Ostatnia prosta do samorządu. Kandydaci walczą o wyborców
Rozmowa z dr Martą Żerkowską-Balas, socjologiem ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej
Do wyborów zostało kilka dni. Czy w tym czasie można jeszcze zachęcić mieszkańców do głosowania?
Tak, choć wielu wyborców, którzy zdecydowali, że pójdą do urn, już i tak wie, na kogo będzie głosować. Ale na tzw. ostatniej prostej ważny jest bezpośredni kontakt z mieszkańcami. Dlatego kandydaci spotykają się z nimi w różnych okolicznościach. Może to być na lokalnym bazarze, w szkole, nawet podczas spaceru miejskim deptakiem albo wizyty w ciekawym z punktu widzenia gminy gospodarstwie. Pojawianie się kandydatów, zwłaszcza w tym ostatnim czasie przedwyborczym jest chyba ważniejsze niż wiszące od pewnego czasu plakaty. Badania Polskiego Generalnego Studium Wyborczego potwierdzają, że osoby, które w czasie kampanii kontaktowały się z kandydatem lub przedstawicielem partii politycznej, są bardziej skłonne do głosowania, choć przede wszystkim liczy się ogólna ocena kandydata bądź ugrupowania.
Czy w wyborach samorządowych głosujemy rozumem?
Na początku warto zaznaczyć, że w moich badaniach nie chodziło o racjonalność w potocznym tego słowa znaczeniu, ale o racjonalność ekonomiczną: kalkulację kosztów i korzyści płynących z głosowania. Racjonalna kalkulacja na pewno przekłada się na frekwencję. Zwłaszcza w wyborach samorządowych. Bo w nich postrzega się, że własny głos ma większe znaczenie, większy wpływ i daje korzyści wynikające z głosowania. Mniejsze są też koszty zdobycia informacji niezbędnych do głosowania, bowiem decyzje podejmowane przez bezpośrednio wybranych przekładają się na sprawy dotyczące mieszkańców, a kandydaci często są wyborcom znani.
A jak jest z frekwencją? Czy można ją podnieść w ostatniej chwili?
Można liczyć na spektakularne lokalne akcje bądź krajową agitację zachęcającą do brania sprawy w swoje, lokalne ręce. Ale frekwencja wyborcza w wyborach samorządowych jest mniej podatna na różne zawirowania niż ta w wyborach parlamentarnych. Od lat utrzymuje się na poziomie ok. 45 proc. Tak też prognozujemy w tym roku.
Można tę frekwencję zwiększyć?
Na pewno można, ale najważniejsza jest w tym przypadku edukacja. Już w szkole powinny odbywać się różne głosowania, plebiscyty pokazujące dzieciom, a potem młodzieży, że mają wpływ na to, co się wokół nich dzieje. Nauką demokracji, nawet na tym najniższym szczeblu, są debaty dotyczące nawet drobnych spraw. Uczymy w nich, że "mój głos ma znaczenie". Młody człowiek, który będzie miał takie przekonanie, do wyborów poważnych pójdzie. Ale dzisiaj, na ostatnią chwilę, musimy posiłkować się akcjami doraźnymi. Kandydat rozda jabłka, przyjdzie do koła gospodyń wiejskich albo otworzy nową linię komunikacyjną.
@RY1@i02/2014/219/i02.2014.219.08800070a.802.jpg@RY2@
dr Marta Żerkowska-Balas socjolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej
Rozmawiała Monika Górecka-Czuryłło
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu