Dziennik Gazeta Prawana logo

Sztabowcy opierają się na starych badaniach

29 czerwca 2018

Sztab PO chce walczyć o jak najwyższą frekwencję w wyborach. Zdaniem politologów to chybiona recepta na sukces.

Prof. Radosław Markowski był koordynatorem badań nad preferencjami wyborczymi, które przeprowadzono na początku czerwca. Kiedy tegoroczne wyniki porównano z tymi z poprzednich lat, okazało się, że w przeciwieństwie np. do roku 2007 większa czy mniejsza obecność wyborców przy urnach nie ma zasadniczego wpływu na rozkład sympatii elektorów. A to rozbija strategię sztabów kandydatów. A zwłaszcza sztabu PO, który ciągle jest przekonany, że wyższa frekwencja promuje Bronisława Komorowskiego, zaś niższa sprzyja Jarosławowi Kaczyńskimu. Sztabowcy obierają się na wynikach z dwóch poprzednich kampanii - tej z 2005 r., gdy niska frekwencja dała zwycięstwo PiS, i tej z 2007 r., gdy bardzo wysoka zdecydowała o wygranej PO.

Wracamy do tego, co było kilka lat temu. Od początku transformacji bardzo charakterystycznym zjawiskiem było to, że przyrost we frekwencji nie wpływał na wynik wyborczy. Po prostu głosy tych, którzy w końcu decydowali się na udział w wyborach, rozkładały się podobnie jak głosujących systematycznie.

W większości demokracji europejskich, gdzie frekwencja jest wysoka i wynosi około 80 proc., te 20 proc. niegłosujących jest w wyraźny sposób inne od reszty społeczeństwa. U nas jest inaczej - często to niechodzący na wybory są w większości. A im bardziej grupa niechodzących zbliża się do większości, tym bardziej traci te cechy, które powodują, że głosują inaczej niż reszta.

W 2005 r. mieliśmy demobilizację elektoratu, a w roku 2007 r. mobilizację. Najpierw mieliśmy do wyboru czwartą RP, a potem odrzucenie czwartej RP. Ta mobilizacja w 2007 r. wyrażała się w niespotykanej skali udziału w wyborach ludzi młodych. Natomiast teraz wszystko wraca do długoterminowej normy. To oznacza, że gdyby ci niegłosujący poszli do urn, nie zmienią wyniku wyborów.

Ogólna odpowiedź: z ignorancji. Oczywiście można sobie wyobrazić, że będzie selektywna demobilizacja i właśnie to spora część wyborców PO nie pójdzie do urn. Ale moim zdaniem takie zjawisko mieliśmy już teraz, w pierwszej turze. Prawdopodobnie było to spowodowane tym, że w ostatnim tygodniu większość sondaży pokazywała zdecydowane zwycięstwo Komorowskiego. I liberalne mieszczuchy, które wyjechały na działki, nie wróciły głosować. Uważali, że zwycięstwo jest już w kieszeni. Stąd gorszy wynik Komorowskiego. Teraz jego sztab się boi, że może się to powtórzyć. Tyle że ta niewielka różnica z pierwszej tury powinna teraz zadziałać odwrotnie i zmobilizować elektorat.

Mamy 20 proc. obywateli, którzy nigdy na żadne wybory nie pójdą. Ale jest 30 proc., a to lekko licząc, 10 milionów wyborców, którzy chodzą od czasu do czasu. I część z nich, może trzy -cztery miliony, można na te wybory zmobilizować. Tylko trzeba do nich umieć trafić, np. sentymentem do przeszłości - odwołując się do Mazowieckiego czy Buzka z jednej strony czy Ziobry z drugiej. Oni mogą pójść do urn.

@RY1@i02/2010/120/i02.2010.120.000.004b.001.jpg@RY2@

Fot. Wasyluk/Reporter

prof. Radosław Markowski, politolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej

, politolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.