Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

PO jeszcze trochę poszuka kandydata

Ten tekst przeczytasz w 7 minut

W czasach świetności SLD politycy w Sejmie opowiadali dowcip o Józefie Oleksym. Były premier na pytanie taksówkarza, dokąd ma jechać, bezradnie rozkładał ręce i mówił: nie wiem, wszędzie mnie potrzebują. Dziś w podobnej sytuacji jest Donald Tusk.

Dla Platformy Obywatelskiej byłoby najlepiej, gdyby premier kazał zawieźć się jednocześnie do siedziby rządu i do Pałacu Prezydenckiego. Rezygnując z walki o fotel prezydenta, szef rządu sprawił swojej partii pewien kłopot, czego najlepszym dowodem jest odwlekanie decyzji w sprawie jego następcy w wyścigu o najważniejszy urząd w państwie. Dziś ten kłopot zarząd Platformy będzie próbował przekuć w sukces, by już w przedbiegach dokopać swojemu przeciwnikowi politycznemu.

Tydzień temu władze Platformy miały wskazać, kto będzie reprezentował partię w tym wyścigu. Oficjalnie posiedzenie jednak odwołano, bo nie mogła w nim uczestniczyć wiceprzewodnicząca partii i prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Spotkanie najważniejszych osób w PO przełożono więc na dziś. Ale już teraz wiadomo, że nazwiska kandydata nie poznamy. W grze pozostaje dwóch pretendentów, czyli Bronisław Komorowski i Radosław Sikorski. Obaj publicznie deklarują, że marzą o prezydenturze. Przedstawiają swoje wizje i snują plany na przyszłość. Niezależnie jednak od ich chęci najważniejsze będzie zdanie Tuska. To on, rezygnując z ubiegania się o fotel zajmowany od czterech lat przez Lecha Kaczyńskiego, wyznaczył miejsce dla jego następcy. W największym skrócie nowy prezydent ma nie wchodzić w paradę premierowi, bo to on - wedle słów szefa PO - ma skupiać w swoich rękach realną władzę w państwie. Tusk widzi rolę prezydenta w bardzo ograniczonym zakresie, czego najlepszym dowodem zaprezentowane w miniony piątek propozycje zmian w konstytucji. Platforma chce m.in. osłabienia prezydenckiego weta, tak by nie mogło skutecznie blokować woli rządowej większości.

I o ile jeszcze kilka tygodni temu mogło się wydawać, że i Komorowski i Sikorski wpisują się w tę wizję prezydentury, to ostatnie ich publiczne deklaracje każą Tuskowi zweryfikować oczekiwania. To zaś wymaga czasu. Pewnie dlatego Platforma zwleka z decyzją.

W zeszłym tygodniu sekretarz generalny partii i szef jej klubu parlamentarnego Grzegorz Schetyna zapowiedział, że PO wyłoni swojego kandydata prawdopodobnie dopiero około 20 kwietnia. Decyzję mają poprzedzić partyjne prawybory, o których jako pierwszy - tuż po wycofaniu się Tuska - mówił Janusz Palikot. Wtedy pomysł wydawał się dość egzotyczny. Schetyna mówił nawet, że jest za mało czasu na zorganizowanie tak dużego przedsięwzięcia. - Potrzebna jest szybka decyzja. Gdyby wybory były za półtora roku, można by przygotować także prawybory - tłumaczył na początku lutego.

Dziś o prawyborach mówi premier. Wedle jego słów miałyby one polegać na tym, że wszyscy członkowie PO mogliby zdecydować w bezpośrednim głosowaniu. Jak to zorganizować, biorąc pod uwagę, że do Platformy należy dziś około 44 tysięcy osób? To już będą musieli rozważyć jej politycy podczas dzisiejszego posiedzenia zarządu. Nie ulega jednak wątpliwości, że przeprowadzenie prawyborów na pół roku przed wyborami to nie lada wyzwanie. Ale także rzucenie rękawicy głównemu rywalowi - Prawu i Sprawiedliwości, gdzie nie tylko szeregowi członkowie, ale też parlamentarzyści nie mają nic do gadania i muszą - chcąc nie chcąc - zaakceptować decyzje braci Kaczyńskich.

Platforma może się więc jawić nie tylko jako partia bardziej demokratyczna niż PiS, ale też proponująca wyborcom dużo ciekawszą ofertę, bo w swoich szeregach ma co najmniej trzech (Tusk, Sikorski, Komorowski) polityków, którzy z sukcesem mogą powalczyć o fotel prezydenta. Natomiast Tusk może przedstawiać się jako ten polityk, który rezygnując z własnych marzeń o zamieszkaniu przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, nie chce sam podejmować decyzji, kto ma go zastąpić. Nie wskazuje też, kto bardziej mu odpowiada: czy marszałek Sejmu, czy też szef polskiej dyplomacji. - Wewnętrznie jestem podzielony idealnie 50 na 50 - mówił pod koniec ubiegłego tygodnia dziennikarzom.

Prezent Platformie przygotował natomiast niespodziewanie prezes PiS, który przerwał milczenie i w wywiadzie w najnowszym wydaniu Newsweeka wyznał, że na Sikorskiego "jest hak". Według Jarosława Kaczyńskiego Sikorski miał się dopuścić czegoś niegodnego, będąc szefem MON w rządzie PiS i właśnie za to zostać zdymisjonowany. Nic więcej były premier nie zdradził. Kaczyński oskarżył również drugiego potencjalnego kandydata PO. Stawia Komorowskiego do tablicy, by wytłumaczył się ze swoich relacji z WSI.

Takie zachowanie lidera opozycji może tylko cieszyć polityków Platformy, bo język agresji i insynuacji nie znajduje zrozumienia w przeważającej części elektoratu. - Pewne rzeczy się w Polsce nie zmieniają. Gdy zaczyna się kampania, bracia Kaczyńscy wyciągają haki. Między innymi po to chcę być prezydentem, aby polityka hakowa i ci, którzy ją uprawiają - bracia Kaczyńscy - zostali odsunięci od wpływu na polskie sprawy - reagował błyskawicznie w Radiu ZET Sikorski. Ta wymiana zdań pokazuje, jak będzie wyglądać walka o fotel prezydenta.

@RY1@i02/2010/032/i02.2010.032.000.014a.001.jpg@RY2@

Fot. R. Waniek/Fotorzepa

Agnieszka Sopińska

agnieszka.sopinska@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.