Naukowcy muszą się doszkolić
MAGDALENA JELONEK Rząd powinien zainwestować w nauczycieli akademickich, ale nie w ich wynagrodzenia, tylko w wiedzę
Jaka była największa wada rządowego programu kierunków zamawianych?
Po pierwsze doraźność. Nie był nastawiony na wprowadzenie trwałych, strukturalnych zmian w sposobie kształcenia na kierunkach technicznych. Program się skończył, fundusze zostały wydane, pytanie, czy coś się zmieniło na trwałe i lepsze. Druga sprawa to zbyt ilościowe ukierunkowanie programu. Miarą sukcesu okazała się liczba wyprodukowanych inżynierów, a niekoniecznie ich jakość rozumiana w kontekście posiadania określonych cennych kompetencji.
Pewną słabością programu było też nieuwzględnienie indywidualnych interesów poszczególnych uczestników: studentów, wykładowców czy dziekanów. Dobrze zaplanowana reforma to taka, w której ludzka skłonność do dbania o interes własny jest tak sprytnie wykorzystana, aby działać także zgodnie z interesem publicznym i przyczynić się do osiągnięcia celów programu. Tego zabrakło w kierunkach zamawianych.
Kto skorzystał na programie?
Każdy z podmiotów, który wziął w nim udział. Uczelnie pozyskały dodatkowych kandydatów na studia, wykładowcy otrzymali wyższe wygrodzenia, a studenci stypendia. Jednak w dłuższej perspektywie czasu nie wszystkie szkoły wyższe osiągnęły takie same korzyści. Patrząc z perspektywy wzrostu zainteresowania studentów kierunkiem już po zakończeniu dofinansowania, najwięcej zyskały jednostki silne (uniwersytety, politechniki). Dla mniejszych szkół program dotacji był jedynie doraźnym zastrzykiem i zapewnił czasowy wzrost naborów na danej uczelni. Tak jak i zapewne nie każdy student zyskał tyle samo - część zyskała zarówno stypendia, jak i poszukiwane na rynku kwalifikacje, część musiała zadowolić się jedynie stypendiami.
Już w czerwcu zostanie ogłoszona kolejna edycja kierunków zamawianych. Jaką strategię powinien obrać rząd?
Mogę powiedzieć, czego na pewno nie robić. Podnoszenie wskaźników ilościowych nie ma większego sensu. Warto zadbać, aby program nie przełożył się tylko na doraźny efekt, ale spowodował trwałe zmiany. W tym celu rząd powinien dać uczelniom zielone światło, aby mogły podjąć działania, które je spowodują, oraz dodatkowo wesprzeć finansowo. To wymaga zmiany nie programów studiów i wprowadzenia kolejnych formalizmów do procesu kształcenia, ale konieczne jest promowanie nowych, bardziej dynamicznych sposobów kształcenia. W przyszłości może też wymagać pewnych innowacji dydaktycznych.
Czyli?
Trzeba odejść od archaicznego sposobu nauczania na uczelniach. Nie chodzi o to, aby likwidować podstawową formę dydaktyki akademickiej, jaką jest wykład. Tę formę należy bowiem uzupełniać o takie zajęcia, które z jednej strony pozwolą na uzyskanie niezbędnej wiedzy teoretycznej i umiejętności praktycznych, a z drugiej ukształtują kompetencje poszukiwane na rynku. Przykładowo, jeśli wiemy, że polscy studenci mają problem ze współpracą grupową, kierowaniem zespołem i rozwiązywaniem konfliktów, to na zajęciach postawmy ich przed konkretnym problemem, który muszą rozwiązać w grupie. Jeśli brakuje nam kompetencji kulturowych (niezbędne do pracy w międzynarodowych korporacjach), to realizujmy projekty ponadnarodowe. Jak widać, zmiany nie są fundamentalne, wymagają jednak od prowadzących zajęcia większego zaangażowania i poświęcenia większej ilości czasu dydaktyce. To wbrew pozorom - z czysto racjonalnego punktu widzenia - nie zawsze jest opłacalne. Niestety, w naszym awansie zawodowym liczy się głównie zaangażowanie naukowo-badawcze.
Co można zrobić, aby zmotywować akademików do takiego działania?
Przede wszystkim trzeba nas doinwestować. Nie mam tutaj na myśli podwyżek pensji czy rozbudowy infrastruktury, z której korzysta się na uczelni, ale wiedzę. To, że posiadamy doktorat czy habilitację, nie oznacza, że nie potrzebujemy się szkolić czy brać udziału w stażach prowadzonych w dobrych zagranicznych uczelniach. Potrzebujemy poznać m.in. nowe metody nauczania po to, by je wdrożyć w polskich szkołach wyższych. Musimy uczyć się od najlepszych, a nie od przeciętnych czy miernych. Jeśli chcemy wprowadzić w Polsce zdrowo rozumianą konkurencyjność akademicką, a także poprawić jakość kształcenia, skupmy się przede wszystkim na jakości naszych kadr. Żadne formalne nakazy określające, jak kształcić, i zakazy mówiące, czego nie robić, nie przyniosą w tym przypadku oczekiwanych efektów. Środowisko akademickie składa się w większości z inteligentnych, a co za tym idzie - dość sprytnych ludzi. Nawet z czystej przekory są w stanie odwrócić na niekorzyść ministerstwa każdy element reformy.
@RY1@i02/2014/105/i02.2014.105.18300110b.802.jpg@RY2@
FOT. MATERIAŁY PRASOWE
Dr Magdalena Jelonek współautorka raportu Bilans Kapitału Ludzkiego
Rozmawiała Urszula Mirowska-Łoskot
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu