Dziennik Gazeta Prawana logo

Demokracja nie sięga do marszałka

28 czerwca 2018

W Polsce po 1989 roku, mamy do czynienia z demokratycznym ustrojem państwowym, który jest określany, głównie przez polityków, mianem niedemokratycznego lub niespełniającego standardów demokracji. Takie podejście ludzi tworzących prawo i rzeczywistość polityczną dziwi.

Mamy wolną prasę, zagwarantowane prawa i wolności w konstytucji, możemy się zrzeszać, głosić swoje poglądy czy wreszcie dokonywać wyborów zgodnie z własnymi przekonaniami i sumieniem. Czy jednak w kontekście wyborów demokracja na pewno działa na 100 proc.? W tym obszarze można polemizować, zauważając kilka nieścisłości. Jeśli przyjmiemy założenie, że przejawem demokracji jest udział w wyborach zarówno po stronie czynnej, jak i biernej, to Polska nie jest do końca demokratycznym krajem. Każdy z nas (nie licząc wyjątków literalnie określonych w prawie) ma możliwość oddania głosu w wyborach - np. samorządowych. Wiemy, kto jest kandydatem na stanowisko wójta, prezydenta czy burmistrza. Wiemy, jaka formacja udziela poparcia danemu kandydatowi, i mamy wreszcie możliwość zapoznania się z dorobkiem czy programem, z którym kandydat staje w wyborcze szranki. Co jednak może począć obywatel, który zgodnie z prawem nie ma możliwości dokonania wyboru bezpośredniego? Tak jest ze stanowiskami marszałków województw, którzy nie są wybierani w wyborach samorządowych, a ich personalia znane są już po wyborczych grach politycznych z układaniem koalicji. Dlaczego prawo nie daje możliwości decydowania społeczeństwu, kto powinien zajmować tak ważne stanowisko w samorządzie? W większości to wyborcy, społeczeństwo, decydują o tym, kto zostanie wójtem, radnym, prezydentem czy burmistrzem. Ale w przypadku marszałków województw odmawia się takiego prawa społeczeństwu, choć radni sejmiku województwa są wybierani w wyborach samorządowych. Podobnie jest w Warszawie. Każdy może oddać głos w wyborach na kandydata na radnego czy prezydenta. Z uwagi jednak na dość skomplikowaną strukturę miasta wyborca nie ma możliwości oddania głosu na burmistrza własnej dzielnicy. A Warszawa składa się z dzielnic, z których każda jest wielkości dużego miasta. Liczą one po kilkadziesiąt, a nawet ponad 100 tysięcy mieszkańców. Swoją liczebnością i wielkością przewyższają takie miasta jak Ostrołęka czy Zielona Góra.

Dlaczego zatem ustawodawca odmówił mieszkańcom tych miast wchodzących w skład stolicy możliwości bezpośredniego wpływu na wybór gospodarza, jakim jest burmistrz? Czy wyobrazić sobie można dziś zaproponowanie mieszkańcom Ostrołęki, aby nie mieli wpływu na wybór własnego prezydenta? Paradoksów związanych z demokracją jest znacznie więcej. Zadać więc można następujące pytania: czy sankcjonowane prawem ograniczenia w wyborze własnego włodarza to emanacja demokratycznego podejścia do obywateli? Gdzie wiara w mądrość powszechnego wyboru? Prawo powinno nadążać za ludźmi, bo dla nich jest właśnie stanowione. Tak samo jest z samorządem - bo to my, mieszkańcy danej jednostki, stanowimy o tymże samorządzie.

@RY1@i02/2012/212/i02.2012.212.088000200.803.jpg@RY2@

Piotr Żołądkowski wykładowca w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Warszawie

Piotr Żołądkowski

wykładowca w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Warszawie

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.