Stankiewicz: ofiara samej siebie
Choć do wyborów prezydenckich pozostało niespełna trzy tygodnie, kampania jak była niemrawa, tak niemrawą pozostała.
Grzegorz Napieralski nie wpadł na spektakularny pomysł w rodzaju rozdawania kanapek, Jarosław Kaczyński odmienia przez wszystkie przypadki słowo "kompromis", mówi o konieczności zakończenia wojny polsko-polskiej. Prezes PiS z podziwu godną konsekwencją trzyma się swego nowego wizerunku. O tym, jak zareagowałby przed 10 kwietnia, pomyślałem, gdy wybuchła awantura o Ewę Stankiewicz.
Kampania niemrawa, więc i afera trochę na pół gwizdka. Ewa Stankiewicz jest współautorką filmu dokumentalnego "Trzech kumpli" i najbardziej kontrowersyjnego dzieła ostatnich tygodni "Solidarni 2010". Wyreżyserowała też fabularny debiut "Nie opuszczaj mnie", pokazywany i dość powszechnie schlastany na zakończonym właśnie festiwalu w Gdyni. Ten właśnie film dystrybuować miał Roman Gutek, ale się wycofał. Stankiewicz nie kryła zdziwienia (to zrozumiałe) i zaczęła węszyć spisek (to już zrozumiałe nieco mniej). Wsparła ją w tym redakcja ogólnopolskiego dziennika, który "Solidarnych 2010" dołączył do jednego z numerów. W interpretacji gazety i artystki sprawa jest całkowicie jasna. Stankiewicz przyznaje wprawdzie, że Gutek ma prawo zajmować się tymi filmami, którymi chce, bo prowadzi prywatną firmę. Reszta jest jednak odwetem. Za "Solidarnych 2010" oczywiście.
Grająca w "Nie opuszczaj mnie" główną rolę Agnieszka Grochowska stanęła murem za reżyserką. Daniel Olbrychski, choć też się u Stankiewicz pojawia, przeciwnie. Rzekł, że za "Solidarnych 2010" artystce się należało. A Jarosław Kaczyński milczał. W poprzednim wcieleniu zapewne byłoby inaczej - Gutek i Olbrychski staliby się przebrzydłą łże-elitą.
Debiutanckiej fabuły Ewy Stankiewicz jeszcze nie widziałem. Z masochistyczną przyjemnością staram się oglądać wszystkie polskie filmy, więc gdy już trafi do kin, na pewno go nie opuszczę. Jednak już dziś przypadek Ewy Stankiewicz jest symptomatyczny. Rozgoryczona mówi, że "Trzech kumpli" przyjęto dobrze tylko dlatego, że wyprodukował ich TVN. Określa polityczne linie polskich gazet. Próbuje samą siebie obsadzić w nowej roli - ofiary wszystkich tych, którzy nie przyjęli z aplauzem "Solidarnych 2010".
Tyle na zewnątrz. W istocie zaś Stankiewicz może mieć pretensje wyłącznie do samej siebie. Na samym starcie zawodowej drogi przekonała się, jak niebezpieczne i niepotrzebne są zbyt głębokie związki sztuki z polityką. Być może "Solidarni 2010" rzeczywiście oddawali stan emocji części polskiego społeczeństwa. Nie zmienia to jednak faktu, że TVP, która film wyprodukowała, później uczyniła go przedmiotem własnej manipulacji. A sami "Solidarni 2010" stali się niczym więcej jak wypełnioną agresją wyborczą agitką. Stankiewicz zaś jest jej współautorką. Z tym właśnie obrazem będzie kojarzona. "Nie opuszczaj mnie" być może pojawi się na ekranach, ale mało kto ten film zauważy. "Solidarni 2010" już są, niestety, symbolem. Ewa Stankiewicz natomiast płaci za to cenę.
Roman Gutek twierdzi, że za decyzją o rezygnacji z rozpowszechniania debiutu Stankiewicz nie stoi niechęć do wspierania jej dlatego, że nakręciła "Solidarnych 2010". Wierzę, ale atmosfera wokół młodej reżyser nie mogła być bez znaczenia. Czy tego chce, czy nie, Ewa Stankiewicz znalazła się niczym Anna Cugier-Kotka (przepraszam za to porównanie) na pierwszej linii politycznego frontu. I dziś już chyba wie, że to nie popłaca. Lepiej, gdy artyści robią kino, niż gdy bawią się w politykę.
Jacek Wakar
jacek.wakar@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu