Związki zawodowe staną się drugim pracodawcą
ROBERT KAMIONOWSKI: Publiczne ujawnianie, gdzie i w jakim wymiarze pracuje konkretny nauczyciel, wykracza poza zakres niezbędnej informacji publicznej. Z pewnością przeciętny obywatel nie chciałby, aby takie dane o nim były jawne. Tym bardziej że informacje te mogą być źródłem wiedzy o wynagrodzeniach konkretnych osób
Co pan sądzi o ostatnich zmianach przepisów związanych z organizacją roku szkolnego?
Jak zwykle w przypadku nowych przepisów najpierw należy zadać pytanie, czemu mają one służyć. W uzasadnieniu projektu powołano się na konieczność ponownej regulacji po uchyleniu pewnych przepisów oraz doprecyzowania innych, m.in. w zakresie terminów. Uzasadnienie to ma jednak również charakter, jak to często bywa w przepisach oświatowych, który nazwałbym ideologicznym. Stwierdza się w nim bowiem, że proponowane zmiany stanowią odpowiedź na postulaty zgłaszane przez środowiska oświatowe. Czym jest owo środowisko oświatowe, kto je reprezentuje i czy reprezentacja jest "reprezentatywna" - na to jednoznacznej odpowiedzi nie znajdziemy.
A jak się pan zapatruje na obowiązek zamieszczania w arkuszu imienia i nazwiska nauczyciela?
Nowe zasady tworzenia arkuszy organizacyjnych publicznych szkół i przedszkoli budzą chyba największe emocje spośród wszystkich wprowadzonych zmian. W uzasadnieniu do projektu rozporządzenia wskazano, że oprócz liczby nauczycieli ogółem arkusz zawierać będzie również imię i nazwisko nauczyciela, a w arkuszach organizacji szkoły ma zostać wskazany także rodzaj prowadzonych przez niego zajęć. Wyjaśnia się tam, że wprowadzenie tej regulacji jest odpowiedzią na postulaty zgłaszane do Ministerstwa Edukacji Narodowej przez zakładowe organizacje związkowe i kuratorów oświaty, wpisanie imion i nazwisk nauczycieli pozwoli zaś organizacjom związkowym na bardziej skuteczną ochronę interesów pracowniczych, a kuratorom oświaty na weryfikację prawidłowości sporządzonych arkuszy.
Jak pan to interpretuje?
Tu tkwi przyczyna zmiany, a jest nią zwiększenie kontroli nad placówkami przez związki zawodowe. Nowe przepisy dają im do ręki dodatkowe mocne uprawnienie kontrolne. A zatem, moim zdaniem, omawiana regulacja prawna wydawana jest wyłącznie dla zadowolenia związków zawodowych, w istocie bowiem niczemu te nowości nie służą. Nie ma przecież większego, a w zasadzie żadnego znaczenia, czy w arkuszu, sporządzanym kilka miesięcy przed rozpoczęciem roku szkolnego, wpisze się nazwiska czy tylko bezimienne etaty. Podobnie, jeśli chodzi o kuratorów - trudno uznać, że bez nazwisk nauczycieli nie są w stanie zweryfikować poprawności arkuszy. Co ciekawe, art. 110 prawa oświatowego, regulujący zasady ustalania arkuszy organizacyjnych, przyznaje kuratorowi oświaty jedynie skromne kompetencje wyrażenia opinii, która nie jest dla organu prowadzącego (zatwierdzającego arkusze) wiążąca. Oczywiście wprowadzić można niemal każde prawo, wydać każdy przepis. Tylko trzeba, albo przynajmniej warto, odwoływać się do celów i realnych potrzeb danej regulacji, działać zgodnie z zasadami racjonalnego i umiarkowanego ustawodawcy. Dla mnie te nowe przepisy niczego istotnego nie realizują. Stanowią natomiast kolejny krok do zwiększania omnipotencji organów rządowych (MEN, kuratorzy) wobec samorządowej oświaty.
Co to oznacza w praktyce?
Zmiany te mogą mieć konsekwencje, które zapewne nie były zamierzone przez prawodawcę. Może się bowiem okazać, że wskutek reformy polegającej na zlikwidowaniu gimnazjów wprawdzie godzin lekcyjnych w niektórych szkołach przybędzie, ale już podstawienie nazwisk nauczycieli do ich etatów wykaże, że pracują oni w kilku szkołach jednocześnie - tak, by dozbierać godziny do pełnego etatu. I MEN zamiast pochwalić się, że zwiększono liczbę etatów, powinien wówczas przyznać, że zatrudnionych nauczycieli po reformie jest tyle samo lub nawet mniej, natomiast więcej z nich pracuje na cząstkach etatów w wielu szkołach - co zresztą nieoficjalnie jest już powszechnie wiadomo.
Związki zaś dostaną do ręki narzędzie nie tyle "skutecznej ochrony interesów pracowniczych", jak twierdzi resort, ile możliwej presji na dyrektorów i organy prowadzące. Policzą, kto ile pracuje, i jeśli ocenią, że ich zdaniem za dużo albo za mało, wymogą ograniczenia albo zatrudnienie swoich protegowanych. Tym sposobem związki staną się niejako drugim pracodawcą. Pytanie - komu to w istocie służy? Nauczycielom raczej nie.
Czyli zarzuty co do umieszczania imion i nazwisk nauczycieli w arkuszach dotyczą głównie słuszności tego rozwiązania?
Nie tylko. Mam też wątpliwości co do zgodności takich informacji z prawem. Przepisy chronią bowiem dobra osobiste obywateli, m.in. prawo do prywatności. Nauczyciele nie są zaś funkcjonariuszami publicznymi, a jedynie podczas lub w związku z pełnieniem obowiązków służbowych korzystają z ochrony przewidzianej dla funkcjonariuszy publicznych na zasadach określonych w kodeksie karnym. Nie mają też obowiązku składania oświadczeń majątkowych. Warto dodać, że arkusze organizacyjne są dokumentami stanowiącymi informację publiczną, zatem w pełni dostępnymi dla każdego (a nie tylko kuratora czy związków zawodowych). Takie publiczne ujawnianie, gdzie i w jakim wymiarze pracuje konkretny nauczyciel, wykracza poza zakres niezbędnej informacji publicznej. Z pewnością przeciętny obywatel nie chciałby, aby każdy mógł się z łatwością dowiedzieć, gdzie i w jakim wymiarze pracuje. Te informacje to także możliwe źródło wiedzy o wynagrodzeniach konkretnych, z imienia i nazwiska, osób. Bo przecież nic prostszego, jak zliczyć godziny i już mamy - znając stawki wynagrodzeń kategorii nauczycieli - zarobki konkretnej osoby. Moim zdaniem rodzić to będzie sprzeciw pracowników. Wreszcie omawiane rozwiązanie może być też wątpliwe, jeśli spojrzymy przez pryzmat przepisów o ochronie danych osobowych. Obowiązuje jeszcze ustawa o ochronie danych osobowych z 29 sierpnia 1997 r. Wkrótce zacznie obowiązywać unijne rozporządzenie, RODO. Tymczasem podstawową wadą nowych przepisów oświatowych jest to, że nie są one potrzebne do prawidłowego wypełniania funkcji, jakim służą arkusze organizacyjne, a więc w zasadzie nie wiadomo, czemu w istocie mają służyć.
A nie przeraża pana ta rozbudowana od niedawna procedura zatwierdzania arkuszy organizacyjnych?
Faktycznie prawo oświatowe przewiduje wieloetapowy i wielopiętrowy sposób ustalania i opiniowania arkuszy. Najpierw arkusz opracowuje dyrektor po zasięgnięciu opinii zakładowych organizacji związkowych. Jaki jest cel tych opinii, nie do końca wiadomo. A sama opinia i tak nie jest dla dyrektora wiążąca (jak to opinia). Następnie tak opracowany i zaopiniowany arkusz zatwierdza organ prowadzący, znowu po zasięgnięciu opinii (znów niewiążącej), tym razem organu sprawującego nadzór pedagogiczny, czyli kuratora. Należy wyjaśnić, że w poprzednim stanie prawnym nie było wymogu opiniowania arkusza ani przez związki zawodowe, ani przez kuratora. Widać, że obecnie nie ufa się już tak bardzo samorządom i ich dyrektorom, za czym idzie wprowadzenie instytucji permanentnej kontroli sprawowanej przez zewnętrzne organy. Bo co merytorycznie mogą wnieść do nich choćby związki zawodowe? Siatka godzin, liczba oddziałów, liczba uczniów - to wszystko wynika z prawa i realnych potrzeb. Te opinie, poza otwieraniem pola do konfliktów, raczej niczemu nie służą, chyba tylko realizacji zasady "Ufaj, ale sprawdzaj". Związki mogą natomiast chcieć dzięki temu wpływać na zatrudnianie konkretnych osób, na zwiększanie lub ograniczanie ich pensum. ⒸⓅ
@RY1@i02/2018/078/i02.2018.078.18300140b.801.jpg@RY2@
fot. Wojtek Górski
Robert Kamionowski radca prawny, ekspert ds. oświaty
Rozmawiał Artur Radwan
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu