Przestaliśmy się wstydzić, że nie czytamy
Z czytelnictwem w Polsce nigdy nie było dobrze - ani w PRL-u, ani przed drugą wojną światową. Utyskiwanie na niskie czytelnictwo było obowiązujące w polskiej publicystyce już w XX, a nawet XIX wieku - mówi Tomasz Makowski, dyrektor Biblioteki Narodowej
Tomaszem Makowskim
@RY1@i02/2016/083/i02.2016.083.00000640b.803.jpg@RY2@
jacek domiński/reporter
Tomasz Makowski historyk, przewodniczący Krajowej Rady Bibliotecznej. W Bibliotece Narodowej pracuje od 1994 roku, od 2007 roku pełni funkcję jej dyrektora
Od lat mówi się o tym, że Polacy czytają wyjątkowo mało. Jeśli ktoś miał nadzieję, że ta tendencja się odwróci, świeżo opublikowany przez Bibliotekę Narodową raport o czytelnictwie pozbawia złudzeń. Zaledwie 37 proc. Polaków w ubiegłym roku przeczytało choćby jedną książkę lub jej fragmenty. Tak złego wyniku jeszcze nie było.
Niestety, ostatni raport rzeczywiście pokazuje bardzo niski poziom czytelnictwa. Jeszcze przed rokiem cieszyły nas pewne dobre znaki, które dało się zaobserwować. Widzieliśmy wzrost czytelnictwa wśród osób młodych, między 15. a 19. rokiem życia. Tegoroczne badania nas rozczarowały.
W tym roku wśród ludzi młodych zaobserwowano jeden z największych spadków czytelnictwa.
Czytelnictwo wśród młodych i tak jest najwyższe w całej populacji. Najmniej czytają ludzie starsi. Problem w tym, że nawet młodzież w Polsce czyta dużo mniej, niż powinna i dużo mniej niż młodzież w innych krajach. Inaczej mówiąc, cieszymy się, że młodzi czytają więcej niż 50- czy 60-latkowie. Wiemy, że poziom czytelnictwa dzisiejszych 15- czy 20-latków spowoduje, iż w nieodległej przyszłości osoby z tej grupy będą czytać jeszcze mniej. W tej perspektywie to już niepokojący wynik.
W powszechnych dyskusjach odpowiedzialnością za niskie czytelnictwo najbardziej skłonni jesteśmy obarczać właśnie ludzi młodych. Czy słusznie?
Bardzo dokładnie przebadaliśmy w tym roku grupę nieczytającą, zastanawiając się nad przyczynami nieczytelnictwa. Okazało się, że czytelnictwo w dużym stopniu jest dziedziczone kulturowo. Oznacza to, że jeśli czytają nasi rodzice lub rówieśnicy, których obdarzamy autorytetem, w dziewięciu na dziesięć przypadków, my sami też będziemy czytać. Niestety, zła wiadomość dotyczy grupy nieczytającej, bo ta zależność jest identyczna. Jeżeli nasi rodzice lub dziadkowie nie czytają, to jest niemal pewne, że my również czytać nie będziemy. Wiemy to już od kilku lat, ale tym razem zostało to już bardzo dokładnie przebadane.
Czyli jeśli obarczać kogoś winą, to raczej starsze pokolenia, które nie przekazują młodym czytelniczych wzorców?
Rozwijanie czytelnictwa w domu ma kluczowe znaczenie. Państwo nie ma na to żadnego wpływu - nie możemy zmusić rodziców, by czytali książki. Ale możemy informować, że kiedy dziecko czy dorastający człowiek widzi dorosłego czytającego, zaczyna kojarzyć czytanie z dorosłością. Obecnie za jej atrybuty uważa picie alkoholu czy prowadzenie samochodu, ale czytanie książek do nich nie należy. Jeśli młodzi nie będą widzieć dorosłych z książkami, będą je uważać wyłącznie za część świata dziecięcego lub szkolnego.
Jeśli nie można zmusić rodziców do czytania, to co da się zrobić?
Przykłady innych krajów pokazują, że jeżeli kapitału kulturowego nie wynosimy z rodziny, to pozostają szkoła i biblioteka publiczna jako ewentualne miejsca, gdzie można to naprawić. Biblioteka i program szkolny powinny wyrabiać zwyczaj czytania. Najprostszy sposób to wygospodarować dziecku 20 czy 45 minut w ciągu dnia szkolnego, które ma poświęcić na samodzielne czytanie dowolnej książki. Może ją przynieść z domu lub dostać na miejscu. Ważne, żeby ten czas poświęciło wyłącznie lekturze. W wielu krajach podobna praktyka powoduje, że dzieci z rodzin, w których nie ma zwyczaju czytania, zaczynają czytać, bo prędzej czy później trafiają na książkę, która je zainteresuje lub która do nich przemówi. To może być książka o wybitnym piłkarzu, o przyjaźni, historia, która pobudza ich wyobraźnię lub odwołuje się do przeżyć, które są im znane.
Przy tym wszystkim poziom wykształcenia rośnie, a czytelnictwa - nie.
Jeszcze w 2000 roku liczba nieczytających absolwentów szkół wyższych wynosiła tylko dwa procent. Dzisiaj to jest ponad trzydzieści procent. To oznacza, że ruch otwierania uczelni na masowe kształcenie nie wpłynął na powiększenie grupy świadomej inteligencji. Jeżeli ktoś, kto skończył uczelnię wyższą, oświadcza, że przez rok nie przekartkował żadnej książki, to znaczy, że nabył formalne kwalifikacje, ale nie wpłynęło to w żaden sposób na jego zachowania kulturowe.
Do czytania nie skłania już nawet snobizm?
Nieczytelnictwo ma dużo dłuższą historię, niż to wynika z badań, tylko od kilku lat nie wstydzimy się do niego przyznać. Jeszcze parę lat temu bardzo wielu respondentów nawet przed samymi sobą wstydziło się przyznać, że nie
przeczytało żadnej książki. A dzisiaj już tego wstydu nie ma. W porównaniu z poprzednimi latami znacznie więcej badanych stanowczo odpowiadało, że nie czytali nigdy.
Dlaczego przestaliśmy się wstydzić, że nie czytamy?
Książka przestaje być atrybutem sukcesu i prestiżu. Przez lata nie występowała w serialach telewizyjnych. Serialowe scenografie budowano tak, by w domach i biurach nie było książek. W serialach w zachodniej Europie czy Ameryce adwokat spotyka się ze swoim klientem zazwyczaj na tle ściany pełnej książek, w polskim serialu na tle pustej ściany, ewentualnie z obrazem. To ma znaczenie, dlatego że osoby, które mają aspiracje i ambicje, bardzo często sugerują się tym, co widzą w filmach i telewizji. Jeśli widzą, że dom bez książek może być prestiżowy, będą to powtarzać u siebie.
W przekonaniu, że czytanie nie jest potrzebne, by osiągnąć sukces, utwierdzają nas kariery celebrytów. Polityków chyba też nie uważamy za oczytanych...
Większość polityków, których znam, czyta naprawdę dużo, ale PR-owcy przez długi czas odradzali im pokazywanie się z książkami. Uważali, że jest to odbierane jako wywyższanie się i nie nawiązuje do normalnego domu polskiego, w którym według PR-owców książek nie ma. To jest prawdziwy dramat.
A może nie mamy czasu czytać?
To prawda. Dom i dwa etaty powodują, że trudno znaleźć czas na lekturę. Ale to jest tylko połowa odpowiedzi. Druga połowa powinna dotyczyć tego, dlaczego przy tak dużym zmęczeniu nie traktujemy książki jako odpoczynku. Choćby dziesięć minut przed snem. Lektura powinna nas zrelaksować i zwyczajnie zapewnić higienę psychiczną, bo czas z książką jest czasem wyłączonym.
W powszechnym przekonaniu przesiadywanie z książką nie licuje z powagą człowieka na stanowisku.
Otóż wcale tak nie jest. Badania pokazują, że osoby, które odniosły sukces, są na stanowiskach kierowniczych lub zostały specjalistami w jakichś dziedzinach, czytają nieporównanie więcej niż średnia.
Brak czasu to tylko łatwa wymówka?
Można się zastanawiać, czy te osoby nie mają więcej czasu na czytanie właśnie dlatego, że osiągnęły sukces. Wydaje mi się jednak, że chodzi o coś innego. Bardziej prawdopodobne, że ci ludzie odnieśli sukces dlatego, że czytając, mieli przewagę nad innymi - byli bardziej kreatywni, bardziej innowacyjni albo po prostu mieli tematy do rozmowy, dzięki czemu mogli się lepiej zaprezentować i nawiązać kontakty. Czytanie - i to pokazują badania, nie tylko nasze - sprawia, że czujemy się bardziej pewnie. Mniej boimy się ryzyka przy podejmowaniu pracy i w mniejszym stopniu obawiamy się o przyszłość. Chętniej też uczestniczymy w życiu społecznym na poziomie lokalnym, włączamy się w różne akcje, bo czujemy się odpowiedzialni za swój los. Z kolei osoby, które nie czytają, odczuwają większy lęk, bo żyją tylko w swoim świecie. Książki dają niezwykłą możliwość poznania innych poglądów lub sposobów radzenia sobie ze stresem.
Trudno nie poczuć wstydu, odkrywając, że przykładów wysokiego czytelnictwa nie trzeba szukać daleko. U nas czyta 37 proc. populacji, w sąsiednich Czechach - aż 84. Czy słabe czytelnictwo w Polsce da się wytłumaczyć naszą historią?
Powiedzieliśmy już, że najmniej w Polsce czytają osoby starsze, 50-, 60- i 70-letnie. To ci, którzy wychowali się przed 1989 rokiem, przed erą internetu i pokusami rynku komercyjnego. Fakt, że w Polsce dosyć późno usunięto analfabetyzm, zapewne ma znaczenie. Po drugie, w czasie drugiej wojny światowej zniszczono 70 proc. księgozbiorów, w tym księgozbiory prywatne. To sprawiło, że nasi rodzice często nie mieli okazji widzieć swoich rodziców i dziadków na tle domowych bibliotek, jak to było w Czechach, Anglii, we Włoszech czy Francji. My z powodów historycznych mamy tę pamięć znacznie krótszą. Książki powinny istnieć w opowieściach rodzinnych, powinniśmy wiedzieć, jak wielkie znaczenie miały lektury w życiu inteligencji, zwłaszcza tej starszej, że kształtowały postawy ideowe, były przedmiotami sporów.
Niektórzy twierdzą, że jedną z zalet PRL-u był wysoki poziom kultury społeczeństwa. Wtedy czytaliśmy dużo?
Uważając, że w PRL-u dużo czytano, wpadamy w pułapkę oczywistości. Nie, nie czytano tak powszechnie, jak się obecnie uważa. Korzenie nieczytelnictwa w Polsce są dużo, dużo głębsze. W PRL-u wprawdzie nie było internetu, przez długi czas istniał tylko jeden program telewizji i było niewiele książek, bo wydawaliśmy ok. 10 tys. tytułów rocznie. Teraz wydajemy 36 tys. Nakłady były niewielkie, więc książka była towarem deficytowym. Ale z czytelnictwem w Polsce nigdy nie było dobrze - ani przed drugą wojną światową, ani wcześniej. Utyskiwania na niskie czytelnictwo było obowiązujące w polskiej publicystyce już w XX, a nawet XIX wieku.
Więc żyjemy tylko w złudzeniu, że kiedyś było lepiej?
Zawsze czytaliśmy mało albo mniej, niż byśmy chcieli. Dużo czytaliśmy na początku lat 90. Być może to jest przyczyna, dlaczego tak bardzo martwimy się obecnym spadkiem czytelnictwa. Ale ówczesna tendencja była spowodowana otwarciem rynku. Wyszły książki, na które długo czekano, zaczęto publikować całą literaturę popularną, która była wcześniej słabiej dostępna - romanse, kryminały, powieści sensacyjne.
Jak wysokie było wtedy czytelnictwo?
Na początku lat 90. odnotowano 72 proc. czytających Polaków. My martwiliśmy się już wtedy, gdy wynik spadł do 60 proc. Kiedy spadł do 50 proc., zaczęliśmy bić na alarm, choć to jeszcze nie najgorszy rezultat - mniej więcej takie jest standardowe czytelnictwo w Ameryce. Kiedy jednak czytelnictwo spada poniżej 50 proc., jest to bardzo poważny problem.
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego wprowadziło program dofinansowania bibliotek. Wybudowano nowe biblioteki, wiele zmodernizowano. Dlaczego te wysiłki nie znalazły odzwierciedlenia w badaniach czytelnictwa?
Środki były po prostu za małe. Bardzo się cieszymy, że 250 bibliotek zostało zbudowanych czy wyremontowanych z tych funduszy, bo były to pierwsze od dziesięcioleci środki przeznaczone na ten cel. Ale bibliotek publicznych w Polsce mamy 8 tys. I większość z nich wymaga podobnej zmiany. Problem jest z tymi bibliotekami, na które samorządy nie łożą i które nie mogły skorzystać ze środków centralnych, bo nie dla wszystkich starczyło. Chcemy, żeby te dotacje były większe - nie tylko na rozbudowę bibliotek, ale też zakup książek. W Polsce kupujemy obecnie osiem woluminów na stu mieszkańców. Średnia europejska to 25, a w krajach skandynawskich ponad 30. Chciałbym, żeby każdy dorosły człowiek w Polsce miał przekonanie, że miejscowa biblioteka ma książki, które ukazały się w zeszłym tygodniu. I jak ja pójdę do mojej biblioteki osiedlowej, to będą tam książki, o których właśnie się pisze w gazetach, o których się dyskutuje, a nie że będą dostępne za pół roku albo za rok.
Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa 2016 sprawi, że Polacy będą czytać więcej?
Każda inwestycja w biblioteki przynosi efekty. Rezultaty nie pojawią się z dnia na dzień i nie należy się tego spodziewać. Ale program został pomyślany tak, aby powoli budować to, co na pewno zmieni. To nie są wszystkie narzędzia, którymi powinniśmy się posłużyć. Fakt, że biblioteki publiczne i biblioteki szkolne będą trochę lepiej zaopatrzone, znajdą się w nich nowości wydawnicze i będą lepiej wyglądały, to na pewno podniesie czytelnictwo. Nawet jeżeli sam NPRC nie przyniesie znaczących efektów, to na pewno poszedł już jasny sygnał do samorządów, że czytelnictwo jest istotne. Do tej pory takiego sygnału nie było. Dla budowy prestiżu czytania czy biblioteki lokalnej jest to pomoc znacząca.
Rozwijanie czytelnictwa w domu ma kluczowe znaczenie. A na to państwo nie ma żadnego wpływu
@RY1@i02/2016/083/i02.2016.083.00000640b.804.jpg@RY2@
AKG/East News
Biblioteka w praskim klasztorze na Strahowie. Czesi należą do najbardziej oczytanych narodów Europy
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu