W polskiej armii trwa pełzający bunt generałów
Rekonstrukcja rządu nie objęła niestety ministra obrony narodowej Bogdana Klicha, mimo że to właśnie on w pierwszym rzędzie powinien zostać zdymisjonowany.
Dzisiaj bowiem z powodu postępującej w Siłach Zbrojnych erozji zaufania do MON mamy do czynienia z pełzającym buntem i mentalnym cofaniem się do czasów Układu Warszawskiego. Przypomina to sytuację sprzed 15 lat, kiedy to jesienią 1994 roku doszło do buntu generałów, który przeszedł do historii polskiej demokracji pod nazwą "obiadu drawskiego". Od tamtej pory polska armia stacza się po równi pochyłej. Teraz osiągnęliśmy dno.
Generałowie atakują i odchodzą. Sytuacja jest naprawdę zła, skoro nawet najwięksi beneficjenci struktury wojskowej, czyli generalicja, otwarcie lub pośrednio krytykują niewydolność systemową MON.
Jako pierwszy pojawił się gen. Waldemar Skrzypczak, który zaatakował ministra za nieudolność i blokadę informacyjną po śmierci kpt. Daniela Ambrozińskiego. Potem wcześniejszym odejściem zagroził gen. Bronisław Kwiatkowski, szef Dowództwa Operacyjnego odpowiedzialnego za misję w Afganistanie. Ostatnio zaś na rezygnację z wojska zdecydował się gen. bryg. Tomasz Bąk, który odmówił objęcia dowodzenia naszym kontyngentem w Afganistanie mimo młodego wieku (43 lata) i otwierającej się przed nim kariery. Być może będą kolejni atakujący ministra generałowie, bowiem jego niepopularność w armii narasta.
Generalskie sądy kapturowe
Podczas sławetnego "obiadu drawskiego" generałowie - dowódcy okręgów wojskowych i rodzajów Sił Zbrojnych, zachęcani przez prezydenta Lecha Wałęsę i szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego Tadeusza Wileckiego, wypowiedzieli posłuszeństwo Piotrowi Kołodziejczykowi, ówczesnemu ministrowi obrony narodowej.
Po generalskim "sądzie kapturowym" prezydent Wałęsa odwołał ministra ze stanowiska. Dzisiaj to minister Bogdan Klich stoi w obliczu pełzającego buntu reformatorskiego skrzydła generalicji. Stworzył bowiem system cywilnej kontroli nad armią, który nie jest w stanie odpowiadać na wyzwania i sygnały płynące z wewnątrz i zewnątrz. Każdy taki sposób sprawowania władzy nad armią jest skazany na kryzys i upadek autorytetu.
Demoralizacja i rozprężenie w armii mentalnie niewiele się zmieniło od "obiadu drawskiego". Klich jednak doprowadził armię do stanu rozprzężenia, że nie jest ona gotowa wziąć odpowiedzialności za obronę granic Polski. Ciągle bowiem jesteśmy w okresie transformacji, i ciągle planujemy wielkie reformy i ciągle - tak jak przed laty - generałowie rozgrywani są przez MON przeciwko prezydentowi i odwrotnie.
Jedynie słuszni kandydaci
Minister obsadza stanowiska swoimi kandydatami bez żadnej konsultacji z dowódcami; np. gen. dyw. Edwarda Gruszka z Krakowa - awansował na zastępcę dowódcy wojsk lądowych, by kontrolował byłego "prezydenckiego" generała Waldemara Skrzypczaka.
Z kolei Kancelaria Prezydenta blokuje nominacje i awanse generalskie kandydatów związanych z obozem Klicha. Nieprzejrzystość podejmowanych decyzji w sprawie zmian w wojsku i kryteriów awansowania powoduje, że generalska "konserwa" skupiona wokół ministra pochłonięta jest walką o wyrwanie z tej struktury jak najwięcej dla siebie. Dlatego mamy do czynienia z jej ciągłymi zmianami.
Generałowie skupieni wokół Klicha zainteresowani są również dobrze płatnymi stanowiskami w strukturach NATO, które nie niosą ze sobą wielkiej odpowiedzialności, (jak choćby stanowisko dla gen. Mieczysława Bieńka), zamiast pracą nad efektywnością samej armii.
Sytuację doskonale oddaje komentarz jednego z oficerów: Nie wiem dlaczego, ale od jakiegoś czasu mam wrażenie, że naszym generałom chodzi przede wszystkim o własny wygodny stołek. Załapać się na ciepły etacik, coś tam pomarkować, rozgrzebać kolejną reformę organizacyjną i odejść na wysoką emeryturę.
Reputacja polskich generałów jest zresztą w Sojuszu niezwykle niska i trudno wyobrazić sobie, by otrzymali oni stanowiska wiążące się z dowodzeniem dużymi zgrupowaniami wojsk NATO, nie mówiąc o wysokich stanowiskach urzędniczych w strukturach Sojuszu.
Biurokratyczna duchota
Obecny szef sztabu WP generał Franciszek Gągor bez powodzenia ubiegał się o fotel przewodniczącego Komitetu Wojskowego NATO. Minister Klich, zamiast "przewietrzyć wojsko nowymi ludźmi" jak obiecywał, zamyka armię w betonowym sarkofagu, gdzie panuje biurokratyczna i intelektualna duchota rodem z Układu Warszawskiego. "W Polsce na poziomie najwyższych instytucji decydujących o kształcie armii można się spotkać z absolutnym brakiem orientacji chociażby w najnowszych trendach w uzbrojeniu. Ludzie żyją od odprawy do odprawy i od imprezy do imprezy. Słowem - od salonu do salonu. Nie uczą się, nie czytają. Zatrzymali się w rozwoju i z uporem tkwią na pozycjach z lat 70. i 80. - twierdzi były gen. Waldemar Skrzypczak" ("Polska The Times" z 23.09.2009).
Ale pozycja gen. Skrzypczaka kreującego się na moralny i intelektualny autorytet Sił Zbrojnych też nie wygląda najlepiej, o czym świadczy teza zawarta w artykule "Afgańska pułapka logiczna" we wtorkowym Dzienniku Gazecie Prawnej. Generał zastanawia się mianowicie, jaki jest cel militarny obecności polskiego kontyngentu w Afganistanie i pisze: "To analiza otrzymanego zadania powinna być podstawą do oceny potrzeb w zakresie sił i środków potrzebnych do jego wykonania. Czyli - do wysłania do Afganistanu. Sądzę, że do tej pory takie analizy po prostu nie były przeprowadzane".
Mimo całego szacunku osoby generała jest to zaiste kuriozalne stwierdzenie w ustach byłego dowódcy WL, odpowiedzialnego za wojskowe przygotowanie misji i tym samym życie polskich żołnierzy. Pytanie zatem samo ciśnie się na usta: Skoro nie przeprowadzano żadnych analiz w tym względzie, to na jakiej zatem podstawie generał wysłał do Afganistanu 2 tys. żołnierzy? I na jakiej podstawie dzisiaj twierdzi - już jako publicysta - że powinniśmy mieć od 4 do 6 tys. żołnierzy, żeby zapanować nad prowincją Ghazni?
Niestety postawa generała to przykład jednej z dwóch mentalności, które ścierają się ciągle w Wojsku Polskim. Oddaje ją komentarz jednego z oficerów NATO, który współpracował z polskimi żołnierzami w 1996 r. podczas operacji stabilizacyjnej na Bałkanach: "Wojskowych z NATO frustrowały trudności, jakie Polacy mieli ze zrozumieniem swojej roli. Problemem była bierność i brak własnych inicjatyw na poziomie jednostek. W Układzie Warszawskim zadawanie pytań postrzegano jako objaw niekompetencji. Żołnierze woleli popełnić błąd, niż rozwiać dręczące ich wątpliwości".
Duchy przeszłości
Postawę Polaków charakteryzuje komentarz amerykańskiego oficera: "Kiedy Polacy są dobrze dowodzeni i mają jasne zadania do wykonania, ich motywacja jest ogromna. Robią szybko i sprawnie to, co do nich należy. Jeśli miałbym wybór, wolałbym dowodzić żołnierzami z Polski niż jakimikolwiek innymi".
Dzisiaj oba spostrzeżenia są równie prawdziwe jak trzynaście lat temu. Pytanie tylko, dlaczego na wojskowych szczytach ciągle panuje duch Układu Warszawskiego - mimo demokratycznej, ponoć cywilnej kontroli nad armią?
@RY1@i02/2009/202/i02.2009.202.000.015a.101.jpg@RY2@
Artur Bilski
Archiwum prywatne
kmdr por. Artur Bilski*
ekspert ds. wojskowości
*, komandor porucznik rezerwy. Obecnie niezależny analityk ds. bezpieczeństwa. Autor książki "Widok na Sarajewo" o misji NATO na Bałkanach
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu