Wyborcze zakłamanie
K ończący się wyborczy „czwórbój” jak nigdy wcześniej pokazał, że żyjemy w stanie kampanijnej hipokryzji. Przepisy regulujące prowadzenie agitacji wyborczej znów odstają od realiów, a politycy z coraz mniejszym skrępowaniem prowadzą kampanię, której formalnie jeszcze nie ma.
W najbliższych dniach marszałek Sejmu Elżbieta Witek najpewniej ogłosi dokładną datę wyborów prezydenckich (I tura najprawdopodobniej 10 maja). A kampania już trwa, na długo zanim się formalnie zaczęła. Co więcej, nikt, włącznie z obozem rządzącym, nie jest zainteresowany, by marszałek szybko wykonała swój ruch. Wszystkim pasuje poruszanie się w „szarej strefie”, w której właściwie nie ma żadnych reguł. Formalna kampania musi byś odpowiednio finansowana (wpłaty od obywateli, fundusze wyborcze partii politycznych czy kredyty bankowe zaciągnięte na cele związane z kampanią), a kandydaci – odpowiednio zgłoszeni (przez komitety wyborcze). A politycy dobrze się czują na takim wyborczym „Dzikim Zachodzie”.
Temat tzw. prekampanii był szeroko dyskutowany w trakcie ostatnich wyborów samorządowych. Sprawę otwarcie krytykowali sędziowie z Państwowej Komisji Wyborczej, wtórował im rzecznik praw obywatelskich, a politycy tylko przytakiwali głową, mówili, że rzeczywiście to niegodne zachowanie. Po czym pędzili na kolejny briefing prasowy, gdzie roztaczali wizję rozwoju miasta, w którym – o dziwo! – potem oficjalnie zgłaszali swoją kandydaturę. Wtedy jednak przynajmniej próbowano niuansować – kandydaci przekonywali, że np. jako posłowie albo czynni samorządowcy mają prawo spotykać się z mieszkańcami i pytać o ich problemy.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.