Życiowy zawód
Kiedyś montażysta kopyt, formowacz stalówek, dzisiaj - broker, dealer, pracownik lombardu
Połowa absolwentów szkół podstawowych wybiera zawodówkę. Ale czy Polsce potrzebne jest średnie szkolnictwo zawodowe? W dwu największych potęgach gospodarczych świata: USA i Japonii, zdecydowana większość młodzieży otrzymuje jedynie wykształcenie ogólne, zaś nauczanie zawodu prowadzą głównie firmy i tylko dla tych pracowników, którzy znaleźli w nich zatrudnienie. Sądząc z osiąganych efektów, ma to swoje uzasadnienie. Wszystkie kolejne projekty reform oświatowych w Polsce skłaniały się ku maksymalnemu ograniczaniu nauczania zawodowego bezpośrednio po szkole podstawowej. Ale na razie, choć ograniczana i poprawiana, ciągle jeszcze w polskim pejzażu edukacyjnym króluje socjalistyczna "zawodówa".
W galopującej do przodu światowej edukacji polskie szkolnictwo zawodowe jawi się jako staruszek. Jego strukturę i miejsce w systemie edukacji określiła ustawa z 1961 roku. Gagarin dopiero przymierzał się do lotu w kosmos, nikt nie słyszał o komputerach osobistych i odtwarzaczach CD. Nawet nam przez myśl nie przeszło wchodzenie do Europy i wolny rynek, państwo gwarantowało pracę każdemu obywatelowi. Wyzwania czy zagrożenia cywilizacyjne śniły się może tylko najświatlejszym filozofom. No i minęły 33 lata, a szkolnictwo zawodowe - mimo mniejszych czy większych zabiegów kosmetycznych - powstało w kształcie zrodzonym za "wczesnego Gomułki".
Puzzle
Już w 1973 roku w "Raporcie o stanie oświaty" przygotowanym przez zespół pod kierownictwem prof. Jana Szczepańskiego postulowano jego zasadnicze zmiany. Bezskutecznie. Do kosza trafiły także postulaty zmian przygotowane przez kolejny Komitet Ekspertów do spraw Edukacji Narodowej w 1990 roku. Później też sporo dyskutowano, niewiele robiono. A trzeba pamiętać, że problem dotyczy niemal trzech czwartych młodzieży w Polsce.
Nauczanie zawodowe w Polsce to taka edukacyjna stajnia Augiasza. Choćby struktura. W szkolnictwie ogólnokształcącym mamy jedno znormalizowane liceum. A w zawodowym? Plątaninę instytucji oświatowych. Są więc technika cztero- i pięcioletnie. Są technika na podbudowie liceum i technika na podbudowie szkoły zasadniczej. Są dwu- i trzyletnie zasadnicze szkoły zawodowe, szkoły przysposabiające do zawodu, 3-letnie terminy czeladnicze. Funkcjonuje także instytucja studium pomaturalnego (rocznego, dwu- i trzyletniego). A obecnie przybywa coś zupełnie nowego: licea techniczne. Pierwsze już powstały, zaś od września ich koncepcja programowa ma być testowana w 255 placówkach. W założeniu zastąpić mają "zawodówki", ale znając polskie realia, może to się okazać typowym mnożeniem bytów.
Zróżnicowanie form kształcenia samo w sobie nie jest naganne, pod warunkiem że to czemuś służy. Na przykład jak najlepszemu dostosowywaniu kształcenia zawodowego do potrzeb gospodarki. U nas nie służy niczemu, jest skutkiem nerwowych i połowicznych pseudoreform w przeszłości.
Pogmatwany i niejasny jest także system zarządzania, rozdział kompetencji i odpowiedzialności, zasady funkcjonowania i podejmowania decyzji kadrowych. Część szkół prowadzonych jest przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, ale własne szkolnictwo zawodowe, mniej lub bardziej zależne od MEN, ma także większość resortów (np. szkoły medyczne, rolnicze, górnicze, kolejarskie, pożarnicze, oficerskie). Własny system kształcenia zorganizował Polski Związek Rzemiosła, z kolei przedsiębiorstwom podlegają szkoły przyfabryczne.
Żeby jeszcze bardziej rzecz skomplikować, cały system przekwalifikowywania zawodowego (nabierający dziś coraz większego znaczenia) prowadzi ktoś inny: Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Na to wszystko nakłada się jeszcze reforma samorządowa, która powoduje, że takie same szkoły zawodowe w sąsiednich gminach mogą podlegać bądź to MEN, bądź władzom lokalnym. W tej sytuacji myślenie o kompleksowych, mądrych zmianach wydaje się zadaniem szczególnie trudnym.
300 zawodów
A jest co zmieniać. Nasilająca się od lat, acz mało skuteczna krytyka uderza przede wszystkim w zasadnicze szkoły zawodowe, do których trafia przecież około połowa absolwentów klas ósmych. Poważne zastrzeżenia budzi poziom kadry nauczycielskiej, zwłaszcza tzw. nauczycieli zawodu. Niepokoi zbyt wąski profil kształcenia (aż 240 zawodów), jak i archaiczne wręcz wyposażenie szkół, bardziej zasługujące na miejsce w muzeum techniki aniżeli w mających być przepustką w XXI wiek pracowniach. Niski status tych szkół powoduje, że zazwyczaj są miejscem negatywnej selekcji edukacyjnej. Wytyka się przestarzałe formy i bardzo skromny program kształcenia zawodowego. Przede wszystkim jednak coraz częściej dostrzega się w nich relikt zgrzebnego socjalizmu, który potrzebował instytucji oświatowej "produkującej" masy wąsko wyedukowanych robotników - fachowców od jednej maszyny i pięciu czynności.
Dostaje się także technikom, głównie za zbyt długi okres kształcenia, nadmierne zawężanie profilów (300 specjalności!), nieprzystosowanie do potrzeb rynku. Z kolei szkoły policealne powszechnie traktowane są jako "przechowalnie" niedoszłych studentów, ich absolwenci rzadko trafiają do wyuczonego zawodu. Jednak największe baty obrywają licea zawodowe. To taki przedziwny mutant: ma w założeniu dać wykształcenie ogólne i nauczyć konkretnego zawodu. W efekcie wykształcenie ogólne jest ułomne (tylko 16 proc. ich absolwentów dostaje się na studia), a i zawodowe pozostawia sporo do życzenia.
Niechciani fachowcy
Programistom szkolnictwa zawodowego sen z powiek spędza szukanie odpowiedzi na pytanie: jak dostosować je do galopujących zmian w gospodarce i jak przygotować absolwentów do wejścia na współczesny rynek pracy?
Recesja zaskoczyła oświatę. W ciągu dwóch lat zniknęła z edukacyjnej mapy Polski większość szkół przyzakładowych. Jednak jej najbardziej bolesnym skutkiem okazało się bezrobocie, dotykające przede wszystkim młodzież. - Przed 1989 rokiem na każdego absolwenta szkół zawodowych czekały co najmniej 2 oferty pracy, a bywało i więcej. Zakłady pracy wręcz wyrywały ich sobie z rąk - wspomina Andrzej Kruszewski odpowiedzialny w stołecznym kuratorium za szkolnictwo zawodowe.
A dziś? W ubiegłym roku szkoły zawodowe w Warszawie ukończyło 17 500 absolwentów, zaś ofert pracy wpłynęło 3300. Te relacje pogarszają się z roku na rok, a trzeba pamiętać, że stolica i tak ma jeden z najniższych w kraju wskaźników bezrobocia. Praktycznie nie ma dziś w Polsce specjalizacji zawodowej, która dawałaby absolwentowi duże szanse znalezienia pracy. Nierzadkie są przypadki kształcenia w zawodach "obumarłych". Np. w Jeleniej Górze Zespół Szkół Rzemiosła Artystycznego opuszcza i opuszczać będzie kilkudziesięciu absolwentów - szlifierzy szkła kryształowego. Tymczasem już dwa lata temu zbankrutowała jedyna w mieście huta szkła.
W tej sytuacji najważniejszym zadaniem staje się takie przebudowywanie szkolnictwa zawodowego, by odpowiadało ono potrzebom dzisiejszego, a nie dawnego socjalistycznego rynku pracy. Ale nie da się z dnia na dzień zadekretować zamknięcia iluś szkół i stworzenia na ich miejsce zupełnie innych. Pozostają stopniowe zmiany.
Technik humanista
Kłopot w tym, że i owe pełzające reformy przeprowadza się niejako "w ciemno". Przede wszystkim gospodarka polska ciągle jeszcze dźwiga się z kryzysu; nikt już nie jest w stanie powiedzieć, jak będzie wyglądała za lat 5, 10 czy 20. Ilu potrzeba będzie kucharzy, elektryków, pracowników bankowych. Zdecentralizowanie i prywatyzacja gospodarki zwiększa jej efektywność, ale dodatkowo utrudnia jakiekolwiek planowanie potrzeb kadrowych na przyszłość.
Przewidzieć da się z grubsza ogólne trendy. Na przykład to, że znacznie więcej niż dotychczas kształcić należy dla sektora usług niż dla przemysłu. Czy też to, że spadać będzie zapotrzebowanie na wąsko wykwalifikowanych robotników. Przyszłość należy do absolwentów mających szerokoprofilowe wykształcenie, pozwalające na mobilność zawodową.
Sytuacja wygląda więc podobnie jak w przypadku ciężko chorego pacjenta. Jeżeli nie można mu pomóc (przynajmniej na razie), to nie należy szkodzić. Co zatem zrobić, by nie szkodzić gospodarce "produkcją" bezużytecznych specjalistów i nie pogarszać sytuacji młodzieży - ucząc jej zawodów, na które nie ma zapotrzebowania? Przede wszystkim dawać solidne ogólne wykształcenie, na bazie którego szybko i łatwo można będzie w przyszłości nauczyć konkretnego zawodu.
W tym celu rozbudowuje się sieć szkół ogólnokształcących, coraz częściej otwiera się je przy zespołach szkół zawodowych. Pierwsze efekty już widać. O ile przed dziewięciu laty niecałe 20 proc. absolwentów podstawówek rozpoczynało naukę w liceach ogólnokształcących, to w ostatnich latach wskaźnik ten przekroczył 27 proc. Proporcjonalnie wzrósł też nabór do techników, zaś regularnie spada w zasadniczych szkołach zawodowych.
W myśl zasady "nie szkodzić" rozbudowuje się także w szkołach zawodowych kształcenie w tzw. klasach wielozawodowych, dających w przyszłości większe szanse na znalezienie pracy. Powstały nowe kierunki kształcenia: handlowiec (w technikach) i technik informatyk oraz technik administracji państwowej (szkoły policealne). Zasadniczo przebudowano programy nauczania w wielu zawodach. Dziś technik ekonomista nie uczy się już ekonomii politycznej socjalizmu, ale zgłębia tajniki VAT-u i obsługi komputera.
Piotr Szarzyński
© Polityka sp. z o.o. S.K.A. 1991-2014
(skróty pochodzą od redakcji)
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu