Barber szarlatan. A może wizjoner
Na poziomie lokalnym da się łatwiej wyrwać z politycznego klinczu, który paraliżuje centrum
Z Andrzejem K. Koźmińskim rozmawia Rafał Woś
Postanowiłem sprawdzić, co nowego pan czyta.
Duże wrażenie zrobiła na mnie książka Benjamina Barbera "Gdyby burmistrzowie rządzili światem". Rzecz jest na czasie z powodu zbliżających się wyborów samorządowych.
Proszę powiedzieć, co pana w niej urzekło. A wtedy ja powiem, co mnie się w niej nie podobało.
Barber pisze o podstawowym problemie współczesnej polityki. O zablokowanych państwach, które nie są w stanie rozwiązać problemów swoich obywateli - od nierówności po terroryzm. USA to doskonały przykład: demokraci głosują przeciwko wszystkiemu, co proponują republikanie. I vice versa. Ale w Polsce jest podobnie. Polaryzacja sceny politycznej oznacza niezdolność do kooperacji.
A Barber mówi, że to dziecinada, bo liczą się tylko miasta.
Jego zdaniem. Byłem niedawno w Szczecinie i zachwyciłem się wspaniałym gmachem filharmonii wzniesionym według niesłychanie awangardowego projektu. Ta instytucja z jednej strony określa kulturową tożsamość Szczecina, ale z drugiej mocno współpracuje ze sceną muzyczną położonego niedaleko Berlina. To pomysł, którego nie dałoby się pewnie z tym rozmachem zrealizować jako projektu państwowego. Bo gdyby wymyślił go PiS, natychmiast zostałby oskarżony o nacjonalizm. A gdyby z taką propozycją wyszła Platforma, to zaraz pojawiłby się zarzut kosmopolityzmu. Ale Szczecinowi się udało, bo tam nie ma aż tak wielkiego poziomu politycznego zwaśnienia.
A mnie się wizja Barbera nie podoba. Bo boję się, że tam, gdzie nie ma sporu, tam nie ma prawdziwej demokracji.
Ależ spór jest. Tyle że on dotyczy konkretnych rzeczy: w jaki sposób rozwiązać zagadnienia komunikacyjne, w jakim zakresie popierać sport, jaki powinien być model służby zdrowia. Na szczeblu lokalnym nikogo nie interesuje nonsensowna ideologia, która zatruwa umysły politykom.
Doświadczenie uczy jednak, że odcięcie się od ideologii zazwyczaj kończy się technokracją.
A mnie się właśnie to podoba. Może dlatego że jestem człowiekiem głęboko antyideologicznym. Nie mam też nic przeciwko rozwiązaniom elitarystycznym.
A nie boi się pan, że idąc tropem Barbera, stworzymy z miast potworki. Już dziś metropolie są w porównaniu z prowincją uprzywilejowane. Bo to do nich trafia cały kapitał finansowy i intelektualny. Jeśli jeszcze będziemy miasta i burmistrzów w tym utwierdzać, to zbudujemy przekonanie, że oni są świetni i prężni, bo wszystko zawdzięczają sobie.
Ja to widzę zupełnie inaczej. Podobają mi się pomysły popularyzowane kilka lat temu przez amerykańskiego socjologa Richarda Floridę. On dowodził, że nie jest przypadkiem, iż to właśnie w miastach urodziły się najważniejsze dla rozwoju cywilizacji pomysły.
Pewnie tak jest. Ale co z prowincją? Czy koncentracja na metropoliach nie dobije ich już kompletnie?
Prowincja też ma swoje atuty, które powinna wykorzystać. Przyroda, zabytki, bogactwa naturalne. I to też zależy od lokalnych władz. Na szczęście od nich, a nie zideologizowanych polityków centralnych.
@RY1@i02/2014/217/i02.2014.217.00000230a.802.jpg@RY2@
Andrzej K. Koźmiński ekonomista, specjalista w dziedzinie zarządzania. Wieloletni prezydent Akademii Leona Koźmińskiego, noszącej imię jego ojca, również cenionego ekonomisty
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu