Leski: liczyliśmy na normalną lewicę
Wyprowadzenie sztandaru nie stanowiło dla mnie specjalnego zaskoczenia. Wiedziałem, że komuniści się jakoś przepoczwarzą. Zdawałem sobie sprawę, że w PZPR są tacy, którzy próbują zachować wpływ na politykę - niespecjalnie zmieniając swoje podejście do spraw kraju. Wtedy nie bardzo sobie wyobrażaliśmy, że praktycznie jedynym tego efektem będzie partia postkomunistyczna. Raczej sądziliśmy, że się to podzieli i wyjdzie z tego jakaś bardziej normalna lewica.
Nie używałbym słów "liberał" czy "liberalizm". Pamiętajmy, że dzisiaj większa część społeczeństwa nie rozumie już ówczesnego znaczenia tamtych określeń. Przypomnę więc. Opinia partyjnego liberała nie miała wtedy nic wspólnego z liberalnym spojrzeniem na gospodarkę czy politykę. Właściwie do ostatniej chwili do owych liberałów zaliczało się ludzi, o których sądziliśmy, że są skłonni najpierw słuchać o rozwiązaniach pokojowych, a dopiero potem strzelać do demonstrantów. I tyle. Nie oznaczało to żadnej chęci do stworzenia jakichkolwiek rzeczywistych koncesji politycznych i podzielenia się władzą. Przynajmniej tak długo, jak nie było to niezbędne. Ta chęć, o ile to była chęć, a nie przymus, pojawiła się dopiero przy Okrągłym Stole i ani chwili wcześniej.
O nim nigdy nie zmieniłem zdania. Dla mnie to po prostu aparatczyk z zahamowaniami. Aparatczyk z wyrzutami sumienia. Mnie to specjalnie nie brało. Choć jednocześnie był to jeden z inteligentniejszych komunistów. Nie byłem zwolennikiem domniemanych walk frakcyjnych. Nie na tyle, by przejmować się rzekomym liberalizmem Rakowskiego. To była czysta fikcja.
Takie przekonanie było w jakiś tam sposób uzasadnione w epoce PRL. Oczywiście można było śmiało założyć, że jako partyjny decydent Rakowski nie będzie tym, który domaga się strzelania do demonstrantów. Ale w momencie, gdy zaczęliśmy myśleć już o wolnej Polsce, sytuacja była przejściowa, nikt jednak nie miał chyba wątpliwości, że działo się coś znacznie więcej niż tylko to, co zostało ustalone przy Okrągłym Stole. Wówczas, pod koniec lat 80., różnice pomiędzy Rakowskim, Jaruzelskim a jakimś tam na przykład Milewskim nie miały już żadnego znaczenia. Byli przede wszystkim przedstawicielami partii komunistycznej i mało nas interesowało, który troszeczkę bardziej, a który troszeczkę mniej.
Niekoniecznie. Nie należałem do ludzi, którzy by zakładali, że jakaś frakcja w PZPR może odegrać samodzielną rolę polityczną. To były dla nas walki byków na ograniczonym polu. Nie widzieliśmy dla nich żadnej roli w przyszłej polityce. Nie wyobrażaliśmy sobie wtedy, by ktokolwiek z ówczesnej czołówki PZPR, i to szeroko rozumianej - myślę tu o Kwaśniewskim - odegrał jeszcze jakąś rolę polityczną. Próbowałem sobie wtedy naiwnie wyobrażać, że to już nie te czasy. Jedyny wyjątek zrobiliśmy dla osób, które wypłynęły w okresie przejściowym. Mówię tu na przykład o późniejszym prezydencie Warszawy Marcinie Święcickim czy naczelnym Wprost Marku Królu, którzy do ścisłego kierownictwa PZPR weszli już na ostatniej prostej. Myśleliśmy, że może oni oderwą jakąś część i stworzą coś na kształt nowoczesnej lewicy. Pomyliliśmy się. Chyba byliśmy zbytnimi idealistami.
@RY1@i02/2010/021/i02.2010.021.000.013b.001.jpg@RY2@
Fot. Marcin Kaliński
Krzysztof Leski, dziennikarz, działacz "Solidarności"; współtwórca podziemnego Tygodnika Mazowsze, a potem Gazety Wyborczej, z której odszedł z powodu konfliktu o linię pisma w 1991 r.
@RY1@i02/2010/021/i02.2010.021.000.013b.002.jpg@RY2@
Fot. Damazy Kwiatkowski-PAP-CAF
Leszek Miller, Mieczysław Rakowski i Aleksander Kwaśniewski podczas ostatniego zjazdu PZPR, 29 stycznia 1990 r.
, dziennikarz, działacz "Solidarności"; współtwórca podziemnego Tygodnika Mazowsze, a potem Gazety Wyborczej, z której odszedł z powodu konfliktu o linię pisma w 1991 r.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu