Taki mamy klimat. Do nas czasem drony wlatują
Nie wiem, czy mielibyśmy dzisiaj, późnym latem 2025 r., sprawny Narodowy System Antydronowy, gdyby premierem wciąż był Mateusz Morawiecki. Nie wiem także, czy mimo tego hipotetycznego systemu Rosjanie i tak nie osiągnęliby sukcesu, fruwając dronami nad terytorium państwa NATO. Mogłoby się okazać, że nasze zabezpieczenia nie są aż tak nowoczesne, jak jakiś rosyjski patent. Wiem za to na pewno – a wszyscy to wiemy – że półtora roku rządów KO i koalicji powinno wystarczyć do stworzenia systemu, którego skuteczność zostałaby w zeszłym tygodniu sprawdzona. Dobrze działające lotnictwo nie jest systemem przeciwdziałania dronom. Może stanowić jego wartościowy, konieczny element, ale nie wystarczy.
W Polsce premiera Tuska i ministra obrony Kosiniaka-Kamysza prace nad przeciwdronowymi zabezpieczeniami szły opieszale. Nikt ważny się w tej sprawie nie wściekł; normalne procedury okazały się więc niewystarczające, by państwo poszło za wieloma eksperckimi głosami, wskazującymi, że wojna zaczęta w 2022 r. uwidoczniła wagę dronów – i broni do ich zwalczania. Wydaje się, że sytuacja, w której w systemie obronnym państwa zagrożonego interwencjami wroga uwidoczniła się poważna luka, wywołuje automatycznie polityczne trzęsienie ziemi. W Polsce tak się nie stało. Czemu? Powód jest przekonujący, skoro kwestia dotyczy naszego bezpieczeństwa – a słyszymy o nim ciągle, że stanowi ono priorytet.
Jednak, aby trzęsienie ziemi w naprawdę poważnej kwestii uruchomić, potrzebna byłaby opozycja zachowująca powagę. Najlepiej długo i w wielu sprawach. Nie zachowuje tej powagi PiS, który nawet w sprawie edukacji zdrowotnej posługiwał się stereotypami i przekłamaniami (jakby nie było zupełnie rozsądnych powodów, by tej edukacji nie poprzeć). Nie było odpowiedniej powagi w złożonej znienacka propozycji uczczenia przez Sejm pamięci zamordowanego amerykańskiego aktywisty. Nie ma powagi w zarzutach wobec PO, że planuje ona likwidację państwa polskiego. Gdyby dzisiaj prezes PiS wystąpił z wnioskiem o odwołanie premiera, bo rząd nie dowiózł bezpieczeństwa, osiągnąłby co najwyżej jednodniowe zainteresowanie kilku redakcji. Najbardziej błyskotliwa w tej sprawie i przemyślana argumentacja byłaby słabo słyszana ze względu na nadawcę – partię, która już setki razy krzyczała o zdradzie i ruinie. Ile razy da się tego słuchać chociażby z odrobiną zainteresowania?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.