Rozstania i powroty
Mirosław Drzewiecki chce znowu kandydować z listy Platformy Obywatelskiej? Niejednego chęć powrotu dziwi, a niektórych nawet oburza. Wzięty biznesmen zaznał w polityce więcej przykrości niż kiedykolwiek w życiu, a jego własna refleksja: "Polska to dziki kraj", wydawała się ostatecznym pożegnaniem z tzw. służbą narodowi. Ewentualna kampania wyborcza nie byłaby dla eksministra miła. Opozycja będzie wyciągać migawki z gniewnej wypowiedzi na Florydzie. Zawistni koledzy z Platformy skrycie wyciągną znacznie więcej, ku uciesze bezwstydnych dziennikarzy. Krótko mówiąc: po co mu to?
Odpowiedzieć jest bardzo łatwo - właściwie nie ma innego wyjścia, jak kandydować ponownie. Prawdą jest, że ani komisja sejmowa, ani prokuratura nie objawiły Polakom przekonującego dowodu (nie mówiąc o liczbie mnogiej) winy ministra sportu w aferze hazardowej. Czyli właściwie bolesne doświadczenie i nic ponadto - ministra oskarżyli, ministra wywalili, ministrowi nie udowodnili, ministra przywrócili.
No właśnie, że nie "przywrócili". Pechowo dla byłego ministra zarzuty o wspomaganie lobbingu grupy biznesmenów podczas tworzenia ustawy o grach liczbowych nie były jedynymi wbitymi mu w plecy sztyletami, które padły. Coś tam jeszcze się pojawiło o bałaganie w resorcie, o atmosferze kolesiostwa, o współpracownikach, którzy już za młodu umieli smażyć konfitury. Zapewne można by dziesiątkom osób kierujących ministerstwami i publicznymi instytucjami stawiać podobne zarzuty, cóż, skoro padły akurat pod adresem Drzewieckiego.
Najbardziej jednak kłopotliwym zarzutem - nie sztyletem, lecz korkociągiem - była publicznie wyrażona przez premiera utrata zaufania do ministra. Nie każdemu w Platformie Obywatelskiej przytrafiło się takie szczęście, by skumplować się z Donaldem, nie każdy PO-wski baron bawił się z królem. W takich okolicznościach jednak utrata zaufania boli. Nie jest już tylko zdawkowa formuła dyplomatyczna, lecz deklaracja bólem podszyta.
Komisja śledcza nie przywróci niewinności Drzewieckiemu, bo jest na to za cienka. Prokuratura również nie cieszy się wystarczającym autorytetem. Raport przewodniczącego komisji (z PO!) można podważać jako "polityczny", a wnioski prokuratury uznać za efekt "niedowładu polskiego aparatu ścigania". Premier, owszem, mógłby - ale widząc, jak chwieje się gmach - zdawałoby się - pewnego poparcia dla Platformy, po prostu nie zwróci się do ministra z prośbą: "Wybacz, stary". Ostatnią szansą Mirosława Drzewieckiego są wyborcy. Ich pozytywny werdykt uniewinnił kiedyś Aleksandra Kwaśniewskiego, który jadąc na katyńskie groby... Nie, nie będę przypominał, wyborcy mu odpuścili.
@RY1@i02/2011/034/i02.2011.034.186.002b.001.jpg@RY2@
Jan Wróbel
Jan Wróbel
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu