Dziennik Gazeta Prawana logo

W tych wyborach żadna partia nie musiała walczyć o życie

29 czerwca 2018

Flis: Po odejściu Tuska zarówno PO, jak i PiS na nowo odnajdują się w rzeczywistości i każda z partii jest na rozdrożu

Czy to były wybory samorządowe, czy raczej przygrywka do wyborów prezydenckich i parlamentarnych? Kampanię zdominowały pojedynki na poziomie ogólnokrajowym.

Na pewno w skali ogólnokrajowej nadały jej ton wydarzenia bieżące. To, że pojawiała się premier Kopacz, która weszła w kampanię. Przy okazji zagrała zgraną antypartyjną kartą, co było widać w spocie. Można zapytać, po co PO w takim razie wystawiała kandydatów. Z drugiej strony PiS jest w konfuzji przez aferę madrycką. Przy okazji potknięcia PSL spowodowały, że stał się chłopcem do bicia dla SLD i PiS, które chciały osłabić tę partię w najważniejszych dla niej wyborach.

Co wyróżniało tę kampanię w porównaniu z poprzednimi?

Pojawiły się dwie tendencje, które wcześniej nie występowały razem. Z jednej strony nie było widać ogólnopolskiego faworyta tych wyborów, ale z drugiej strony nikt nie walczył o życie. Po odejściu Tuska zarówno PO, jak i PiS na nowo odnajdują się w rzeczywistości i każda z nich jest na rozdrożu. PO udało się odbić od dna po aferze podsłuchowej w wakacje, z kolei PiS jest na huśtawce, idzie do przodu i nagle coś mu się zawala. Te wybory są bardzo ważne dla PSL i SLD, bo one będą decydowały o podejściu do wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Zobaczyliśmy także, że partie w dużych miastach pogodziły się z siłą prezydentów i w zasadzie nie próbowały z nimi walczyć. Doszło nawet do tego, że w takim mieście jak Kraków SLD nie wystawił własnej listy.

A propos prezydentów w dużych miastach, mimo tego upartyjnienia na poziomie ogólnokrajowym widać, że partie boją się schodzić niżej pod własnym szyldem.

Na pewno taka tendencja istnieje. Wynika z kilku przyczyn. Z jednej strony z niechęci do partii odziedziczonej po PRL-u, z drugiej obecne ugrupowania się do tego dołożyły. Ich standardy działania są dość żałosne, do tego dochodzi przewaga urzędujących wójtów i burmistrzów oraz narracja samorządności jako czegoś przeciwnego do polityki na poziomie krajowym. Łącznie to stworzyło miksturę powodującą, że partie lokalnie mają bardzo ciężko, dlatego zrezygnowały już z prób działania na każdym szczeblu samorządu pod własnym szyldem. Żeby to zmienić, musiałyby się zmienić wewnętrznie, a na to nie mają ochoty.

Ta siła wójtów i burmistrzów, którzy są w większości wybierani kolejny raz, powoduje, że nasiliły się postulaty ograniczenia liczby kadencji lokalnych włodarzy do dwóch. To wyraz dostrzegania faktycznego problemu czy bezsilności partii?

Diagnoza jest prawidłowa, ale lekarstwo nieskuteczne i będzie miało duże skutki uboczne. Oczywiście urzędujący prezydenci czy burmistrzowie mają przewagę i dobrze, że zostało to dostrzeżone. Włodarze w odróżnieniu od prezydenta państwa, który ma takie ograniczenie, nie mają dożywotnich emerytur i miejsca w historii, za to mają zastępców. To może prowadzić do fikcji oraz powtarzania w warunkach lokalnych układu Putin-Miedwiediew. Jeśli samorządowcy nauczyli się grać kartą bezpartyjności, to nauczą się grać w duetach. Z drugiej strony może to prowadzić do sytuacji, gdy w drugiej kadencji będzie rządziła osoba, dla której priorytetem będzie zapewnienie sobie miękkiego lądowania po zakończeniu kadencji. Nie chciałbym być rządzony przez taki samorząd.

Jest na to jakaś recepta?

Po pierwsze podnieść poprzeczkę urzędującym włodarzom. To znaczy połączyć wybory z referendum o ich odwołanie, tak by skończyć z fikcją, że urzędujący prezydent jest takim samym kandydatem jak inni. Wyborca oddawałby w takim przypadku głos dwukrotnie: najpierw, czy jest za tym, by obecny prezydent rządził ponownie, a następnie wskazywał swojego kandydata. To by oznaczało, że gdyby przeciwko rządom dotychczasowego włodarza wypowiedziała się ponad połowa wyborców, to w drugiej turze starliby się jego kontrkandydaci z najlepszym wynikiem. Druga metoda znana ze Szwecji i z Wielkiej Brytanii to by cała opozycja po wyborach wybierała swojego rzecznika, który by ją formalnie reprezentował. Więc nie byłoby już problemu, że gdy są dożynki lub przecinanie wstęgi, widać tylko urzędującego burmistrza, który w momencie wyborów nie ma realnego kontrkandydata.

@RY1@i02/2014/222/i02.2014.222.00000030a.802.jpg@RY2@

GUZIK PIOTR/Fotorzepa/FORUM

Dr Jarosław Flis, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego

Rozmawiał Grzegorz Osiecki

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.