Polskie szkoły wyższe, czyli ostatni relikt PRL
U c zelniom daleko do sukcesów olimpijczyków. Osiem najlepszych plasuje się między 300. a 1000. miejscem w rankingu szanghajskim. Prawie nie goszczą zagranicznych doktorantów, postdoców i profesorów wizytujących, a naukowcy rzadko sięgają po granty europejskie. Przyczyna? Do 2012 r. nasze uczelnie państwowe były dotowane przez budżet w proporcji do liczby kształconych studentów. Były też zobowiązane do prowadzenia badań naukowych, więc odpowiednie ministerstwo żądało opisujących je raportów. Nie musiały przy tym wymagać od pracowników niczego poza uczeniem studentów i pisaniem raportów, więc wielu z nich robiło tylko tyle, a badań nie prowadziło.
Na zachodzie Europy uczelnie konkurują na jakość badań. Odpowiedni resort skrupulatnie ją ocenia i przyznaje dotacje zależne od tej oceny. Panuje więc zgoda, że od pracowników należy egzekwować efektywną pracę naukową, bo dzięki temu uczelnia dostaje więcej pieniędzy. Dlatego podstawową jednostką w Niemczech czy Wielkiej Brytanii jest zespół prowadzony przez profesora, a jedną z podstawowych egzekwowanych od profesora powinności jest pozyskiwanie środków na badania prowadzone przez jego zespół. W Polsce przed 1989 r. upowszechnił się schemat obmyślony przez naukowców radzieckich, w którym podstawowa jednostka uczelni to zakład lub katedra, które łączą się w instytuty, a te w wydziały. Profesorowie będący szeregowymi pracownikami zakładu nie są odpowiedzialni za pozyskiwanie pieniędzy, bo nikt im formalnie nie podlega. Od kierownika zakładu nie da się tego wyegzekwować, bo jest to zwykle zasłużony profesor, od którego egzekwowanie czegokolwiek byłoby nietaktem.
Na każdym wydziale co miesiąc obraduje rada wydziału, zebranie wszystkich profesorów i doktorów habilitowanych, i uchwala stanowiska w rozmaitych sprawach. Co pewien czas rada uchwala poparcie dla kierowników zakładów na kolejne kadencje. Na wydziale, w którym pracuję, tak się stało w 2020 r. Kierownicy jak zwykle zostali zaprezentowani, co polegało na przedstawieniu ich osiągnięć. Zwróciłem uwagę, że ich praca powinna być oceniona przez pryzmat osiągnięć tych zakładów, a nie samych kierowników. Zaproponowałem, by jednym z kryteriów oceny były średnie dochody pracowników z projektów realizowanych w zakładzie. Na to jeden z profesorów stwierdził, że sprowadzanie pracy kierownika zakładu do takich kryteriów numerycznych jest przejawem kwantofrenii, chorobliwej skłonności do wyrażania wszystkiego liczbami. Drugi dodał, że kierowników nie można oceniać według takiego kryterium, bo jedni mają aktywnych pracowników, a drudzy mniej. Z kolei jedna z profesorek stwierdziła, że zarobki pracowników to kiepskie kryterium. W innej instytucji, w której pracuje, jest kierownik przesadnie aktywny w pozyskiwaniu projektów i nikt nie chce z nim współpracować.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.