Parytety, czyli spór o definicję równych praw
Pod obywatelskim projektem tzw. ustawy parytetowej podpisało się 120 tys. osób. Jej przeciwniczki, sygnatariuszki listu otwartego przeciw parytetom twierdzą, że takie rozwiązanie jest dla nich upokarzające. Marszałek Komorowski zapowiedział, że Sejm zajmie się ustawą w lutym. Z pewnością jest to więc dopiero początek dyskusji
To jest nieporozumienie. List został opublikowany w lipcu ubiegłego roku w Rzeczpospolitej oraz w Gazecie Wyborczej i odnosił się do postulatów sformułowanych na Kongresie Kobiet. Propozycja parytetów dla kobiet została od tamtego czasu zredukowana. Może jako reakcja na sprzeciw wielu środowisk, w tym także kobiecych, a może jako wyraz politycznej kalkulacji. Dzisiaj projekt ustawy proponuje parytety tylko na listach wyborczych. Ale to w żaden sposób nie zmienia merytorycznych powodów naszego sprzeciwu. Cała filozofia politycznej reprezentacji budowanej na parytetowych zasadach to powtórka z PRL, to pogwałcenie demokratycznych i merytorycznych reguł wyboru ludzi na publiczne stanowiska. Mieliśmy w tak zwanym. minionym systemie parytetowy Sejm tworzony wedle proporcjonalnej reprezentacji kobiet i mężczyzn, górników i hutników, włókniarek i rolników. To się da zrobić, ale pod warunkiem rezygnacji z demokracji.
Nie mówimy, że nie istnieje problem obecności kobiet w życiu publicznym. Jesteśmy jednak przekonane, że parytety nie rozwiążą tego problemu i nie zredukują jego przyczyn. W miejsce realnej poprawy sytuacji wprowadzają parytetową fikcję.
Parytety nie wzmocnią "politycznej reprezentacji" kobiet, bo kobiety nie są elektoratem Jednej Partii Kobiet i nie mają identycznych, politycznych poglądów. Mają przecież prawo wyboru, także do pozostania w domu. Ale są dwie ważne, realne przyczyny ich nieobecności w życiu publicznym. Pierwsza wiąże się z pozamerytorycznymi kryteriami awansowania czy układania list wyborczych. Ustawowy przymus narzucający partiom politycznym parytety, do "zwykłych" pozamerytorycznych kryteriów, takich jak koneksje, uroda, wzrost czy pieniądze, dodaje kolejny - płeć. Lekceważenie kompetencji zawsze jest szkodliwe, zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn. Proszę spojrzeć na nominacje pana Rompuya i pani Ashton na najistotniejsze urzędy w Unii Europejskiej. Oto wynik działania parytetów w praktyce: miejsce dla lewicy i dla prawicy, dla małych i dla dużych państw, dla mężczyzny i dla kobiety. A jakie są rzeczywiste dokonania i kompetencje tych osób? Czy je poznaliśmy, czy brano je pod uwagę? Nic podobnego.
Tak. Takie są konsekwencje pozornych rozwiązań i równości rozumianej jako identyczna, statystyczna reprezentatywność. Płeć jest czynnikiem różnicującym ludzi, ale biologia nie determinuje poglądów, wyborów życiowych, systemu wartości czy kariery. Jesteśmy wolni i mamy prawo wybierać.
Drugi problem jest poważniejszy. Chodzi mi o łączenie ról rodzicielskich z zawodowymi, a szczególnie z tymi, które wymagają niemal całkowitej dyspozycyjności, a takimi właśnie rolami są funkcje publiczne. W Polsce łączenie pracy i rodzicielstwa jest bardzo trudne. Jeśli chcemy to zmienić, to musimy prowadzić sensowną politykę prorodzinną, tworzyć infrastrukturę usług opiekuńczych etc. Kobiety mają prawo, jeśli taka jest ich decyzja, do bezpiecznego i spokojnego macierzyństwa. To wymaga akceptacji społecznej dla swoistej pauzy w ich zawodowej biografii, akceptacji szefów, także tych w polityce. Dobra polityka prorodzinna sprawi, że dylemat "macierzyństwo czy kariera" nie będzie tak dramatyczny, jak dzisiaj. Parytety nie pomogą tym kobietom, dla których macierzyństwo jest bardzo ważne. Proszę zauważyć, jak często sołtysami zostają właśnie kobiety. Dlaczego? Bo rola sołtysa nie wymaga wyjścia z domu, łatwo pogodzić ją z rolą domową. A pozostałe kobiety, które z macierzyństwa rezygnują lub poprzestają na jednym dziecku, poradzą sobie bez parytetowej protezy.
Pozorne działania prowadzą do pozornych sukcesów. Parytety tworzą jedynie fikcję rozwiązania dylematu, fikcję równouprawnienia. Łatwo jest je wprowadzić: jedna ustawa i partie zmuszone są do dopisania kobiet do list wyborczych. Mogą oznajmić społeczeństwu, że problem reprezentacji kobiet w polityce został rozwiązany. A jednocześnie realnie sytuacja kobiet łączących rodzicielstwo z karierą nie poprawi się ani o milimetr. Merytoryczne kompetencje nadal nie będą miały większego znaczenia. W prawdziwym świecie nic nie zmieni się na lepsze.
Tak uważam. W tym projekcie zawarty został ukryty przekaz: jesteś równa mężczyźnie tylko wtedy, kiedy masz równe mu władzę, pozycję i dochody. Jeśli zostajesz w domu i wychowujesz dzieci, to jesteś od niego mniej warta. I taki - szkodliwy i degradujący kobiety komunikat - oddziałuje negatywnie zarówno na kobiety, jak i na mężczyzn.
Postrzeganie tej inicjatywy jako spontanicznego ruchu obywatelskiego to naiwność. Moim zdaniem parytety są politycznym projektem mającym wesprzeć lewicę w nadchodzących wyborach prezydenckich i samorządowych. Proszę zobaczyć graficzne, kolorowe, skądinąd udane logo kobiecego profilu wpisanego w mapę Polski na plakatach, kopertach i reklamówkach, używanych w trakcie zbierania podpisów. Trudno będzie przekonać mnie, że oddolny i spontaniczny ruch obywatelski dysponuje środkami finansowymi pozwalającymi na taką rozrzutność.
@RY1@i02/2010/004/i02.2010.004.000.0014.001.jpg@RY2@
Barbara Fedyszak-Radziejowska, socjolog, etnograf, członek Kolegium IP
Fot. Rafal Guz Fotorzepa
socjolog, etnograf, członek Kolegium IPN
Jest demokracja i wolność, więc w sferze publicznej wyrażane są różne poglądy. Mogę mieć tylko zastrzeżenia natury merytorycznej do tego listu, ponieważ jakość argumentów, jakie są w nim przedstawione, jest wątpliwa. Dziwię się, że tak wybitne osoby podpisały taki marny list.
List polemizuje z postulatami, których nie ma w projekcie ustawy o parytetach. Trudno powiedzieć, czy jego autorki po prostu nie przeczytały obywatelskiego projektu ustawy o parytetach - w którym mowa jest tylko i wyłącznie o listach wyborczych do Sejmu, Parlamentu Europejskiego, do rad samorządowych - czy też świadomie tworzą sobie nieistniejącego przeciwnika. Byłoby dziwne, gdyby ktoś podejmował tak gruntowną polemikę, nie czytając nawet projektu, do którego ma się ona odnosić. Polemizuje się więc nie z realnym poglądem, lecz z jego karykaturą. Tak samo czyniły niektóre czasopisma w PRL. Np. Argumenty tworzyły na własny użytek karykaturę chrześcijaństwa po to, żeby ją następnie obalić. Postulaty przytoczone przez autorki być może pojawiały się w czasie obrad Kongresu Kobiet, ale jego uchwała w sprawie parytetów dotyczyła list wyborczych.
Bardzo możliwe. Gdyby to był list polemiczny wobec projektu ustawy, to odnosiłby się do rzeczywistych propozycji w nim zawartych. Tymczasem jest on napisany w tonie ideologicznym. Może autorki poczuły się zepchnięte na margines debaty publicznej. W końcu większość Polaków popiera ten projekt. W liście pojawiają się zarzuty wobec Kongresu Kobiet, że nie reprezentuje wszystkich opinii. To oczywiste. Warto jednak zauważyć, że uchwała Kongresu została poparta przez sto kilkadziesiąt tysięcy podpisanych pod projektem ustawy kobiet i mężczyzn. Być może zabrakło dyskusji między niektórymi środowiskami - to zdają się sugerować autorki "listu antyparytetowego" - i to rzeczywiście szkoda, bo myślę, że spokojna merytoryczna dyskusja mogłaby doprowadzić do zbliżenia stanowisk.
Źle potraktowani mogą się czuć mężczyźni, że nikt się nimi tak nie zajmuje. A na poważnie: ten projekt nikogo nie uprzywilejowuje. On po prostu dąży do wyrównania szans. Dziwię się, że można tego nie dostrzegać, bo moim zdaniem wystarczy pobieżna znajomość rzeczywistości społecznej, żeby zaobserwować, że istnieje potrzeba takiego wyrównania w różnych sferach.
Na przykład na wsi, którą znam bardzo dobrze, bo z niej się wywodzę i mieszkałem wiele lat. Gdyby nie było specjalnej polityki wyrównywania szans, to ile dzieci wiejskich byłoby na studiach? A przecież i tak teoretycznie było im wolno, każdy młody człowiek miał takie samo prawo do studiowania. Tak samo jest z kobietami w polityce. Przez ostatnich kilkanaście lat ich udział w parlamencie i samorządach się nie zmienił. Ostatnio pojawiło się za to nowe zjawisko w samorządach wiejskich: coraz więcej jest kobiet wybieranych na sołtysów. Sołtyski. Tylko że nie można tylko czekać i się przyglądać. Takim procesom trzeba pomagać, żeby zrównoważyć szanse. Parytety to nie jest projekt, który ma załatwić kwestię kobiet w polityce raz na zawsze. To tylko mechanizm, który ma czasowo ułatwić większe niż dotychczas uczestnictwo kobiet w życiu publicznym.
Projekt podlega oczywiście pracy sejmowej i bardzo prawdopodobne, że ostatecznie przegłosowany zostanie w innej formie. Nawet jeśli proporcje ustalone byłyby na poziomie co najmniej 30 proc. kandydatów każdej płci, to byłby to sukces - nie chodzi o to, żeby było dokładnie 50 na 50.
A czy obecnie są budowane na podstawie kompetencji? Proszę sobie odpowiedzieć szczerze. Czy mężczyźni umieszczani na listach wyborczych zawdzięczają swoje miejsca kompetencjom? Ja uważam, że rozkład inteligencji i kompetencji jest wśród mężczyzn i kobiet mniej więcej taki sam. Jeżeli korzysta się tylko z męskiej połowy "zasobu" tego co najwartościowsze, a drugą połowę się lekceważy, to jest to absolutnie niekorzystne dla państwa, dla społeczeństwa, dla narodu.
Jest ich niemało. Przykładem mogą tu być choćby wspomniane sołtyski. Atutem kobiet i jedną z przyczyn, dla których są w polityce potrzebne, jest ich wrażliwość, większa niż u mężczyzn, na pewne kwestie. W przypadku wsi to jest chociażby kwestia opieki nad dziećmi, placów zabaw, świetlic, żłobków i tak dalej. Sołtyski podejmują działania w tych kwestiach i ludzie widzą, że są w tym świetne. I, dzięki poparciu ludzi, awansują w hierarchii samorządowej.
W zupełności zgadzam się z diagnozami zawartymi w tym liście, które dotyczą wysokości wynagrodzeń oraz roli prawa w aktywizacji zawodowej i politycznej kobiet. Tyle że to są pobożne życzenia. Czy pan sobie wyobraża, że w parlamencie, w którym tak wyraźnie dominują mężczyźni, tego rodzaju kwestie będą traktowane priorytetowo? Z jakichś przyczyn tych niezmiernie racjonalnych postulatów konsekwentnie się nie realizuje. To dopiero większe uczestnictwo kobiet w życiu publicznym może dać szanse na zasadniczą jakościową zmianę w kwestii równouprawnienia wszystkich kobiet w Polsce.
@RY1@i02/2010/004/i02.2010.004.000.0014.002.jpg@RY2@
Henryk Wujec, polityk, działacz opozycji w PRL
Fot. Rafal Guz/Fotorzepa
*, polityk, działacz opozycji w PRL
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu