Politycy w Auschwitz nie są nikomu potrzebni
Są lepsze metody zwiększania świadomości historycznej niż spraszanie ludzi z pierwszych stron gazet - mówi Antoni Dudek
ROZMOWA
MARCELI SOMMER:
ANTONI DUDEK*:
Niewątpliwie źle się stało, że nie udało się tej wizyty uczynić okazją do zbliżenia polsko-rosyjskiego. Przestrzegam jednak przed popadaniem w przesadę: polityczne rezultaty podobnych wizyt są przeceniane. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy rocznica nie dotyka żadnej drażliwej kwestii w stosunkach polsko-rosyjskich. Powiem więcej: nie powinniśmy tak uporczywie łączyć pamięci o każdym ważnym wydarzeniu historycznym z bieżącą polityką. Rocznica wyzwolenia Auschwitz powinna mieć wysoką rangę, ale nie może się zamienić w licytację znaczenia obecnych i nieobecnych. Taki sposób myślenia grozi deprecjonowaniem pamięci historycznej o tym szczególnym miejscu.
Mam wrażenie, że nawet gdyby na obchody do Oświęcimia przyjechali przywódcy wszystkich najważniejszych państw świata, z Barackiem Obamą włącznie, to i tak nie miałyby one tak szerokiego wydźwięku jak kradzież napisu "Arbeit macht frei". Poza wyjątkowymi sytuacjami, jak zeszłoroczna rocznica wybuchu drugiej wojny światowej, skuteczniejsze są inne metody zwiększania świadomości historycznej aniżeli spraszanie polityków z pierwszych stron gazet. W większości przypadków uroczyste obchody rocznicy z udziałem VIP-ów budzą bardzo nikłe zainteresowanie szerokiej publiczności.
Niestety nie. Wydaje mi się, że jest to wyraz słabości naszego państwa w sferze polityki historycznej. Tę słabość mogliśmy obserwować także w zeszłym roku, przy okazji obchodów 20-lecia upadku komunizmu. W Polsce potencjał tej rocznicy został niestety zmarnowany: głównym wydarzeniem, które przebiło się do świadomości społecznej, był koncert Kylie Minogue. Dodatkowo politycy sprowadzają debatę publiczną wokół kolejnych rocznic do prostych schematów w rodzaju: kto za Wałęsą, a kto przeciw. Kończy się to takimi absurdami z historycznego punktu widzenia jak sytuacja, w której "przyjacielem" Lecha Wałęsy jest Aleksander Kwaśniewski, a "wrogiem" - Lech Kaczyński. To powoduje kompletne pomieszanie pojęć i faktów w świadomości młodych ludzi, którzy niekoniecznie wiedzą coś o najnowszej historii i gotowi są pomyśleć, że "Solidarność" współtworzyli Wałęsa i Kwaśniewski, a zwalczał ich Kaczyński. Niestety politycy nie tylko traktują historię instrumentalnie, ale też poziom, na którym to robią, jest na ogół żenująco niski.
Przyszłością polityki historycznej za granicą jest kulturalne partnerstwo publiczno-prywatne - takie jak w przypadku największego tego typu przedsięwzięcia ostatnich lat - "Katynia" Wajdy. Ten film był największym polskim osiągnięciem pod względem zagranicznego oddziaływania od wielu lat. I udział w nim, oprócz wybitnego reżysera i prywatnych producentów, ma także polskie państwo, które "Katyń" współfinansowało. Uważam zresztą, że dzisiaj to właśnie filmowe produkcje są najważniejszym i najskuteczniejszym narzędziem polityki historycznej. Oczywiście nadal ważne są książki, wystawy i inne środki przekazu, ale żadnen z nich nie ma takiej siły oddziaływania na masową świadomość jak film fabularny. Dlatego też potrzebujemy filmów tej rangi co "Katyń", nawiązujących do najważniejszych wydarzeń polskiej historii XX wieku - zwłaszcza z punktu widzenia naszego udziału w losach Europy i świata - takich jak wojna polsko-bolszewicka, II wojna światowa i "Solidarność". Na razie jednak widać wyraźnie, że "Katyń" był wyjątkiem w polityce kulturalnej i historycznej państwa, a nie zapowiedzią kolejnych tego typu przedsięwzięć.
Obawiam się, że głównym wydarzeniem znowu będzie jakiś koncert. Szanse na właściwe wykorzystanie sierpniowej rocznicy wydają się coraz mniejsze. Zostało już tylko 7 miesięcy, a nadal nic nie wiadomo na temat rządowych planów obchodów. Komitet organizacyjny wsławił się jak dotąd głównie tym, że wykluczył ze swojego grona IPN. To żenujący, a zarazem klasyczny przykład polskiej organizacji wszelkich obchodów, gdzie liczy się głównie to, kto je organizuje, a nie jak. Tymczasem ta rocznica to być może ostatnia duża szansa, by potencjał "Solidarności" wykorzystać. W zeszłym roku, widząc, jak wyglądają obchody rocznicy upadku komunizmu, publicznie zadałem rządowi pytanie o przygotowania do 30-lecia "Solidarności". Wtedy był jeszcze ponad rok czasu. Dzisiaj, jeśli - jak wiele na to wskazuje - dopiero zaczyna się cokolwiek organizować, może być już za późno. I skończy się jak zwykle - narzekaniem, że znowu się nie udało, znowu jest niewykorzystana szansa...
To wymagałoby przede wszy-stkim samoograniczenia ze strony polityków. Pamiętajmy, że obchody przypadną w apogeum kampanii prezydenckiej. Wszystko wskazuje też na to, że decydująca rozgrywka odbędzie się pomiędzy reprezentantami ugrupowań postsolidarnościowych. To rodzi zagrożenie, że dojdzie do gorszących scen wyrywania sobie sztandaru, kłótni o to, kto jest prawdziwym depozytariuszem idei "Solidarności". Samoograniczyć musiałby się też Lech Wałęsa, który jako symbol "Solidarności" powinien się starać zachować neutralność w bieżących sporach. Nawet jeśli uważa, że jest prowokowany. Najważniejsze jednak dla powodzenia tej rocznicy będzie samoograniczenie się potencjalnych konkurentów do prezydentury, bo mogą do reszty zniszczyć mocno już nadwyrężoną legendę "Solidarności".
Fenomen zainteresowania Polską w latach 1980 - 1981 wynikał z tego, że byliśmy pionierami - w żadnym innym kraju bloku komunistycznego nie było tak masowego ruchu opozycyjnego. Kiedy zaczęły się przemiany roku 1989, to pionierskość Polski trwała jeszcze w pewnym stopniu do zaprzysiężenia pierwszego niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego. Później jednak, kiedy zaczęła się Jesień Ludów, nie tylko straciliśmy pozycję pioniera, ale - trzeba to sobie otwarcie powiedzieć - znaleźliśmy się w ogonie przemian. Polska była pierwszym krajem z niekomunistycznym premierem, ale też - niestety - ostatnim krajem regionu, który przeprowadził w pełni demokratyczne wybory parlamentarne. Potem mieliśmy lata 90., kiedy odwróciliśmy się od historii i zwyciężały hasła o "wybieraniu przyszłości". Największe polskie konferencje naukowe poświęcone historii najnowszej były wówczas finansowane - o ironio - przez zagranicznych sponsorów. W tym samym czasie budowaniem swojej eksportowej narracji historycznej zajęli się bardzo skutecznie inni, zwłaszcza Niemcy ze swoim murem berlińskim. Dekadę lat 90. oddaliśmy walkowerem i dopiero w obecnej dekadzie rozpoczęła się w Polsce poważna debata wokół "Solidarności" czy też polskiego wysiłku zbrojnego w drugiej wojnie światowej. Pojawiło się też pojęcie polityki historycznej, które niestety zostało bardzo szybko zdezawuowane poprzez wpisanie w bieżący kontekst polityczny. Z międzynarodową polityką historyczną jest o tyle łatwiej niż z wewnętrzną, że na pewne rzeczy nie jest za późno. Nawet jeśli za kilka lat, niezależnie od wszelkich rocznic, powstanie dobry film o "Solidarności", to się przebije. Tak samo - chociaż na inną skalę - dobra książka wydana po angielsku czy w innych zachodnich językach, najlepiej napisana przez osobę z zewnątrz, w rodzaju Normana Daviesa. Pod tym względem nic nie jest przesądzone.
Tego się właśnie boję najbardziej: że po awanturze wokół 30-lecia "Solidarności" nastąpi zniechęcenie i powtórka z lat 90. Mam jednak nadzieję, że okres odwrócenia się od historii mamy już na dobre za sobą i że nie wrócimy do fatalnego klimatu z tamtego czasu.
@RY1@i02/2010/019/i02.2010.019.000.0012.001.jpg@RY2@
Pierwsze godziny po wyzwoleniu obozu, styczeń 1945 roku
Fot TopFoto/Forum
@RY1@i02/2010/019/i02.2010.019.000.0012.002.jpg@RY2@
Antoni Dudek
Fot. Wojciech Grzędziński
jest politologiem, historykiem, pracownikiem naukowym Instytutu Pamięci Narodowej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu