Sieci placówek nie da się narysować odgórnie z Warszawy
ROZMOWA W Sejmie z pewnością pojawi się presja, żeby zostawić maksymalnie dużo z poprzedniego systemu
Minister Zalewska na podstawie badań IBE argumentuje konieczność likwidacji gimnazjów. To uzasadnione?
Głównym argumentem jest artykuł Anety Sobotki i Jana Herczyńskiego opublikowany w kwartalniku "Edukacja", który pokazuje, że większość gimnazjów funkcjonuje już w zespole ze szkołą podstawową, a co więcej, część z tych gimnazjów - te, których obwód pokrywa się ze szkołą podstawową - osiąga znacznie lepsze wyniki edukacyjnej wartości dodanej (EWD) niż pozostałe. Najsłabiej wypadają samodzielne gimnazja. Pani minister wyciąga wniosek, że jeśli połączymy szkoły podstawowe z gimnazjami, będziemy mieli lepsze wyniki.
Tak będzie?
Gimnazja, które mają wspólny obwód ze szkołą podstawową, to 14 proc. szkół. Nie ma gwarancji, że jeśli zastosujemy ten sam mechanizm do wszystkich szkół, powtórzą sukcesy. Innym argumentem za likwidacją gimnazjów podnoszonym przez panią minister jest presja demograficzna. W Polsce głównym problemem są bardzo małe szkoły podstawowe, a zmiany demograficzne spowodowały, że gimnazja zaczęły się do nich upodabniać.
Czyli szkół powinno być mniej?
Tak, ale taką zmianę trudno wprowadzać odgórnie. W IBE próbowaliśmy zasymulować optymalną sieć szkolną z uwzględnieniem wszystkich istotnych zmiennych, np. sieci drogowej, tego, że gdzieś jest jezioro czy las. Zrezygnowaliśmy po pół roku. Nie da się tego zrobić z Warszawy.
Co zrobić, żeby samorządom ułatwić przejście przez zmianę?
Widać, że MEN waha się między różnymi rozwiązaniami. Według projektu szkoła podstawowa powinna trwać nieprzerwanie osiem lat. Już jednak wprowadzono pewien wyłom w przypadku szkół dwujęzycznych - można w nich przeprowadzić dodatkową rekrutację do klasy 7 i 8.
Czy gimnazja, jak twierdzi pani minister, nie wyrównywały szans?
Wiele badań pokazuje, że opóźnianie selekcji uczniów ma pozytywny wpływ na wyrównywanie szans. Zmiany w innych krajach idą raczej w tę stronę, także dlatego, że zmienia się gospodarka i coraz większe znaczenie mają kompetencje ogólne. W Polsce, po wprowadzeniu gimnazjów, siła związku między pochodzeniem społecznym uczniów a ich wynikami w szkole się nie zmieniła, natomiast zmniejszyły się różnice między uczniami. Najsłabsi stali się dużo lepsi, najsilniejsi także trochę się podciągnęli. Poprawę tłumaczy się przede wszystkim wydłużeniem kształcenia ogólnego.
Kiedy wprowadzano reformę Handkego, gimnazja były na podobnym poziomie. Różnice pojawiły się po latach. Czy za 15 lat, podsumowując obecne zmiany, nie znajdziemy się w tym samym punkcie?
Różnicowanie się szkół to problem dużych miast. Ma ono kilka przyczyn, w większości niezależnych od tworzących politykę edukacyjną. Po pierwsze rodzice szukają jak najlepszej szkoły dla swojego dziecka. Po drugie różnicuje się przestrzeń miejska - powstają nowe dzielnice, gdzie wprowadzają się ludzie lepiej wykształceni, a co za tym idzie, szkoły mają tam wyższy poziom. Mamy natomiast wpływ na dążenia samych szkół. Wiele publicznych placówek pozycjonuje się jako "najlepsze w mieście". Takich procesów da się uniknąć, np. poprzez umiejętne skonstruowanie systemu rekrutacyjnego.
@RY1@i02/2016/194/i02.2016.194.00000060a.801.jpg@RY2@
Bartosz Krupa/East News
Michał Sitek, wicedyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych
Rozmawiała Anna Wittenberg
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu