Lider różni się od dyrygenta
Zbigniew Pełczyński uczył Clintona, Orbana i Sikorskiego
ROZMOWA
ANNA MASŁOŃ:
ZBIGNIEW PEŁCZYŃSKI*:
To tak jak z graniem na scenie. Nie z każdego można zrobić aktora, a nawet jeśli postawi się go przed publicznością, to niekoniecznie zagra Hamleta. Pewne role są niesłychanie trudne. Rola lidera jest z pozoru jasna: ma motywować, budować wizję, przekazywać ją, namawiać ludzi do jej przyjęcia. Tego można nauczyć, ale już nie umiejętności podejmowania ryzyka i odwagi. A lider wychodzi z szeregu, nie robi tego, co wszyscy, widzi, że można pójść w innym kierunku, i na dodatek potrafi przekonać ludzi, że to odpowiedni kierunek.
Przyznam, że ucząc Wiktora Orbana, później premiera Węgier, czy Radka Sikorskiego, który został ministrem spraw zagranicznych Polski, nie przypuszczałem, że staną się liderami takiej miary. Po Clintonie od razu było widać, że nie zostanie naukowcem, już jako student zachowywał się jak polityk. Kiedy się poznawaliśmy, wyciągnął rękę i powiedział: "Jestem Bill Clinton z Arkansas. Bardzo mi miło pana poznać". Byłem przekonany, że zostanie kongresmenem, i to bardzo szybko, może senatorem. Ale gubernatorem? Później wykładałem w Kanadzie, na uniwersytecie w Montrealu. Otwieram gazetę i widzę zdjęcie mojego studenta sprzed kilku lat. Wysyłam mu list gratulacyjny i załączam kopię eseju, naprawdę dobrego, który dla mnie napisał, "Początek pluralizmu w ZSRR". Dostałem zaproszenie do Arkansas, ale nie mogłem go wtedy odwiedzić. Spotkaliśmy się, kiedy już został prezydentem. Zresztą z Białego Domu dostałem też kiedyś wielką usztywnioną kopertę, a w niej liścik, który kończył się słowami: "Wszystkiego, co wiem o Europie Wschodniej, nauczyłem się od Ciebie. Jeśli popełnię jakiś błąd, to także będzie twoja wina".
Pamiętam, jak przyszedł na konsultacje, starając się dostać na prestiżowy program na Oksfordzie. Był młody, prowadził bujne życie towarzyskie i pasjonował się dziennikarstwem. Już w lipcu, jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego, w jednej z większych brytyjskich gazet przeczytałem recenzję książki o "Solidarności" pióra Radka. Zrobił też wywiady z premier Margaret Thatcher, z pisarzem Grahamem Greene’em, którego namówić na rozmowę graniczyło z niemożliwością. Miał niesamowitą umiejętność perswazji. A że dziennikarstwo to przecież nic innego jak przekonywanie do swojej wizji, przejście do polityki nie było dla niego takie trudne. Jego kariera jest przykładem, że liderzy są wszędzie, mogą pochodzić z różnych środowisk czy dziedzin.
W biznesie. Poza tym mamy takich wspaniałych liderów społecznych jak Jerzy Owsiak czy Janina Ochojska i wielu innych, na których trafiam w swojej działalności, którzy pociągnęli za sobą ludzi i stworzyli świetnie działające instytucje. W polityce niewiele się zmieniło od lat, więcej jest w polskiej polityce dyrygentów-dyrektorów starego typu niż menedżerów czy liderów.
Menedżer ma środki - pieniądze i ludzi - i dysponuje nimi w taki sposób, by osiągnąć jak najlepsze rezultaty. A dyrygent-dyrektor potrafi utrącić każdą inicjatywę, bo "to nie twoja sprawa". W Polsce pozycja ministra czy premiera kojarzy się z posłuszeństwem, jakie wymuszają na podwładnych metodą marchewki i kija. To dużo łatwiejsze niż przekonywanie do swoich racji. Do rozwoju potrzebni są i menedżerowie, i liderzy.
Rzeczywiście, oczekiwanie społeczne jest takie, że będą efekty, ale jednocześnie, że lider wyręczy nas w rozwiązywaniu problemów i braniu odpowiedzialności za rozwój. I to niezależnie, czy rządzi Platforma, czy PiS. W ten sposób ludzie wyobrażają sobie sprawne państwo. Poza tym przywództwo polityczne w Polsce opiera się na graniu na siebie. Bardzo niewielu polityków potrafi grać zespołowo. Praca zespołu ministra Boniego i raport "Polska 2030" to rzadki wyjątek. Rola doradcy najczęściej oznacza pracowanie na ministra, a nie tworzenie zespołu, który rozwiąże dany problem. Obyśmy nie obudzili się w kraju, który ma wreszcie autostrady i oczyszczalnie ścieków, świetnie wyposażone szkoły i szpitale, ale nie ma ludzi, którzy chcą w nich pracować. Modernizując, nie można zapominać o angażowaniu ludzi, a to jest właśnie wyzwanie dla liderów.
Transformacja zwolniła. W 1989 roku załamał się stary system i rozpoczęła się nowa era: budowania państwa, polityki, również edukacji. Tyle że ta do dzisiaj nie jest dostosowana nie tylko do wyzwań XXI wieku, ale nawet do drugiej połowy XX wieku. Jeśli mamy podjąć niepopularne decyzje, trzeba przygotować społeczeństwo, żeby to jakoś przełknęło. I to zadanie dla naszych liderów - mają rozumieć i przekonywać innych, a nie wcielać zmiany w życie, bo minister kazał. Weźmy reformy Margaret Thatcher. Prywatyzowano wtedy olbrzymi sektor państwowy, ale zanim to ruszyło, upłynęły trzy lata na rozmowach, przygotowywaniu ludzi, urabianiu opinii publicznej.
Nasi politycy nie potrafią podjąć ryzyka powiedzenia ludziom czegoś niepopularnego. Może dlatego w ostatnich 20 latach mieliśmy tylko dwóch premierów, którzy mieli odwagę wychylenia się: Tadeusza Mazowieckiego i Jerzego Buzka. Kariera tego ostatniego to zresztą ciekawy przykład. Za czasów jego rządu, kiedy przeprowadzone zostały cztery reformy, nie traktowaliśmy wcale Buzka jak lidera. Przegrał, ale powrócił. Dlaczego Polacy znowu mu zaufali? Bo nie szukał poklasku, nie oferował ludziom tego, czego chcieli w danym momencie, tylko konsekwentnie realizował swoją wizję. Podobnie było z Leszkiem Balcerowiczem. Wielu czołowych ekonomistów deklarowało chęć doradzania premierowi Mazowieckiemu. Ale tylko Balcerowicz, który wcale przecież nie był wówczas najwybitniejszym specjalistą w kraju, odważył się podjąć ryzyko, narazić się na to, że stanie się przez jakiś czas jednym z najbardziej znienawidzonych ludzi w Polsce.
Ostatnie dwa lata to czas politycznej lękliwości. Samo dochodzenie do władzy wymusza zachowanie liderskie - nie skupi się ludzi wokół siebie, jakiejś idei, jeśli się ich nie wysłucha, nie zainspiruje. Dobrym przykładem jest tu Jarosław Kaczyński, który udowodnił, że można zmobilizować społeczeństwo wokół walki z korupcją. Ale lider polityczny dochodzi do władzy, zaczyna grać inną rolę - staje się człowiekiem, który może narzucić swoją wizję, tworzyć prawo, instytucje. Sprawa jeszcze się komplikuje, jeśli otaczają go inni ludzie, którzy sami mają zacięcie liderskie. Pojawiają się kontrowersje, konflikt. I można albo ten spór "przegadać", albo pozbyć się rywala. To przypadek Dorna, Zalewskiego, Ujazdowskiego. Tylko że to nie jest liderskie podejście.
Żaden z nich nie jest klasycznym liderem. Z jednej strony mamy Kaczyńskiego pozbywającego się ludzi, którzy chcieli dyskusji o jego wizji. Z drugiej uzależnionego od sondaży Tuska, który musi z PO przetrwać tę kadencję, by ewentualnie w następnej działać, gdy nie będzie blokującego prezydenta. W jednej partii ludzie boją się podpaść "wodzowi", w drugiej są przeczuleni na to, co powiedzą ludzie. W PiS brakuje wewnętrznej dyskusji, PO paraliżuje ciągłe zastanawianie się, czy dana idea znajdzie poparcie.
Absolwentem naszej szkoły jest choćby Krzysztof Kwiatkowski, od niedawna minister sprawiedliwości. Przyznam, że kiedy pod koniec lat 90. Krzysztof został asystentem premiera Buzka, byliśmy tym zaskoczeni. W czasie gdy brał udział w naszych szkoleniach, był związany z Federacją Młodzieży Walczącej i NZS-em i raczej wolał walczyć, niż działać konstruktywnie. Był takim rozrabiaką, który lubił manifestacje. Przeszedł bardzo długą drogę od manifestanta do konstruktywnego polityka. Ale są i inni: Piotr Borys i Sidonia Jędrzejewska w Parlamencie Europejskim, świetni samorządowcy: Bożentyna Pałka-Koruba, wojewoda świętokrzyski, czy Adam Grzegrzółka na Pradze w Warszawie, liderzy NGO oraz wielu innych.
@RY1@i02/2009/208/i02.2009.208.186.0007.001.jpg@RY2@
Prof. Zbigniew Pełczyński (z prawej) i Przemysław Radwan, dyrektor Szkoły Liderów
Marcin Kaliński
*, emerytowany profesor filozofii politycznej na uniwersytecie w Oksfordzie. Jest członkiem rady Fundacji im. Stefana Batorego. W 1994 r. założył Szkołę Liderów, którą nadal kieruje, kształcącą i wspierającą liderów społecznych i politycznych
Organizowana przez Szkołę Liderów pod patronatem Dziennika Gazety Prawnej konferencja "Transformacja przywództwa w Polsce po 1989 r." odbędzie się w dniu 23 października w godzinach 10 - 16 w Warszawie, w gmachu Centralnej Biblioteki Rolniczej przy ul. Krakowskie Przedmieście 22
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu