Belką tej koalicji nie rozbijesz
Atakując Marka Belkę za monetaryzm czy ślepy liberalizm, prezes PSL Waldemar Pawlak strzelił kulą w płot. Jednak znów nie chodziło o to, by trafić, tylko by głośno wystrzelić.
To już niekończąca się historia. Tym razem szef ludowców zdenerwował się tym, że PO zgłosiła, bez porozumienia z nim, kandydaturę Marka Belki na stanowisko prezesa NBP. Zapowiedział, że jej nie poprze, a byłego wicepremiera w rządzie SLD skrytykował za reprezentowanie doktryny liberalnej, która "została zakwestionowana przez praktykę gospodarczą", i podejście, że "rynek wszystko ureguluje".
- To nie jest osoba właściwa na to miejsce w tym czasie - tak Waldemar Pawlak podsumował swoje liczne ostatnio wystąpienia w mediach.
Tyle że Belce daleko do prawdziwego liberała (sam określał się żartobliwie jako "lewicowy ekstremista wśród prawdziwych liberałów"). Nigdy nie ukrywał fascynacji noblistą Josephem Stiglitzem, który od lat krytykuje politykę gospodarczą USA i Międzynarodowy Fundusz Walutowy.
Wskazywał też błędy rynku z jego bańkami spekulacyjnymi. Entuzjastycznie przyjął wielkie pakiety pomocowe, np. dla Grecji, jest też zwolennikiem utrzymania w obecnej sytuacji niskich stóp procentowych, by pobudzać światową gospodarkę.
A co do naszego poletka, kilka miesięcy temu przestrzegał przed nadmiernym umacnianiem naszej waluty, co może uderzyć w gospodarkę. Mówił więc dokładnie to samo co Pawlak, dla którego idealny jest słabszy, korzystny dla eksporterów złoty. Widać więc, że Belka liberalnym diabłem nie jest i Pawlak chyba sam nie wierzy w to, co mówi. A gdyby nawet był, to PSL nie takie rzeczy było już w stanie przełknąć. Choćby wielką prywatyzację rozpoczęta przez rząd, włącznie z energetyką, która uchodzi za oczko w głowie PSL.
Z drugiej strony PO odpuściła podatek liniowy. Nikt się przy pryncypiach nie upiera, mimo pewnej retoryki. Ta retoryka i gesty są bardzo powtarzalne i nieco teatralne. W czwartek oburzony Pawlak nie przyszedł na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Z kolei w styczniu, gdy Donald Tusk uroczyście ogłaszał swój program konsolidacji finansów publicznych, również bez uzgodnienia z koalicjantem, nie pojawił się na konferencji premiera i wziął urlop.
Sporem o Belkę nie należy przejmować się z jeszcze jednego powodu. Jest tylko jednym z wielu ostatnio o obsadę stanowisk gospodarczych między koalicjantami. Przykłady można mnożyć. Pawlak chciał na przykład, by za wprowadzanie do Polski energetyki atomowej odpowiadał Krzysztof Żmijewski, były szef PSE, który taką energetykę nazywał mirażem i atomowym kwiatkiem do kożucha. Czyli był wobec niej, delikatnie mówiąc, sceptyczny. Tutaj Pawlak przegrał. Dopiął swego natomiast w przypadku Joanny Strzelec-Łobodzińskiej, którą chciał powołać na wiceministra gospodarki ds. górnictwa i energetyki.
Kiedy Tusk sprzeciwił się i prawie dwa miesiące zwlekał z podpisaniem nominacji, Pawlak zatrudnił ją w resorcie jako doradcę. Aż Tusk ustąpił. I rzeczywiście już słychać wypowiedzi przedstawicieli obu partii, że uderzenie Belką koalicji nie rozbije.
Trudno pojąć, dlaczego Platforma nie informuje PSL w kolejnych sprawach gospodarczych i stawia Pawlaka przed faktami dokonanymi. Kolejnym przykładem może być pakiet antykryzysowy, co sprowokowało PSL do przedstawienia kilka dni później swojego. Albo pomysły na reformę systemu emerytalnego, w tym KRUS. Ale i Pawlak ma sporo na sumieniu. Weźmy sprawę opcji walutowych, które wpędziły w tarapaty setki firm. Wbrew Platformie ogłosił i lansował z uporem maniaka rozwiązanie, którego realizacja mogłaby Polskę drogo kosztować. Chciał po prostu prawnie unieważnić umowy opcyjne. Równie dobrze mógł chcieć unieważnić prawo Newtona.
Jeszcze bardziej kosmiczny był pomysł, by wszystkich Polaków objąć KRUS. To w końcu system idealny prosty i sprawdzony. Równie realna była propozycja modelu prywatyzacji menedżersko-pracowniczej. Więc po co te kolejne prztyczki w nos, nieuzgadniane przez koalicjantów pomysły działania?
Waldemar Pawlak za wszelką cenę chce pokazać, że nie jest jedynie malowanym wicepremierem do spraw gospodarczych, a PO nie taktuje go poważnie zarówno z powodu skromniejszej liczby jego bagnetów, jak i zbyt wielu kuriozalnych pomysłów, które zgłosił.
Jednak przede wszystkim obie strony znają starą marketingową zasadę "wyróżnij się albo zgiń". Aby wyborcy nie ulegli dezorientacji, koalicjanci muszą co jakiś czas podkreślać dzielące ich różnice. Czy to w kwestii ideologii gospodarczej, czy personaliów. A że dzieje się to nazbyt często, to już inna sprawa. Zacytujmy Waldemara Pawlaka tuż po zawiązaniu koalicji jesienią 2007 roku: "Ta koalicja, która się rysuje, będzie pewnie trudna, niełatwa, bo nie będziemy ukrywali też różnic, które nas dzielą. Ale to może być koalicja twórczego kompromisu, jeśli będą szacunek, współpraca, mądry dialog". Chyba tego zabrakło.
Paweł Rożyński
pawel.rozynski@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu