Silny znaczy atrakcyjny
To nie jest tak, że przyszedł zły PiS i zaburzył nam integrację z innymi kulturami. Bo my od trzech dekad siedzimy w swojej norze, i choć ostatnio chętnie uciekamy do lepszego świata, to jednak nie chcemy wpuszczać do tej nory innych
Wojciechem Bursztą
@RY1@i02/2018/019/i02.2018.019.000000800.802.jpg@RY2@
fot. Krzysztof Żuczkowski/Forum
Wojciech Burszta antropolog i kulturoznawca, eseista i krytyk kultury, wykładowca Uniwersytetu SWPS
Reportaż TVN o polskich nazistach wywołał wielkie wzburzenie. Premier zapowiada delegalizację organizacji, które mają podejrzanie brunatny odcień, minister sprawiedliwości grozi karami, są zresztą pierwsze zatrzymania. Czy historia gromadki świrów z wodzisławskiego lasu powinna wzbudzić w nas taką histerię? Czy nie powinniśmy w podejściu do radykałów naśladować USA - nie brakuje tam organizacji neonazistowskich, ale dopóki ograniczają się do gadania i palenia symboli, dopóty ich członkom nic nie grozi.
Ale historyczne wydarzenia - II wojna i Holocaust - nadają u nas tego typu wydarzeniom, które zobaczyliśmy w reportażu, szczególny kontekst. W USA niemal wszystkie ruchy neonazistowskie wywodzą się z południowych stanów, konfederackich, i mają korzenie w wojnie secesyjnej. To do niej się odwołują obrońcy mitu białej Ameryki i KKK. Warto również pamiętać o tym, że dyskusja o historii oraz o jej wpływie na teraźniejszość znaczy coś innego tam niż u nas. W Polsce czcimy ofiary hitleryzmu, budujemy areopag świętych z żołnierzy, obrońców, osób, które sprawiły, że możemy żyć dziś w takim, a nie innym świecie. A jeśli chodzi o sam reportaż - możemy się zastanawiać, dlaczego został wyemitowany tak późno, z kilkumiesięcznym poślizgiem. Możemy uznać, że to, co pokazuje, jest tylko sekwencją z wyczynów grupki niebywałych idiotów, którzy pląsają między drzewami i stanowią egzotyczną ciekawostkę, niczego niemówiącą o naszym społeczeństwie. Jest też możliwa jeszcze inna interpretacja - obrazy, które zobaczyliśmy, są kolejnym dowodem na to, że ekstremizm w Polsce ma się dobrze, a władza sobie z nim nie radzi lub nie chce radzić.
A pan ku któremu wyjaśnieniu się skłania?
A ja wybieram jeszcze inne, antropologiczne wyjaśnienie. Że w każdym kraju znajdą się grupy ekstremistyczne. Że tam, gdzie jest większość, musi być także mniejszość o różnym charakterze i barwie. W tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z absurdalną propozycją identyfikacji tożsamościowej dla ludzi, którzy chcieliby się przypisać do porządkujących ich życie, prostych poglądów. Sprowadzających się do tego, że lepiej jest, jak panuje porządek. I kiedy rządzą biali, a nie czarni czy "ciapaci". Adolf Hitler, przywódca głoszącej podobne poglądy formacji, silny człowiek, będzie dla nich atrakcyjny.
Możemy się umówić, już na wstępie, że dla nas obojga tego typu poglądy są nie do przyjęcia. Ale czy to znaczy, że takich głupków należy zamykać w więzieniach, czy też powinniśmy inaczej sobie z nimi radzić w demokracji. Zwłaszcza że, według mojej diagnozy, problem z neonazizmem jest u nas marginalny. Większy jest w Niemczech, Francji, krajach skandynawskich. A zwłaszcza w Rosji.
Dla mnie wzorem radzenia sobie z ruchami nazi są Niemcy. Które nie tylko delegalizują wszelkie brunatne ruchy, ale też sprawnie monitorują wszelkie środowiska i osoby, które przejawiają skłonność do głoszenia tego typu poglądów, także za granicą. Inna sprawa, że akurat oni są do tego zobligowani - historycznie i moralnie.
Służby na całym świecie infiltrują te środowiska, pilnując, żeby od gadania nie przeszły do działań. Nie zawsze się udaje, czego dowodem były np. w zeszłym roku sierpniowe zamieszki w Charlottesville w USA.
Moglibyśmy przeprowadzić tę rozmowę na kanwie historycznej, pokazując, w jaki sposób powstawały i upadały poszczególne organizacje. Moglibyśmy także zabawić się intelektualnie jeszcze inaczej - np. uświadamiając czytelników, jak się one dzielą i czym różnią od siebie. Opowiedzieć o tym, że część z nich jest faszystowska, a inna neonazistowska. Że są grupy pangermańskie i panaryjskie. I jeszcze panslawistyczne. A potem przeprowadzić analizę polityczną, w jaki sposób ze sobą współpracują albo jak konkurują. Dużym zainteresowaniem pewnie cieszyłaby się analiza tego, o czym zresztą się mówi, jakimi metodami rosyjskie służby wpływają na polską skrajną prawicę, aby dezorganizować życie w naszym kraju. Ja jednak pozwolę sobie zauważyć inną rzecz, która może się nie spodobać - a mianowicie to, że TVN, wypuszczając ten reportaż, zrobił nam wszystkim w Polsce niedźwiedzią przysługę.
Jak to?
A to z tego powodu, że odciągnął uwagę od tych wszystkich procesów, które teraz zachodzą na świecie. Będziemy teraz dyskutować o wariatach heilujących w lesie zamiast zastanawiać się nad tym, w jaki sposób zmienił się nastrój w społeczeństwach, postrzeganie przez nie sensu życia, nastawienie do innych ludzi. Dla mnie dojmujące jest to, że w tym roku będziemy obchodzić 50. rocznicę paryskiego maja, rewolucji społecznej i kontrkulturowej, która odmieniła nie tylko sposób życia, ale też postrzegania rzeczywistości. Studenci Sorbony protestowali nie tylko przeciwko kapitalizmowi, imperializmowi i tradycjonalistycznemu społeczeństwu, lecz także przeciw przedmiotowemu, wykluczającemu sposobowi traktowania innych ludzi. Podobnie było w Stanach Zjednoczonych czy Niemczech. I mam takie smutne wrażenie, że dziś historia zatoczyła koło. Że wróciliśmy do czasów sprzed tych wydarzeń, sprzed tej rewolucji. Jesteśmy na etapie niechęci do obcych, do integracji, nie wierzymy w możliwość wspólnoty ludzkiej, o której marzył Kant opowiadający o okrągłej Ziemi, po której chodząc, musimy natrafiać na siebie, spotykać się w drodze. Wróciliśmy do epoki plemienności i nacjonalizmów. To smutne i niebezpieczne w XXI w., w czasach, w których musimy mierzyć się z narastającym problemem uchodźstwa. Widzę w tym groźne zarzewie konfliktów. Dlaczego nie mamy zrozumienia dla innych ludzi, którzy swojego miejsca dopiero szukają? Jestem przerażony tym, że Europa staje się twierdzą.
Ja bym tak nie dramatyzowała. Po pierwsze - w Polsce ruchy neonazistowskie to nisza niszy, folklor. Drugi powód, dla którego nie przeceniałabym ich roli, to związek ich popularności z cyklami gospodarczymi. Nie byłoby nazizmu, gdyby nie kryzys po I wojnie światowej, nie byłoby brytyjskiej Combat 18, gdyby nie rynkowe reformy Margaret Thatcher i likwidacja górnictwa. Proszę przypomnieć sobie początki ruchu skins w Polsce - jego popularność zaczęła się wraz z transformacją, zamykaniem wielkich fabryk, bezrobociem i wykluczeniem dużych grup społecznych.
Zgadzam się z pani diagnozą. Ale coś wisi w powietrzu. To tak jak w Niemczech przed dojściem faszystów do władzy intelektualiści czy artyści mieli przeczucie, że za chwilę stanie się coś złego. Dowodem na to może być kinematografia tego kraju, a zwłaszcza ekspresjoniści. Ja, może to przeczulenie, znajduję analogie. Mamy dziś w Polsce hasło wstawania z kolan, powrót do dumy narodowej i patriotyzmu. A wszystko to intelektualnie zmanipulowane, to koncepcja budowania figur myślowych dotyczących naszej przeszłości bardzo uproszczona, niemająca odzwierciedlenia ani w realiach historycznych, ani tym bardziej w ich szerszym kontekście. Weźmy choćby żołnierzy wyklętych, postaci o dramatycznych życiorysach. Oni są dziś największymi bohaterami, szkoda tylko, że wyjętymi z całego procesu historycznego. Ta atmosfera patriotycznego, narodowego wzmożenia jest faktem i oddziałuje na nastroje społeczne. I temu bym się przyglądał i to analizował, a nie podniecał się chłopakami biegającymi nocą po lesie. Dla mnie ważniejsze jest to, że 70 proc. Polaków zapytanych, czy należy przyjmować uchodźców, odpowiada, że nie, za nic w świecie.
Ale nieufność wobec uchodźców to nie jest tylko nasza specjalność. Nastroje antyemigracyjne są silniejsze w Szwecji czy Francji. W Norwegii czy Holandii w dyskursie publicznym pojawiły się pomysły, aby podzielić państwo na dwie części, bo gospodarzy i przybyszów pogodzić nie sposób.
Nie martwiłbym się o Norwegów czy Szwedów, którzy przeprowadzili odważny eksperyment społeczny, w którego efekcie 20 proc. populacji stanowią właśnie emigranci. Kibicuję im, by udało im się te multikulturowe społeczeństwa scalić. I proszę zauważyć, że Polacy w tym procesie także uczestniczą - bo oni także są w tych krajach przychodźcami. Tak samo w Wielkiej Brytanii czy na Islandii. Te procesy się dzieją, to buzuje, zmienia się krajobraz etniczny oraz kulturowy. Nie ma ucieczki przed tymi zmianami. Dlatego podziwiam państwa, które wychodzą naprzeciw zmianom. Oczywiście społeczeństwa się buntują, politycy robią dwa kroki do tyłu, nim wykonają krok do przodu. Natomiast my zamykamy drzwi. Mówimy, że nie przyjmiemy nikogo. Właśnie w ten sposób hodujemy sobie ksenofobię w społeczeństwie, utrwalamy stereotypy, że obcy to wróg. I dzięki temu możemy sobie załatwić to, że egzotyczne grupki wariatów, od których zaczęliśmy naszą rozmowę, przerodzą się w szerszy i głębszy, faktycznie niebezpieczny nurt.
Jeśli obawiamy się przybyszów mogących przynieść nam więcej kłopotów niż pożytku, to jest to raczej wyraz rozsądku niż ksenofobii. Można przecież na różne sposoby prowadzić politykę migracyjną. Na wzór kanadyjski, gdzie przychodźcy są selekcjonowani w ten sposób, żeby stanowili zasilenie państwa, dawali mu siłę, ale integrowali się i miękko wchodzili w społeczną tkankę, ale także na hurra, co przysparza wiele problemów.
Ale u nas nic się nie dzieje. W ubiegłym roku, jeśli ma pani na myśli migrację zza wschodniej granicy, było o połowę mniej wniosków o obywatelstwo niż w roku poprzednim. Bo większość spraw rozwiązywano już na granicy - odsyłając ludzi, którzy chcieli złożyć wniosek o uznanie ich za uchodźców, z kwitkiem.
Niemcy wciąż płacą za moment słabości kanclerz Angeli Merkel, która w przypływie emocji zadeklarowała otwarcie drzwi do RFN, a więc także do Unii, przed migrantami. To się źle skończyło, podobnie jak nasz eksperyment sprzed lat dotyczący przyjęcia fali uchodźców z Czeczenii.
Pamiętam czas wojen czeczeńskich i wielkiej fali entuzjazmu w polskich elitach, które chciały asymilować przybyszów z tej republiki. Byłem jednym z pierwszych, który ostrzegał w swoich tekstach przed nadmierną ekscytacją, tłumaczył, że wzorce kulturowe wdrukowane w tych ludzi są nie do pogodzenia z naszymi. Ale nikt mnie nie słuchał, a wkrótce okazało się, że osoby, które z powodów politycznych - bo Rosja to nasz największy wróg, więc Czeczeni muszą być naszymi przyjaciółmi - gardłowały za brataniem się z uchodźcami z Czeczenii, straciły entuzjazm. Ale to nie znaczy, że nie należy próbować. Powtórzę: wychowywanie społeczeństwa w ksenofobii jest złe. Choćby z tego powodu, że ona jest zaraźliwa, że rozprzestrzenia się niczym epidemia czarnej ospy. Wystarczy pokazać ludziom topos jednego obcego, żeby móc go potem modyfikować. Bo najpierw skupimy uwagę opinii społecznej na islamiście, potem dodamy do tego obrazu inne atrybuty, a już będzie łatwiej poszczuć ludzi na tego narysowanego przez propagandę wroga. To się przekłada na każdą inność.
Mam wrażenie, że rozmawiamy ze sobą, wychodząc z zupełnie innych założeń. Pan mówi o etyce, a ja brnę w błocie interesów. Dlaczego pan namawia nas do tego, byśmy - przyjmując imigrantów - przysparzali sobie dodatkowych kłopotów?
Od tej współczesnej wędrówki ludów, od globalizacji, nie uciekniemy. Dlatego uważam, że kraje Zachodu, nawet popełniając błędy, idą we właściwym kierunku. Holendrzy przyznali się do niepowodzenia w dążeniu do swojego marzenia, jakim było państwo wielokulturowe, ale nie ustają w staraniach, aby połączyć te różne światy. Szukają sposobów na to, by imigranci lub ich potomkowie stali się prawdziwymi Holendrami i wyszli z gett. Tak, już od dawna wiadomo, że wzorce kulturowe wzięte z Afryki albo z islamu są problemem. Ale nakładają się na nie jeszcze inne historie, jak np. systemy wynagrodzenia lub sprawiedliwość społeczna. Już o tym wspominaliśmy, że w różnych krajach napięcia społeczne mające związek z napływem migrantów mają różne powody wynikające z historii. We Francji będzie to kolonialna przeszłość i wynikający z niej napływ ludności z krajów Maghrebu. W Niemczech na dzisiejszy kryzys nakładają się zaszłości z lat 60. i 70. XX w., kiedy to bogacące się społeczeństwo szukało taniej siły roboczej. Dziś te wszystkie zaszłości w zderzeniu z teraźniejszością buzują. Ale moim zdaniem nie ma od tego odwrotu. Trzeba próbować, łączyć, a nie dzielić. Zwłaszcza że historia uczy, iż wielokulturowość zawsze okazywała się dla państw i społeczeństw siłą napędową rozwoju. Więcej dawała, niż zabierała. Ludziom potrzebującym należy pomóc. I trzeba znaleźć na to sposób.
Pomagajmy, ale w taki sposób, by obie strony znalazły w tym pożytek. Brakuje nam rąk do pracy, ściągajmy Wietnamczyków, bo oni załatwiają nam usługi. Chińczyków - to informatyka i kapitał. Pakistańczyków, to świetni spawacze. I wie pan co? Oni się świetnie czują w Polsce.
Zburzę ten pani piękny obrazek innym widokiem: jeżdżę codziennie autobusem linii Grodzisk Mazowiecki - Milanówek, na której niemal 100 proc. kierowców to Ukraińcy. I nie wyobraża sobie pani, w jaki sposób pasażerowie odnosili się do nich. Że banderowiec, że nie mówi po polsku, że zabiera pracę i w dodatku nie wiadomo, gdzie nas wywiezie. Zwłaszcza starsze osoby są nieufne. Zaszłości i stereotypy biorą górę. Ale trzeba przyznać, że po paru miesiącach atmosfera się poprawiła. Tamci nauczyli się polskiego, więc dialog jest możliwy. Już się znają, już do siebie machają, witają się. Ale właśnie o to od początku mi chodzi - by się poznawać, żeby wykonywać gesty otwarcia. A tych nie ma od 1989 r., bo to nie jest tak, że przyszedł zły PiS i zaburzył nam integrację z innymi kulturami. Bo my od trzech dekad siedzimy w swojej norze, i choć ostatnio chętnie uciekamy do lepszego świata, to jednak nie chcemy wpuszczać do tej nory innych. Mało tego, jestem skłonny zgodzić się z panią, że nasze dążenie do wielokulturowości powinno nawiązywać do naszej historii. Że prościej by było, gdybyśmy importowali do siebie osoby z naszego kręgu kulturowego. Ale i to się nie dzieje. Był taki moment w najnowszej historii, kiedy narracja sfer rządzących mówiła o tym, że teraz będziemy ściągać do ojczyzny rodaków, których losy historii rzuciły za wschodnią granicę, np. do Kazachstanu. I co? Wielkie g...o. Ile tych rodzin ściągnięto? Kilkadziesiąt?
Teraz sytuacja się zmieniła - na rynku brakuje rąk do pracy, więc znajdą się zarówno odpowiednia narracja, jak i środki, żeby to zmienić. Jednak jestem jakoś dziwnie przekonana, że nawet rynkowy pragmatyzm nie będzie dotyczył wyznawców islamu.
Faktycznie, mężczyzna z krajów arabskich kojarzy się nam z archetypicznym wrogim samcem, który przybył, aby zgwałcić nasze kobiety.
A liberalne, otwarte społeczeństwa wymyślają na to remedia w postaci bransoletek na rękach pań, które nie życzą sobie być macane na ulicach.
Tak, to naiwne i głupie, jednak ja i tak jestem pod wrażeniem wysiłków obywateli zachodnich krajów zmierzających do tego, aby połączyć te różne kultury. Jeśli nie będzie się próbować, niczego się nie osiągnie. Choć to bardzo trudne. Przypomniały mi się badania sprzed kilku lat dotyczące społeczności Wietnamczyków i ich odbioru przez Polaków. Był pozytywny, ankietowani odbierali ich jako bezpiecznych, szybko się integrujących. I, w ich mniemaniu, niewyznających żadnej religii. Oni wrośli w naszą rzeczywistość zupełnie bezboleśnie.
Spora ich grupa mieszka choćby na warszawskiej Pradze i jakoś nie mają problemu z faszyzującymi grupami łysych.
To jest całkiem inna historia. Podobnie jak to, że za chwilę będziemy mieli u siebie Filipińczyków, którzy wygonieni nędzą z ojczyzny są współczesnymi Cyganami - wykorzystywanymi i prześladowanymi, choćby w USA i zamożnych krajach arabskich. Są świetnymi budowlańcami, jeśli jeszcze ich nie mamy, to wkrótce będziemy mieli. Ciekawe, w jaki sposób ich przyjmiemy.
Ciekawe, w jaki sposób się przyjmą u nas. Ale wracając do naszych rodzimych nazistów... Nie uważa pan, że ta obecna nagonka na nich, to polowanie, może przynieść odwrotne skutki od zamierzonych? Nikt o nich nie słyszał, a teraz z egzotycznego marginesu mogą stać się ważną grupą odniesienia. Atrakcyjną dla młodych ludzi.
Dostrzegam to niebezpieczeństwo. Nie bez powodu mówiłem o kontrkulturze sprzed pół wieku - ona miała lewicowe barwy. Bo to jest tak, że młodzi zawsze kontestują porządek, świat, w którym przyszło im żyć, a który zorganizowali im ich rodzice. A dzisiejszy świat, z ruchami migracyjnymi, z niepewnością, daje im do tej kontestacji dobrą pożywkę. Dlatego obawiam się, że historia zatoczyła koło. Że takie postaci jak Hitler świetnie się nadają do zaprzeczania temu, co młodzi zastali. O czternastu słowach (z ang. Fourteen Words, wyrażenie symbolizujące zdanie: "Musimy zabezpieczyć byt naszego ludu i przyszłość dla białych dzieci"; za jego twórcę uchodzi David Lane z amerykańskiej organizacji The Order) śpiewają kapele lubiane przez młodych, jak np. Ptaku i Olga Bojar, organizowane są imprezy utożsamiane z tzw. muzyką tożsamowościową, jak Festiwal Orle Gniazdo. Nie ma tutaj dobrego rozwiązania. Niezauważanie niebezpieczeństwa byłoby głupotą. Tak samo jak jego przecenianie. Moglibyśmy długo rozmawiać na ten temat, analizując np. skrajnie lewackie ruchy w przestrzeni publicznej, które niewiele się różnią od tych bardzo na prawo. Ja mam tylko nadzieję, że młodzi z obu marginesów kiedyś dorosną.
A widział pan podziękowania na internetowej stronie stowarzyszenia Duma i Nowoczesność, która tak nas zajęła ostatnimi dniami? "Dziękujemy TVN za darmową reklamę naszego stowarzyszenia w telewizji publicznej. Otrzymujemy sporo polubień, e-maili i darowizn na konto. W końcu dotarliśmy do szerszej publiczności".
Co mam powiedzieć? To świetna pointa, dobrze obrazująca XXI w. i jego szaleństwo mediów społecznościowych. I tak już nie tylko zostanie, ale pogłębi się, bo każde moralnie niedobre zjawisko można kontestować w ramach "elektronicznej demokracji ludowej". Albo - na przekór - bronić.
@RY1@i02/2018/019/i02.2018.019.000000800.801.jpg@RY2@
fot. Katowice24.info/Forum
Symboliczne powieszenie europosłów PO - manifestacja Ruchu Narodowego i innych organizacji prawicowych w Katowicach, listopad 2017 r.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu