Dziennik Gazeta Prawana logo

Selektywna mobilizacja

3 lipca 2018

Jarosława Kaczyńskiego i Bronisława Komorowskiego interesuje frekwencja wyborcza tylko w takim stopniu, by poszli do urn ci, którzy będą głosować na nich. Im zależy na selektywnej mobilizacji.

Kampanie telewizyjne mają to do siebie, że jeśli nie trafi się jakaś karygodna gafa, to wyborcy po obejrzeniu występu swojego kandydata zdania nie zmienią.

Badania, którymi dysponuję, pokazują, że nawet przy różnych poziomach frekwencji: 40, 50 czy 60 proc., właściwie nic nowego nie dzieje się między kandydatami. Proporcje głosów między Kaczyńskim a Komorowskim wahają się od 45 - 55 do 40 - 60 proc.

Między elektoratem Kaczyńskiego a Komorowskiego jest zasadnicza różnica. Elektorat tego pierwszego to w przeważającej części ludzie z wykształceniem podstawowym i zasadniczym zawodowym, którzy mają dość mętne pojęcie o wielu złożonych procesach. Kaczyński, w sensie manipulacyjnym i propagandowym, ma więc dość łatwy elektorat. Wystarczy, że dostarczy argumentacji, i jego zwolennicy pójdą za nim.

W ten sposób nie może już działać Komorowski. Jego elektorat to te wścibskie wykształciuchy, które w każdym ruchu czy potknięciu językowym dopatrują się ułomności intelektualnej. Taki elektorat niezwykle trudno jest przy sobie utrzymać. Ci ludzie są bardziej wymagający.

Dlaczego Komorowski boi się hasła "prywatyzacja"? Bo uznał, słusznie na potrzeby kampanii, a błędnie w perspektywie długoterminowej, że w dwa miesiące nie uda mu się odkręcić zamieszania wokół służby zdrowia. Bałaganu, w którym żyje mit złej, prywatnej opieki medycznej i jedynie dobrej państwowej. Zmiana tego myślenia wymaga długich miesięcy. Podobnie Kaczyński ma zbyt mało czasu, by przekonać niezdecydowanych czy ludzi mu sceptycznych, że się zmienił.

Komorowski boi się sięgać po nowe tematy. Bo w obecnych sondażach, przy podziale jeden na jednego, ma ponad 50-procentowe poparcie. Nie ma więc motywacji, by następować na minę. Jego sztab najprawdopodobniej doszedł do wniosku, że dotrwa bez fajerwerków do wyborów. Jeśli natomiast sztabowcy Kaczyńskiego uznają, że po pierwszej debacie niezdecydowani dotąd wyborcy widzieli w Komorowskim zwycięzcę i że różnica poparcia między kandydatami się pogłębia, to fajerwerki się pojawią. Druga debata to pokaże. Szczególnie jeśli dojdzie do bezpośredniej konfrontacji przy zadawaniu pytań.

Nigdy dotąd druga tura wyborów nie wypadała w środku wakacji. Na pewno Komorowski ma problem z mobilizowaniem swojego elektoratu. Jest ryzyko, że powtórzy się sytuacja z pierwszej tury, kiedy część jego wyborców odpuściła sobie głosowanie. To jak z eksperymentem w parku pełnym ludzi. Słychać, że ktoś krzyczy. Wiele osób myśli, że na pewno znajdzie się ktoś i pomoże. Gdy sondaże przed wyborami pokazywały znaczną przewagę Komorowskiego, część ludzi uznała, że nie musi już iść do urn.

Radosław Markowski

socjolog

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.