Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Wiele do zrobienia

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Brak eksperckich dyskusji i sporów rodzi olbrzymie zagrożenia dla państwa i gospodarki - mówi publicysta ekonomiczny Stefan Bratkowski

Czasy i ustrój są oczywiście zupełnie inne. Ale w twierdzeniu o pewnym zastoju jest sporo prawdy. Polskie środowiska fachowe w praktyce nie dyskutują. Nie dyskutują sędziowie, prawnicy, ekonomiści, urbaniści. A powinni. Nie dla samej dyskusji. Rodzące się w ten sposób projekty reform i ustaw są kluczowe dla przyszłości kraju.

To wygodne powtarzać, że rząd jest od tego, by proponować reformy i ustawy. Rząd powinien wybierać pomiędzy różnymi propozycjami fachowców. Swoją książką chcemy pobudzić takie dyskusje. Pokazać, że eksperci krajowi mogą się na coś przydać. Ja sam jestem wychowankiem najlepszych przedwojennych prawników i byłem przyzwyczajony do tego, że oni - i to nawet w najgorszym stalinowskim czasie - uczyli nas i dyskutowali o prawie, które jest, oraz o takim, które być powinno. Brak takich dyskusji rodzi olbrzymie zagrożenia dla państwa i gospodarki.

Już w 1989 roku proponowaliśmy, by wrócić do legislacji na dzień 1 września 1939 roku. Oczywiście nie w kwestiach ustrojowych, ale prawa gospodarczego. Już przed wojną mieliśmy wszak znakomity kodeks handlowy czy przepisy o ubezpieczeniach wzajemnych. Nie posłuchano nas, wskutek czego mamy antykapitalistyczne prawo rodem z PRL, które jest bez przerwy macerowane i dopasowywane do nowych czasów. To zresztą jedna z przyczyn swoistej biegunki legislacyjnej w sejmach wolnej Polski. Rządy ocenia się według liczby projektów ustaw przedłożonych parlamentowi. Zaowocowało to w okresie ostatnich 20 lat całą masą prawnych sprzeczności i bzdur. Wiele z nich ma skutki po dziś dzień.

Po 1989 roku polskie banki prywatne dostały w spadku po czasach, gdy bank był instytucją państwową, niesamowity prezent. Przysługiwał im tzw. tytuł wykonawczy do ściągania wierzytelności, który w normalnym państwie ma na przykład urząd skarbowy. Banki mogły więc ściągać należności od klientów w trybie administracyjnym. W związku z tym w wolnej Polsce nie wróciło nigdy na dobre prawo wekslowe, czyli bardzo ważny element kapitalistycznej rzeczywistości, bo ludzie się go po prostu bali. Weksla nie ma nawet w nowym prawie bankowym. Albo inny przykład. Kilkanaście lat temu w elitarnym klubie interesów światowych otworzyła się szczególna luka - morze. Niestety nikt u nas nie interesował się perspektywami, które transport morski otwiera przed gospodarką kraju z długą na 500 km linią wybrzeża, stoczniami tańszymi od tych zachodnich i znakomitą kadrą marynarzy. Awanturnicy polityczni i hałaśliwe związki zawodowe zamiast pytać o rynki i opracowywać biznesplany, zrażali do morza pozostałą część społeczeństwa i odstraszali inwestorów. W efekcie fińskie Turku może dziś produkować najdroższe na świecie statki wycieczkowe, a Niemcy transportują morzem ogromną część swojego tonażu. A my mamy z morza bardzo niewiele.

Niestety część tamtych reform została zrobiona nie tylko bez pytania fachowców o zdanie, ale wręcz im na przekór. Na przykład reforma administracyjna. Pomnożyła ona tylko byty i urzędy, wprowadzając powiaty: idealne miejsce do obsadzania politycznych synekur w terenie, a dla obywateli ciała bezwartościowe. Na dodatek przywrócono granice województw oparte jeszcze na podziałach z czasów zaborów. Wylano dziecko z kąpielą, odchodząc od małych województw, które lepiej odpowiadały polskiej tradycji małych "ziem". Zapomniano, że to nie Gierek je wymyślił. Już przed rozbiorami Wielkopolska składała się z czterech małych województw i nie tylko nie burzyło to poczucia tożsamości ludzi mieszkających w tym regionie, ale ułatwiało funkcjonowanie mniejszych społeczności. A teraz duże województwa nie dość, że są daleko od obywatela, to jeszcze niektóre naturalne - z ekonomicznego punktu widzenia - aglomeracje zostały sztucznie podzielone. Sandomierz nie jest razem ze Stalową Wolą i Tarnobrzegiem, choć to prawie jedna aglomeracja. Podobnie pocięte są Kujawy.

A gdyby tak poważniej potraktować to, co zapisane jest w europejskich konstytucjach? Stanowią przecież, że władza ma swoje źródło w woli obywateli. Czyli nie jest tak, że centrala robi obywatelom łaskę, zgadzając się na decentralizację. Odwrotnie: władza wyższych instancji powinna wynikać z tego, co gmina może rozwiązać sama, a czego już nie może. Przykład: potrzebny jest szpital czy szkoła, a gminy na to nie stać? Proszę bardzo, kilka gmin może się dogadać i zbudować je razem. Nie potrzeba do tego powiatu z jego kosztami administracyjnymi.

Paradoksem jest na przykład, że my mamy jeden z najwyższych w Europie poziomów kosztów własnych sądownictwa, a jednocześnie wszyscy narzekają na opóźnienia. Dlaczego więc nikt nie popularyzuje postępowania polubownego, które jest akurat bardzo ładnie uregulowane w naszym kodeksie postępowania cywilnego, ale kompletnie niestosowane. Trzeba przypominać każdemu, kto przychodzi do sądu, że może z takiego szybszego i łatwiejszego trybu skorzystać. I to nie tylko w sprawach cywilnych, ale również gospodarczych.

Trzeba stworzyć wiarygodną politykę energetyczną, a nie taką, która jest wypadkową różnych tajemniczych wpływów grup interesu. Mimo deklarowanego liberalizmu nie podjęto na przykład żadnej walki z monopolami. A już zwłaszcza energetycznymi. Sprzedaliśmy monopol dostaw energii w Warszawie monopolowi zagranicznemu (RWE - przyp. red.), zamiast sprzedać go na raty miejscowym użytkownikom. Fantazjujemy o atomie, który jest kolosalnie drogi i obciąża kosztami eksploatacji przyszłe pokolenia, a nie doceniamy znakomitego - i czystego - źródła energii tuż pod własnym nosem. Kiedyś eksperci policzyli, ile mamy do uruchomienia małych spiętrzeń. Takich od 50 do 300 kilowatów. To około 20 tysięcy punktów. W praktyce cała Polska wieś mogłaby korzystać z małych elektrowni wodnych. To tylko kilka przykładów, jak wiele jest jeszcze w Polsce do zdziałania. Pewien znajomy Szwed powiedział nam kiedyś: "Jacy wy jesteście szczęśliwi, macie jeszcze wszystko do zrobienia". Zgadzam się z nim.

@RY1@i02/2011/117/i02.2011.117.196.0037.001.jpg@RY2@

@RY1@i02/2011/117/i02.2011.117.196.0037.002.jpg@RY2@

BIO: Stefan Bratkowski, jeden z najbardziej znanych polskich publicystów gospodarczych okresu powojennego. Był członkiem redakcji tygodnika "Po prostu" najlepiej wyrażającego ideały polskiego października 1956 r. Później szefował maga- zynowi "Życie i Nowoczesność", na łamach którego odbywały się kluczowe debaty o modernizacji polskiej gospodarki w latach 70. W latach 80. związany z "Soli- darnością". Autor wielu książek. Najnowsza, "Gra o jutro 2" (pisana wraz z bratem Andrzejem, ministrem w dwóch rządach III RP), ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Studio Emka.

Rozmawiał Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.