humoru Polak.
Co ciekawe, niemieccy bracia mają bardzo chłodne relacje. Kiedyś w ogóle nie odzywali się do siebie, traktowali jak powietrze. Dwie zupełnie różnie osobowości. Jeden bardzo otwarty (Robert), drugi introwertyk (Christoph przez ponad rok nie rozmawiał z mediami). Kiedy na konferencji prasowej jeden z polskich dziennikarzy pomylił się i nazwał Christopha Robertem, młodszy Harting wybuchnął nerwowym śmiechem i stwierdził, że reporter może darować sobie zadanie pytania.
- Dziwny, ale fajny - mówi o nim Małachowski. Nie ma między nimi niezdrowej rywalizacji. Kiedy Polak wchodził do koła po raz ostatni, Niemiec rzucił: - Walcz do końca.
A może to była psychologiczna zagrywka? - Skąd wziął się ten mój rzut? Nie wiem - mówił nowy mistrz olimpijski. - Po prostu czasem zdarzają się momenty, gdy skupiasz się mocniej, wszystko zaczyna się zgrywać. Pomyślałem wtedy, że to jest moja chwila, mój stadion i nikt nie odbierze mi dzisiaj zwycięstwa.
Po zawodach wszyscy go pocieszali, ale on wcale tego nie oczekiwał. - Jestem drugi, można powiedzieć standardowo, to jest najważniejsze. Chciałem zdobyć medal i udało się. Byłem w stanie walczyć o złoto, ale w sporcie piękne jest to, że nie rozdaje się medali przed zawodami. Poza tym za cztery lata są kolejne igrzyska - puszczał oko dwukrotny już w tej chwili wicemistrz olimpijski.
Nasz zawodnik ma pecha: dwa razy przegrał już medal z braćmi Hartingami
@RY1@i02/2016/157/i02.2016.157.00000160a.802.jpg@RY2@
Paweł Kopczyński/Reuters/Forum
Przepraszam - mówi Małachowski, bo chciał zdobyć złoto
Przemysław Franczak
Rio de Janeiro
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu