Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Resetu nie będzie. Warszawa idzie znów na kolizję z Brukselą

15 czerwca 2023
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Ś rodowa debata zorganizowana w Parlamencie Europejskim na temat praworządności w Polsce, zmian w kodeksie wyborczym i powstającej właśnie komisji ds. badania rosyjskich wpływów była najlepszym dowodem, że mimo wojny za wschodnią granicą w UE sprawy wracają do dawnego rytmu. Rząd Prawa i Sprawiedliwości przez pierwszy rok rosyjskiej agresji mógł pracować nad poprawą swoich notowań wśród europosłów, ale dziś, podobnie jak przed lutym 2022 r., w kontekście Polski znów padają znane z licznych debat sformułowania: autorytaryzm, łamanie zasad demokracji, brak praworządności, inspiracje rosyjskie. Zanim jednak po raz setny obwieścimy nadchodzący polexit, warto rozłożyć wczorajszą debatę na czynniki pierwsze.

Głos zabrali komisarz ds. sprawiedliwości Didier Reynders, reprezentująca prezydencję szwedzką minister ds. UE Jessika Roswall oraz przedstawiciele wszystkich frakcji w PE. Trudno jednak mówić o prawdziwej wymianie poglądów i stanowisk. Zaplanowana początkowo na godzinę debata potrwała zaledwie 35 minut. Europosłowie wygłosili krótkie, kilkuminutowe oświadczenia, które podsumował na koniec komisarz Reynders. W istocie na siedmiu przemawiających europosłów głos zabrało trzech Polaków: Marek Belka reprezentujący frakcję socjalistów, Róża Thun z liberalnego Renew Europe i Beata Szydło z prawicowej Grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Spośród dużych frakcji jedynie Europejska Partia Ludowa i Zieloni byli reprezentowani przez europosłów spoza Polski. Poza deputowanymi, którzy zabierali głos, oraz prowadzącymi posiedzenie, na sali panowała dojmująca pustka.

Debata o Polsce – niezależnie czy z powodu dość wczesnej pory, czy innych względów – nie spotkała się z zainteresowaniem deputowanych. To ważny sygnał dla opozycji, jeśli zamierza w przyszłości podnosić na unijnej arenie temat przeforsowanej przez PiS ustawy lex Tusk. Praworządność w Polsce i losy kolejnych procedur naruszeniowych są już dziś na tyle skomplikowane, wielowątkowe i chaotyczne, że trudno odnieść wrażenie, by europosłowie z innych państw byli w stanie pokusić się o jakikolwiek komentarz poza powtarzanymi od lat sloganami, na które rząd PiS nie reaguje praktycznie w żaden sposób. Jedynie Jeroen Lenaers z Europejskiej Partii Ludowej merytorycznie odniósł się do powstającej w Polsce komisji, co niespecjalnie powinno dziwić, bowiem potoczna jej nazwa „lex Tusk” pochodzi od nazwiska byłego szefa tej frakcji. Pozostali europosłowie ograniczyli się do wygłoszenia wystąpień, w których niemal wszyscy wzywali Komisję Europejską do podjęcia jak najszybciej dalszych działań. Tych głosów rząd absolutnie nie powinien bagatelizować w stylu podobnym do Beaty Szydło, atakującej instytucje unijne za łamanie traktatów bez podania konkretnych argumentów prawnych. Zmian w kodeksie wyborczym bronił jedynie przedstawiciel ugrupowania Marine Le Pen – Jean-Paul Garraud, a to – nawet przy znacznej poprawie wyników wyborczych w wyborach do PE w przyszłym roku przez prawicę – niewielkie wsparcie w Strasburgu.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.