Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Książę mazowiecki

2 lipca 2018

Na Mazowszu, zwłaszcza w Płocku i okolicach, Adam Struzik ma pozycję niemal celebryty. - Wie pan, jakie jest poruszenie, gdy odwiedza z żoną galerię handlową - pyta jeden z posłów. Teraz marszałek Struzik spróbuje sił w Brukseli. Woli odejść jako budowniczy niż jako kat Mazowsza?

Czy era niepodzielnych rządów marszałka Adama Struzika na Mazowszu dobiega końca? Po 13 latach urzędowania najbardziej kontrowersyjny samorządowiec wystartuje w wyborach do europarlamentu. Opozycja grzmi: Struzik ucieka przed Janosikiem. Bo jeśli wyjedzie do Brukseli, zostawi Mazowsze w krytycznym momencie: z półtoramiliardowym długiem, ledwie spinające budżet i z widmem finansowej plajty. Jeśli wyjedzie, straci wpływ na przebieg walki o nowy system janosikowego. Walki, którą sam zaczął. I właśnie dlatego równie prawdopodobne jest, że Struzik nie zamierza opuścić fotela marszałka. A jego rolą - tak jak w 2007 i 2011 r. - jest bycie wyłącznie lokomotywą wyborczą PSL, która zagwarantuje dobry wynik ludowców w ich mateczniku.

Budowniczy czy kat

Adam Struzik ma wystartować z trzeciego miejsca na Mazowszu. - Intencją było to, by lista wyborcza była mocna - mówi rzecznik PSL Krzysztof Kosiński. "Jedynką" będzie doświadczony w brukselskich sprawach Jarosław Kalinowski (europoseł od 2009 r.), "dwójką" członek zarządu województwa mazowieckiego Janina Orzełowska. Można więc uznać, że w naturalny sposób Struzik znalazł się na wysokim trzecim miejscu. Ale jego wpływ na listy wyborcze PSL był o wiele większy. - To ja jestem autorem listy - przyznaje w rozmowie z DGP.

- Pozycja pana marszałka w naszym ugrupowaniu jest niepodważalna - przyznaje Kosiński. PSL-owcy wiedzą, że Struzik na Mazowszu, a zwłaszcza w Płocku i okolicach, ma niemalże status celebryty. - Wie pan, jakie poruszenie jest, gdy z żoną odwiedza galerię handlową? - uśmiecha się jeden z posłów. Fakt, że "książę Mazowsza" ma samorządowy życiorys, sprzyja budowaniu pozycji w regionie. Otarł się też o wielką politykę, ale wrócił w teren. Powołanie? Być może. Ale w dużej mierze także zbieg zdarzeń i okoliczności.

W latach 1984-1988 Struzik jest radnym gminy Nowy Duninów, potem do 1990 r. zasiada w Radzie Miasta i Gminy Gąbin. Nie porzuca pracy - jest dyrektorem Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Płocku. Na początku lat 90. dostaje się do Senatu i w 1993 r. zostaje marszałkiem. Jak twierdzi, nie chciał odcinać się kompletnie od samorządowych spraw i dlatego w 1994 r., będąc marszałkiem Senatu, wystartował w wyborach do rady Gąbina (wówczas mandaty można było łączyć). Wygrał różnicą zaledwie dwudziestu paru głosów.

Kluczowy dla jego dalszych politycznych losów okazał się 2001 r., gdy bez powodzenia ubiegał się o reelekcję w Senacie. - Tak się złożyło, że odchodził ówczesny marszałek województwa mazowieckiego Zbigniew Kuźmiuk. I tu Struzik dostrzegł swoją szansę - opowiada jeden z naszych rozmówców. Ponoć dopiero z czasem przekonał się do nowej roli. Ale słabość do wielkiej polityki mu została. W 2007 r. uzyskał mandat poselski, jednak zdecydował się pozostać na Mazowszu. Posłem chciał zostać jeszcze w 2011 r., ale bez powodzenia. Wiele osób z jego otoczenia sądzi, że jego kandydowanie było tylko elementem taktyki wyborczej ludowców. Wiedzieli, że Struzik woli budować swoją pozycję w regionie, ale startując, przynajmniej zagwarantuje większą liczbę głosów oddanych na listę wyborczą. Teraz marszałek skierował wzrok w stronę Brukseli i nie jest wykluczone, że historia się powtórzy.

Choć nawet nie wiadomo, czy zostanie wybrany na europosła, a nawet czy tego chce, już sama informacja o jego obecności na liście PSL budzi kontrowersje. W końcu to Adam Struzik, postawiony pod finansową ścianą, wypowiedział wojnę Janosikowi. Mazowsze, zmagające się z własnymi problemami wywołanymi m.in. spadkiem wpływów z CIT, nie jest już w stanie przeznaczać części swoich dochodów na rzecz innych województw w ramach systemu subwencji regionalnej. By wpłacać kolejne raty, samo musi się zapożyczać, a potem oddawać wraz z odsetkami. Przez ostatnie miesiące walka o zmiany w janosikowym była głównym zajęciem marszałka. Niemal na każdej konferencji powtarzał: "Nie płacę, bo nie mam z czego", podkreślał patologie systemu. Po części dopiął swego - premier Donald Tusk zapowiedział zmiany w janosikowym do 2015 r. Sęk w tym, że już raz Sejm pracował nad odpowiednimi zmianami w przepisach, które odciążyłyby Mazowsze, ale skończyło się na niczym. Nie wiadomo więc, czym konkretnie zakończą się obecne prace w sejmowej podkomisji. Wpłynąć na nie może orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, który 4 marca rozpatrzy złożony już kilka lat temu wniosek Mazowsza w sprawie janosikowego. Jeśli Struzik w maju mimo wszystko zdecyduje się zostać europosłem, nie będzie w stanie wywierać już takich nacisków i pilnować, by wszystko poszło zgodnie z planem. Niektórzy traktują taką ewentualność niczym dezercję z pola bitwy. - Pan marszałek jest zmęczony Mazowszem. Problemy, które narastają w województwie, spadną na kolejny zarząd. Woli więc odejść jako budowniczy Mazowsza niż jego kat - uważa Grzegorz Pietruczuk, przewodniczący klubu radnych SLD w sejmiku województwa. W taki scenariusz nie wierzy Rafał Szczepański, który jako pełnomocnik inicjatywy Stop Janosikowe ma okazję często współpracować z marszałkiem. - Strategia jest raczej taka, by mocni liderzy pociągnęli listę. Bo niby po co ta cała dyskusja nad ewentualną kandydaturą Pawlaka czy Piechocińskiego? Zadaniem marszałka jest pociągnięcie tej listy - uważa Szczepański.

Sam Struzik unika jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o swoje plany. - Fakt, że startuję, wynika z tego, że mam zobowiązania nie tylko wobec regionu, ale i wobec partii. A szansa dostania się do Parlamentu Europejskiego jest naprawdę mała. Ale nie wykluczam, że pojadę do Brukseli - przyznaje. Odpiera zarzuty, że brukselska emigracja będzie równoznaczna z ucieczką przed problemami, z jakimi zmaga się Mazowsze. - Wierzę, że do czasu eurowyborów sprawa się wyjaśni - mówi marszałek.

Jemu wolno więcej

Wszyscy moi rozmówcy są zgodni, że pozycja Struzika, zarówno na scenie samorządowej, jak i w partii, jest mocna. - Znam go z konwentów marszałków. Zawsze przygotowany, kompetentny i pewny siebie - opowiada marszałek województwa lubuskiego Elżbieta Polak. Tak dobre oceny ze strony innych samorządowców mogą być przejawem zwykłej sympatii, ale niewykluczone, że to także dyplomatyczne zagranie. Bo gra o janosikowe trwa.

Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że Struzik będzie miał wokół siebie samych wrogów. Poinformował wówczas, że w 2014 r. nie wypłaci janosikowego w pełnej wysokości (400 mln zł zamiast planowanych 646 mln zł). Do zmian systemu namawiał Sejm, który nieomal przyjął zmiany w przepisach zgodnie z jego propozycjami. W ostatniej chwili - po buncie pozostałych marszałków województw - zdecydowano, że zamiast mniejszego janosikowego Mazowsze otrzyma pożyczkę na wpłatę pełnej kwoty subwencji, dzięki czemu inne województwa nie stracą. Problem w tym, że pożyczając 246 mln zł, Mazowsze w ciągu 20 lat będzie musiało spłacić 100 mln zł odsetek.

Nie o to chodziło Struzikowi. On wolałby po prostu umorzenia części obowiązkowej subwencji regionalnej niż pożyczkę, którą w jednej z wcześniejszych rozmów z DGP nazwał lichwą. W walce o swoje grał bezpardonowo. Wytykał swoim kolegom stawianie nowych siedzib za grube miliony, podczas gdy on jako jedyny nie ma swojego budynku. Wskazywał, że jego urząd jest jednym z najtańszych w Polsce pod kątem wydatków na jego funkcjonowanie ponoszonych rocznie przez jednego podatnika. - Chyba poczuł się trochę zostawiony na lodzie. Teraz chodzi mu tylko o to, by jakoś przetrwać ten rok, do czasu gdy rząd wypracuje docelowe rozwiązania w janosikowym - mówi jeden z naszych rozmówców z otoczenia marszałka. Mimo wszystko wciąż nie można w żaden sposób powiedzieć, że Struzik jest spalony w swoim środowisku. - Marszałek, tak jak my, walczy o swoje i nie winię go za to. Nikt nie lubi, gdy zabiera mu się pieniądze - tłumaczy Polak.

Podobnie sprawę widzi sam zainteresowany. - Inni marszałkowie rozumieją mój problem, ale nie są w stanie publicznie się do tego przyznać - uważa. Dodaje, że nie przekroczył granicy, jeśli chodzi o wytykanie grzeszków innym samorządowcom. Nie może się jednak powstrzymać przed wbiciem kolejnej szpili: - W ostatnich 10 latach Mazowsze przekazało 6,4 mld zł na rozwój innych regionów - mówi.

Członkowie PSL o marszałku wypowiadają się w samych superlatywach. Wiedzą, że doświadczenie samorządowe ugruntowało jego pozycję w regionie i zapewniło znajomości. Zdaniem niektórych nieco celebrycki styl bycia (marszałek chętnie pokazuje się w mediach, występuje osobiście w kampaniach informacyjnych - np. w ostatnim spocie telewizyjnym tłumaczy, jak segregować zużyte baterie i akumulatory) gwarantuje rozpoznawalność. Choć mówi się, że Struzik jest bardziej człowiekiem Pawlaka niż Piechocińskiego, obecny szef ludowców czuje chłodny, wykalkulowany respekt wobec marszałka. - Janusz nie zaprosił go do ścisłego kierownictwa partii, jest raczej zainteresowany utrzymywaniem status quo w kontaktach ze Struzikiem - twierdzi nasze źródło w PSL. Dodaje, że większa zażyłość z Waldemarem Pawlakiem wynika z tego, że obaj swoją polityczną drogę zaczęli niemal z tego samego miejsca - z pogranicza powiatu gostynińskiego i płockiego. Ze swoimi sympatiami Adam Struzik się nie kryje. Przed słynnym już kongresem PSL, na którym wybierano nowego szefa partii, jako jeden z nielicznych delegatów publicznie opowiedział się za kandydaturą Pawlaka. Ale ku zaskoczeniu sporej części ludowców wygrał Piechociński. - Szanuję Janusza i zamierzam w tej łódce wiosłować w tym samym kierunku. Nie musimy się kochać - mówi marszałek. Nie czuje też urazy z powodu tego, że nie znalazł się w ścisłym kierownictwie. Na razie wystarczy mu stanowisko wiceprzewodniczącego rady naczelnej PSL. Ale w rozmowie z nim trudno nie odnieść wrażenia, że jego ambicje sięgają dużo wyżej. - Jeśli stronnictwo będzie chciało wybrać mnie na prezesa partii, nie odmówię. Ale też nie dążę do tego. Ciężko pełnić tę funkcję, nie będąc posłem - stwierdza dość asekuracyjnie Struzik.

Dawne sojusze dziś okazują się przydatne w Sejmie. Marszałek może liczyć na dużą przychylność ze strony posła Piotra Zgorzelskiego (PSL), szefa komisji samorządu terytorialnego - najważniejszej komisji z punktu widzenia każdego lokalnego włodarza. Polityczna współpraca obu panów zaczęła się kilkanaście lat temu, gdy Zgorzelski był wicewójtem gminy Bielsk. W 2003 r. Struzik powierzył mu funkcję dyrektora delegatury urzędu marszałkowskiego w Płocku. Potem marszałek otwarcie go wspierał przy ubieganiu się o kolejne stanowiska - najpierw starosty płockiego, następnie posła. Dlatego dziś nikogo nie dziwi, gdy Zgorzelski tak zażarcie broni Struzika podczas sejmowych debat. - Niektóre krajowe media krytykują marszałka za to, co robi dla Płocka, ale lokalne media wywodzące się stamtąd nie wspomną już ani słowem o tych zasługach - irytuje się poseł. Przyznaje, że ze Struzikiem łączy go wieloletnia przyjaźń. - Zawsze staję po jego stronie - mówi.

Płocki desant

Marszałek stara się utrzymywać dość bliskie relacje z ludźmi związanymi z regionem płockim. - Nie jest hipokrytą. W przeciwieństwie do wielu innych polityków robi swoje i nie udaje dziewicy - mówi Rafał Szczepański z inicjatywy Stop Janosikowe. - Jest bardzo pragmatyczny w sojuszach, jeśli raz z kimś przybije piątkę, można mieć pewność, że nie zdradzi - dodaje.

Za jego prawą rękę w województwie uchodzi sekretarz urzędu marszałkowskiego Waldemar Kuliński. Rzecz jasna, związany z Płockiem - w latach 70. był pracownikiem Mazowieckich Zakładów Rafineryjnych i Petrochemicznych. W latach 1977-1998 pracował w Urzędzie Wojewódzkim w Płocku, gdzie przez dziewięć lat pełnił funkcję dyrektora generalnego urzędu. W urzędzie marszałkowskim pojawił się w 1999 r. Dziś jest też najbardziej zaufanym człowiekiem Struzika. - To prawdziwa szara eminencja. Zarządza urzędem, bez jego wiedzy nic się nie stanie. W przeciwieństwie do marszałka chętnie się spotyka z ludźmi. Bardzo wiele osób, zamiast do Struzika, woli pójść załatwić sprawę u Kulińskiego - opowiada nasz rozmówca. - On ten urząd tworzył - przyznaje Adam Struzik.

O samym Kulińskim krążą różne historie. - Ponoć ma taki notatnik, gdzie przy każdym pracowniku jest kropka. Każda innego koloru w zależności od upodobań i przynależności partyjnych - mówi nasze źródło. Gdy pytamy o to marszałka, ten wybucha śmiechem. - On nie musi stawiać kropek, wszystko ma w głowie - mówi.

Struzik, choć od wielu lat związany zawodowo z Warszawą, nie zapomniał o swoim mateczniku. W dużej mierze to dzięki niemu Płock jest jednym z najlepiej prosperujących miast w regionie, i to nie tylko z powodu obecności rafinerii PKN Orlen. Chętnie osobiście otwiera kolejne inwestycje w swoim okręgu wyborczym. Kilka lat temu doszło nawet do spięcia wśród płockich samorządowców w sprawie drogi pełniącej funkcję obwodnicy Płocka. Najpierw drogę uroczyście otworzyli przedstawiciele PO, gdy marszałek był w Brukseli. Gdy marszałek się o tym dowiedział, zirytował się i po powrocie zorganizował kolejne otwarcie inwestycji, z dużo większą pompą. - Zdenerwował mnie ten falstart. Nie lubię przecinać wstęg, ale nie lubię też przypisywania sobie czyichś zasług - tłumaczy Struzik i dodaje, że droga została wybudowana z budżetu województwa, a nie budżetu lokalnego.

Od wielu miesięcy marszałek lobbował za połączeniem kolejowym lotniska Modlin z miastem. Złośliwi dopatrywali się analogii ze sprawą stacji kolejowej we Włoszczowej, której "załatwienie" przypisywano posłowi PiS Przemysławowi Gosiewskiemu. Ale Struzik zaznacza, że nie jest to kwestia "chciejstwa", tylko racjonalne działanie ekonomiczne, bo w Płocku produkowane jest m.in. paliwo lotnicze. Poza tym jest drugim co do wielkości ośrodkiem na Mazowszu. Efekt? Linia kolejowa Modlin - Płock właśnie znalazła się w Krajowej Strategii Rozwoju Transportu - dokumencie wyznaczającym priorytety inwestycyjne kraju do 2020 r.

- Urząd marszałkowski pompuje do Płocka straszne pieniądze. Różnica rozwojowa między Płockiem a np. Siedlcami wynosi, na moje oko, jakieś 15 lat - mówi radny SLD Grzegorz Pietruczuk. Marszałka broni jego rzeczniczka Marta Milewska. - Żaden region nie jest faworyzowany - podkreśla. - To nie marszałek przyznaje dotacje, ale zarząd województwa, w którego składzie jest 5 osób. W przypadku środków unijnych o punktacji decydują niezależni eksperci. Więc liczba projektów, którym przyznano dotację, zależy najpierw od tego, ile wniosków złożą beneficjenci z danego regionu, a przede wszystkim od jakości tych wniosków - dodaje Milewska. Jako dowód przytacza liczby - na koniec 2013 r. kwota dofinansowania dla subregionu płockiego wyniosła 678,8 mln zł. Więcej otrzymał subregion radomski (728 mln), ostrołęcki (ponad 700 mln) i siedlecki (697 mln). - Zarzuty, że faworyzuję Płock, to bardzo dobre przyprawianie gęby - komentuje Struzik. - To co, mam nienawidzić to miasto? - pyta wyraźnie poirytowany.

Szczególnymi względami marszałka cieszą się dyrektorzy szpitali. W końcu sam w latach 90. był jednym z nich. - Może dlatego lepiej rozumiem ich problemy - zastanawia się Struzik. Dwa lata temu głośno było o radomskim szpitalu psychiatrycznym, w którym miało dojść do gwałtu na jednym z podopiecznych. Placówką od 2010 r. kieruje Włodzimierz Guzowski, inżynier rolnictwa należący do PSL. Urząd marszałkowski, który jest organem założycielskim szpitala, wysłał kontrolerów. Większych uchybień w pracy szpitala jednak nie stwierdzono, a jego dyrektor uniknął konsekwencji. "Swój kontroluje swego" - grzmiały gazety, a temat ucichł równie szybko, co wypłynął.

Sporo kontrowersji wzbudziła decyzja marszałka Struzika z września ubiegłego roku o przyznaniu 350 tys. zł premii dla 11 dyrektorów placówek służby zdrowia. Wątpliwości budziła nie tyle kwota, ile okoliczności, w jakich ją przyznano. Dług mazowieckich szpitali szacuje się na 0,5 mld zł. Urzędnicy tłumaczyli, że marszałek zgodził się na wypłaty tam, gdzie o nagrody wnioskowały rady społeczne. - W szpitalach obowiązuje ustawa kominowa. Menedżerowie nie mają prawa do premii, a odpowiadają za ogromne budżety. To ciężka praca, kolejne osoby rezygnują i za chwilę dyrektorów będziemy brali z łapanki - dodaje marszałek. Ale atmosferę wokół szpitali w ostatnim czasie podgrzewa sam urząd marszałkowski. Poinformował, że nadwykonania za 2013 r. (leczenie pacjentów po wyczerpaniu środków przyznanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia) 24 placówek zdrowotnych podległych marszałkowi szacowane są wstępnie na 120 mln zł.

Struzikowe prawie jak janosikowe

Kiedyś Struzika obdarzono przydomkiem "książę Mazowsza", dziś mówi się o nim "ten od janosikowego". Ale bezustanne nagłaśnianie patologii systemu subwencji wyrównawczej przez sam urząd nie przekonuje najzagorzalszych przeciwników marszałka. Twierdzą, że problemy finansowe Mazowsza wynikają nie tylko z janosikowego, ale w dużej mierze ze "struzikowego". - Marszałek ma zamiłowanie do luksusu. Na serwisowanie ekspresów do kawy urząd rocznie wydaje 25 tys. zł. On lubi taki trochę blichtr i przepych, uwielbia podróżować. Przez ostatnie lata na delegacje jego i zarządu przeznaczono ok. 4 mln zł - wypomina Grzegorz Pietruczuk.

Znów dzięki mediom słynne na całą Polskę stały się samochody służbowe, na których mycie w latach 2007-2011 przeznaczono 343 tys. zł. Wygląda na to, że marszałek przywiązuje sporo uwagi do tego, jak wyglądają jego cztery kółka. Osoby z jego otoczenia żartują, że większość swojej kadencji spędza w samochodzie. - Bywa tak, że rano jedzie z Płocka do urzędu w Warszawie, w południe jedzie w teren, by otworzyć jakąś inwestycję czy wziąć udział w konferencji, a potem znów wraca do Warszawy na wieczór, np. na jakiś koncert czy inne wydarzenie. Łatwiej jest dodzwonić się do samochodu niż na biurko marszałka - twierdzi nasz rozmówca.

Wyliczeń i podsumowań rządów Struzika było dużo więcej. Na początek, wypominane przez właściwie wszystkich, tempo zadłużania się województwa - od 2006 r. dług Mazowsza urósł o ponad 2800 proc. i w przyszłym roku może sięgnąć 2 mld zł. Dalej lewica wypomina niemal 4 mln zł wydane w ciągu ośmiu lat na podróże zarządu, m.in. do Brazylii, Korei Południowej czy Kazachstanu. Z kolei "Rzeczpospolita" w grudniu pisała o "stojącym na skraju bankructwa Mazowszu, które w ciągu ostatnich 10 lat wydało ponad 7,2 mln zł na utrzymanie swojego przedstawicielstwa przy UE".

Urząd zaczyna funkcjonować jak oblężona twierdza odpierająca kolejne ataki. Biuro prasowe niemal co kilka dni rozsyła komunikaty, w których udowadnia, że sytuacja - owszem - jest dramatyczna, ale winnych należy szukać w Sejmie, bo to tam przegłosowano janosikowe. Bo to nie fanaberie Struzika, ale konieczność finansowego wspierania pozostałych województw zmusiła Mazowsze do uchwalania kolejnych planów naprawczych. Ostatni, przedstawiony w listopadzie wojewodzie, wskazuje, że w stosunku do 2009 r. wydatki bieżące urzędu Adama Struzika w 2012 r. zmniejszyły się o mniej więcej 19 proc. Z kolei wydatki majątkowe Mazowsza (a więc na inwestycje) w 2012 r. stanowiły zaledwie 41 proc. tych poniesionych w 2009 r. - Mam już lekkie rozdwojenie jaźni - stwierdza Adam Struzik. - Z jednej strony opozycja zarzuca mi, że urząd jest przerośnięty, a z drugiej - blokuje redukcje etatów, które obniżyłyby koszty - mówi.

W ostatnim czasie atmosfera w urzędzie jest raczej marna. Pracownicy obawiają się zwolnień. Jak mówi rzecznik marszałka Marta Milewska, zatrudnienie w ostatnich miesiącach zmniejszyło się o mniej więcej 50 osób. - Jesteśmy też jedynym urzędem, w którym od kilku lat nie było żadnych premii - dodaje. Niewykluczone są dalsze redukcje. Być może dlatego urzędnicy tak nerwowo reagują na stwierdzenia, że Adam Struzik stworzył na Mazowszu swoje własne Bizancjum. Nawet jeśli to prawda, to i tak chwilowo na tronie zasiada Janosik.

Nie jest hipokrytą. W przeciwieństwie do wielu innych polityków robi swoje i nie udaje dziewicy. Jeśli raz z kimś przybije piątkę, można mieć pewność, że nie zdradzi

@RY1@i02/2014/026/i02.2014.026.000001200.101.jpg@RY2@

Jacek Marczewski/Agencja Gazeta, shutterstock

Adam Struzik

Tomasz Żółciak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.