Niech to się nie skończy anegdotą
KURS EDUKACJI DLA BEZPIECZEŃSTWA WIDZIAŁABYM RACZEJ JAKO OBÓZ DLA UCZNIÓW PROWADZONY PRZEZ DOŚWIADCZONYCH SURWIWALOWCÓW CZY INSTRUKTORÓW HARCERSKICH, A NIE ZWYKŁĄ LEKCJĘ Z PRZEPISYWANIEM DO ZESZYTU RODZAJÓW ALARMÓW
Do szkół idą właśnie dzieci pokolenia, które wojnę zna tylko z książek i opowieści dziadków. Ludzi takich jak ja, których zawsze dziwiło, dlaczego babcia musi mieć pełną lodówkę, nawet jeśli połowa zawartości się zmarnuje, a dziadek zakazuje mówić innym o tym, że trzyma na działce broń. Ludzi, którzy znają języki, pracują w międzynarodowych firmach, latają na wakacje, gdzie mają ochotę. Ludzi, którzy nie sądzili, że zobaczą masowe groby w sąsiadującym państwie.
Tymczasem dla dzieci, które urodziły się – jak mogło się wydawać – w świecie bezpiecznego Zachodu, minister edukacji i nauki zamierza wprowadzić lekcje z przysposobienia obronnego (PO). Od września do szkół ma wejść m.in. nauka strzelania. PO zniknęło z podstawy programowej od 1 września 2012 r. i zastąpiono je edukacją dla bezpieczeństwa (EDB), której głównym celem było przygotowanie uczniów do reagowania w sytuacji np. katastrof naturalnych.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.