Sukces Euro nie zależy od dróg
Z Marcinem Herrą, prezesem spółki PL-2012, głównym koordynatorem polskich przygotowań do mistrzostw, rozmawia Robert Małolepszy
Euro startuje za dwa dni. Ma pan więcej koszmarów czy przyjemnych snów?
Nie mam czasu na tak długi sen, by cokolwiek mogło mi się śnić.
Naprawdę nie śnią się panu te wszystkie niewybudowane drogi, niedokończone autostrady, słynny odcinek C, zawalające się schody na Stadionie Narodowym?
Jeśli chce się znaleźć braki w tak gigantycznym projekcie, jakim jest Euro, to zawsze można. Ale generalnie do turnieju jesteśmy przygotowani bardzo dobrze. Mamy piękne stadiony, świetne lotniska, we wszystkich miastach gospodarzach zdążono z modernizacją głównych dworców kolejowych. Niektóre projekty, jak dworzec we Wrocławiu czy lotnisko w Gdańsku, to prawdziwe perły na najwyższym światowym poziomie. Nie wspominając o stadionach.
Kilka dworców, cztery lotniska, cztery stadiony i góra jedna trzecia zaplanowanych wcześniej dróg to jest ten skok cywilizacyjny, który mieliśmy osiągnąć dzięki Euro?
Skok wykonaliśmy, i to gigantyczny. Na projekty infrastrukturalne związane z Euro wydaliśmy przez te lata blisko 95 mld złotych. Projekty za 70 mld są już ukończone. Reszta zostanie sfinalizowana w ciągu kilku miesięcy po turnieju. Dzięki Euro uzyskaliśmy trzy-, czteroletnie przyspieszenie. Mamy wiarygodne wyliczenia, które wskazują, że nasza gospodarka dzięki przyśpieszeniu inwestycyjnemu urośnie o 20 mld złotych do 2020 roku.
Na samym turnieju nie uda nam się jednak zarobić. Co zresztą było oczywiste od samego początku...
To zależy, jak się na to patrzy. Z tych 90 mld złotych, które zainwestujemy w infrastrukturę Euro, tylko około pięciu procent to wydatki na infrastrukturę sportową, a więc stadiony. Reszta to drogi, dworce, lotniska, kolej i inne tego typu projekty, z których będziemy korzystać przez lata. Bezpośrednie koszty organizacji imprezy to przede wszystkim strefy kibica, bezpieczeństwo, dodatkowe rozwiązania transportowe. Szczególnie wysokie są koszty bezpieczeństwa, ale tu ważne, że mieliśmy prezydencję i wiele zakupów dotyczyło tych dwóch wydarzeń. Kibice i turyści, którzy do nas przyjadą, mogą zostawić w Polsce około 800 mln złotych. Po Euro zrobimy podsumowanie.
Brak dróg nie położy projektu Euro? Nie boi się pan, że kibice utkną w gigantycznych korkach w najmniej spodziewanych miejscach?
Z punktu widzenia organizacji Euro najważniejsze są kolej i transport lotniczy. Jeśli chodzi o tę drugą dziedzinę, jesteśmy gotowi w 100 proc. Mamy nowoczesne, pojemne lotniska, które są w stanie przyjąć wzmożony ruch. Dworce też są gotowe.
Linia z Warszawy do Gdańska też?
Na czas Euro roboty remontowe zostaną zawieszone, co pozwoli uzyskać nam czas przejazdu w granicach 4,5 godziny, a więc tyle, ile oczekują kibice. Zresztą mamy zrobione dokładne analizy, gdzie, jak i jacy fani będą podróżować. W Warszawie wiadomo - Grecy i Rosjanie, więc samoloty. Gdańsk - Irlandczycy, Chorwaci, Włosi i Hiszpanie, ale też Niemcy. Ci kibice w większości przylecą samolotami. A Niemcy mają nowe, bardzo dobre połączenie samochodowe - rekomendujemy trasę dojazdu przez Poznań i Toruń, a więc autostrada. Po dojeździe do Gdańska czekają na kibiców wyremontowana obwodnica i gotowe najważniejsze węzły komunikacyjne. Podobnie jest z Poznaniem i Wrocławiem. Drogi, których nie udało się wybudować na sam turniej, w większości przypadków nie odgrywają kluczowej roli w organizacji Euro. Ale przecież w niedzielę ruszyły kolejne odcinki A2.
Warszawa właśnie rozkopała swoją najbardziej reprezentacyjną ulicę, czyli Marszałkowską.
Euro jest bardzo ważne, ale zapytajmy warszawiaków, co jest dla nich ważniejsze - turniej czy druga linia metra. Byłem na turnieju w Austrii i Szwajcarii - tam też toczyły się normalne prace budowlane.
Jak tak pana słucham, to wydaje mi się, że my inne gazety czytamy i inne stacje telewizyjne oglądamy...
Oczywiście to prawda, że nie wszystkie zapowiadane z okazji Euro projekty infrastrukturalne udało się zrealizować. Dla nas, Polaków, to właśnie infrastruktura, której tak nam brakowało przez lata, jest najważniejszym aspektem przygotowań do Euro, choć tak naprawdę wcale nie jedynym.
Tak, wiemy, wszyscy musimy się poczuć gospodarzami imprezy...
To jest tak samo ważne jak organizacja turnieju. Bo nawet nie mając wszystkich autostrad i nowoczesnych połączeń kolejowych, można odnieść sukces. Na Euro ważny będzie klimat, ważne będzie też zarządzanie. I my właśnie do tego szykujemy się od 4,5 roku. 4 czerwca rusza operacja turniejowa 24 godziny na dobę. A to jest najważniejsza część projektu.
Jak ma wyglądać ta turniejowa operacja?
To projekt całodobowej koordynacji turnieju. Nad sprawnym przebiegiem imprezy będzie czuwać sztab krajowy, a także sztaby w miastach organizatorach. Codziennie będzie pracować przy Euro kilka tysięcy ludzi w każdym z miast. Na każdy dzień mamy opracowany oddzielny, rozpisany na minuty plan. Wiemy, gdzie i jak przyjąć kibiców, gdzie mogą wystąpić zatory, wiemy, jak je rozładować. Mamy plan, jak przywitać fanów, jak przetransportować ich na stadiony i do stref kibiców, jak bezpiecznie odesłać ich do domów.
I nie ma pan koszmarów, że to nie zadziała?
Przygotowujemy się od 4,5 roku. Przeszkolone zostały tysiące ludzi, którzy na dole tej struktury będą mieli styczność z kibicami. To policjanci, konduktorzy PKP, kierowcy komunikacji miejskiej, panie w kasach, 3000 wolontariuszy. Były m.in. szkolenia językowe, z zakresu bezpieczeństwa, różnic kulturowych. A całość właśnie pod generalnym hasłem "Wszyscy jesteśmy gospodarzami".
Brzmi nieźle, ale już słyszałem, że piktogramów wskazujących kibicom drogę na stadiony, do stref kibica i centrów miast czy punktów informacyjnych jest zdecydowanie za mało. Skarżą się na to urzędnicy z miast gospodarzy.
Znaków i naklejek wskazujących trasy dojazdu jest 18 593. Znajdują się w miastach oraz na drogach krajowych, ustawione przez GDDKiA. Zawsze wszystkiego mogłoby być więcej, ale ja w ramach testowania sprawdziłem i wiem, że tych drogowskazów jest wystarczająca liczba. A poza tym, to tylko jeden z wielu naszych sposobów pomocy dla kibiców, którzy są po raz pierwszy w obcym mieście.
Co jeszcze zatem czeka na kibiców, którzy przyjadą do Polski? Powiedzmy, że jestem Grekiem, który wylądował na lotnisku Okęcie i chce znaleźć hotel, a potem stadion.
Zacznijmy od Polish Guide, czyli naszej aplikacji na smartfon. Jeśli kibic go ma, zaraz po wyjściu z samolotu, już na lotnisku, za pomocą kodu QR, który znajdzie na ścianie w widocznym miejscu, uruchamia aplikację, która prowadzi go za rękę po całej Polsce. Pokazuje, gdzie jest, pomaga wyszukać miejsce, do którego chce dotrzeć, wskazuje ciekawe obiekty, zapowiada imprezy, na które warto wpaść.
A jeśli ktoś nie ma smartfona?
Są przewodniki drukowane. Są wolontariusze, którzy już na lotnisku będą pomagać. W centrach wszystkich miast powstały też ambasady kibiców, które w językach wszystkich państw biorących udział w turnieju służą pomocą tym, którzy jej potrzebują.
OK. Mam zainstalowany Polish Guide i co dalej?
Kupuję Polish Pass, czyli zintegrowany bilet, także w formie elektronicznej, dzięki któremu już bez stania w kolejkach do kas mogę podróżować po całej Polsce wszystkimi dostępnymi środkami komunikacji publicznej.
Wsiadłem do autobusu do centrum i co dalej?
Hotel, a jeśli nie, to może być wielka strefa kibica - otwarta na wiele godzin przed meczem. A w niej koncerty, catering, wielkie telebimy, na których będzie można obejrzeć koncerty, filmy, no i oczywiście mecze.
Wiemy już na pewno, ilu tych kibiców przyjedzie. Minister Mucha ogłosiła niedawno, że może nawet ponad milion...
To zależy, jak daleko zajdą poszczególne drużyny. Mamy dokładną analizę liczby i rodzaju kibiców, którzy podróżują za swoimi drużynami. Jeśli w ćwierćfinale zagrają Niemcy i Holendrzy, to w Gdańsku może zjawić się nawet 100 tysięcy kibiców na jeden mecz. Na pewno będzie dużo Rosjan w Warszawie, bo oni też podróżują w dużych masach za swoją drużyną. Ale już np. Portugalczyków nie będzie więcej niż 20 - 30 tysięcy, bo mają daleko, przelot jest drogi.
Miasta gospodarze będą sparaliżowane?
Ja bym tego nie demonizował. To są wielkie metropolie. Nawet 100 tysięcy kibiców nie zablokuje Warszawy czy Gdańska, ale w bezpośredniej bliskości stadionów czy stref kibica będzie oczywiście ciasno. Odpowiednie służby są przygotowane do sterowania tym tłumem, rozładowywania korków. Poza tym trzeba pamiętać, że to będą takie jedno-, dwudniowe szczyty.
Polacy są gotowi na Euro. Chcą się czuć gospodarzami?
Mamy badania, które mówią, że blisko 80 proc. Polaków chce tak właśnie podejść do turnieju, że czekają, chcą się bawić i cieszyć z tej imprezy.
Wasza kampania, którą od jakiegoś czasu widać w telewizji, namawiająca Polaków do bycia gospodarzami, nie imponuje jednak rozmachem...
Bo to najlepszy moment, żebyśmy sobie powiedzieli, że to turniej dla nas wszystkich, że Polacy będą chcieli przeżyć go w świetnym nastroju. Jestem pewien, że będzie dobrze. Marzy mi się, by już od czwartku polskie ulice stały się biało-czerwone. Byśmy w dniach meczów wszyscy stali się i gospodarzami, i kibicami.
Pan będzie chodził w biało-czerwonej koszulce?
W każdym możliwym momencie, ale oczywiście nie zawsze się da. Garnitur też mam przygotowany.
Nie ma pan wrażenia, że minister Mucha niepotrzebnie wywołuje wilka z lasu, próbując wywołać temat zmiany hotelu dla rosyjskich piłkarzy?
To raczej dodatkowa ostrożność. Jestem pewien, że nie będzie żadnego problemu z bezpieczeństwem podczas Euro.
Nie ma żadnego zagrożenia?
UEFA ocenia wszystkie mecze na poziomie niskiego ryzyka, co oczywiście nie oznacza, że nasze służby nie pracują.
Ile meczów pan obejrzy?
Niewiele. Turniej spędzę w centrum dowodzenia. Chciałbym być na Stadionie Narodowym podczas hymnu na otwarciu.
Euro odniesie sukces?
Jestem pewien, że tak, ale o szczegóły proszę mnie pytać drugiego lipca.
@RY1@i02/2012/109/i02.2012.109.00000160f.802.jpg@RY2@
JACEK HEROK/NEWSPIX.PL
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu