Dziennik Gazeta Prawana logo

Diagnoza: kilometrówka. Nowe sejmowe schorzenie

28 czerwca 2018

Są takie momenty, kiedy pod presją mediów posłowie nie są w stanie zachować się przytomnie. Przeciwnie, nie ma takiej głupoty, której nie byliby w stanie popełnić, by udowodnić, że są skromni, szczególnie gdy są na celowniku fotoreportera tabloidu czy kamery telewizji newsowej. Świadkami tego jesteśmy obecnie.

Lekarstwem na prawdziwe i domniemane nadużycia przy rozliczeniu poselskich pieniędzy ma być wprowadzenie surowych zasad kontrolowania wydatków posłów. Z pozoru wydaje się to słuszne, ale jak wiemy nie od dziś, pozory mylą. Bo sytuacje takie jak madrycka wyprawa posłów PiS czy podnoszone wątpliwości wobec samochodowych rozliczeń marszałka Radosława Sikorskiego są przypadkami, gdzie Sejm i tak te pieniądze by wydał. Wydatki na poselskie auta używane do celów prywatnych są wliczane do około 12 tys. zł, które co miesiąc są wypłacane posłom na prowadzenie ich działalności: opłacanie biur, zatrudnianie pracowników, rachunki za telefony itp. Posłowie mają się z nich rozliczać, ale są one do ich dyspozycji. Z kolei wyprawa madrycka to przykład, gdzie Sejm zapłacił za podróż tyle, ile i tak zapłaciłby, kupując bilety lotnicze do Madrytu. Bo przecież posłowie, gdyby nie było takiej możliwości, polecieliby samolotem z biletami kupionymi przez Kancelarię Sejmu.

W tym momencie ważna uwaga. W tej opinii nie chodzi o kwestię prawdziwości czy nie oświadczeń w sprawach poselskich przejazdów, bo tym zajmują się prokuratura i media. Chodzi o reakcję polityków. Nie musi i nie powinno nią być znaczące zwiększenie restrykcyjności wewnętrznych uregulowań dotyczących rozliczeń w Sejmie.

Jeśli teraz 460 posłów i 100 senatorów będzie się miało rozliczać co miesiąc z przejechanych kilometrów, kosztów zakupu benzyny czy opłat na autostradach, to zaraz się okaże, że kancelarie Sejmu i Senatu będą musiały zatrudnić dodatkowych pracowników do obsługi posłów. A może nawet od czasu do czasu zlecać firmom detektywistycznym śledzenie posłów i senatorów, by sprawdzić, czy aby na pewno to oni wzięli fakturę. Przecież, powie rygorysta, skoro posłowie byli w stanie polecieć tanimi liniami, zamiast jechać samochodem, by dostać ryczałt za bilet, to skąd mamy mieć pewność, że faktura była wzięta na pewno na dane auto i było ono używane przez posła.

Ale pieniądze wydawane na te cele są w stu procentach policzalne i zapisane w budżecie Kancelarii Sejmu. Nie można ich wydać więcej, a propozycje surowszej kontroli spowodują, że trzeba będzie dopisać dodatkowe 80 czy 120 tys. zł na kontrolerów w innym miejscu budżetu kancelarii Sejmu czy Senatu. To niezbyt mądre rozwiązanie. Są przypadki, jak ten, gdy najsurowsza kontrola nie zastąpi uczciwości, a jej wprowadzenie nie naprawi systemu, tylko go podroży.

Natomiast jeśli chodzi o pieniądze, które trafiają do posłów, to problem leży zupełnie gdzie indziej. Oni i powiązani z ich wynagrodzeniami członkowie, tzw. erki, czyli osoby zajmujące kierownicze funkcje w państwie, po prostu za mało zarabiają. Wiem, że wiele osób zapyta - jak to? Dlatego najpierw o faktach. Obecnie uposażenie poselskie wynosi 9892,30 zł brutto, do czego dochodzi dieta w wysokości 2473 zł. Jest ona w większej części zwolniona z podatku. W efekcie poseł na ręką dostaje nieco ponad 9 tys. zł. Wynagrodzenia posłów w zasadzie nie zmieniły się od 2002 r. Dla porównania przeciętna pensja wzrosła w tym czasie o 60 proc. - z 2600 zł do 4300 zł. Czyli w 2002 r. pensja parlamentarzysty stanowiła 4,6 średniej krajowej, a obecnie 2,6 średniej krajowej. Podwyżek nie było, bo każda była blokowana z obawy o reakcję mediów i opinii publicznej. Ale nie chodzi tylko o posłów. Na przykład samo uposażenie posła, bez diety, jest równe wynagrodzeniu podsekretarza stanu, uposażenie sekretarza stanu jest niewiele wyższe, wynosi około 10,7 tys. zł. Podsekretarze i sekretarze stanu to osoby mające olbrzymi wpływ na to, czy poszczególne resorty pracują sprawnie i czy rząd działa dobrze jako całość.

Jest takie powiedzenie, że biednych nie stać na tanie rzeczy. Może powinniśmy wziąć pod uwagę, że nie stać nas na tanich posłów czy ministrów. Można wysunąć pogląd, że ryzykowne jest płacenie niskich kwot osobom, które decydują o miliardach złotych podatników. Decydują, zmieniając prawo, wydając decyzje administracyjne czy zarządzając państwowym majątkiem. W filmie "Armagedon" jest scena, gdy jeden z kosmonautów, wskazując na statek kosmiczny, mówi: "On składa się z dziesiątków tysięcy części, awaria każdej z nich grozi nam śmiercią, a przetarg na budowę wygrał producent, który zdecydował się to zrobić najtaniej". Nie wiem, czy państwo kierowane przez tanich posłów i ministrów nie przypomina takiego statku.

Jeśli 460 posłów i 100 senatorów będzie się miało rozliczać co miesiąc z przejechanych kilometrów, to kancelarie Sejmu i Senatu będą musiały zatrudnić dodatkowych pracowników

@RY1@i02/2014/245/i02.2014.245.000001400.803.jpg@RY2@

Grzegorz Osiecki dziennikarz działu Dziennik

Grzegorz Osiecki

dziennikarz działu Dziennik

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.