Śledczy badają, czy fałszowano odczyty wskaźników
Prokuratura sprawdza, czy przyczyną piątkowej katastrofy w kopalni Wujek, w której zginęło 13 górników, a 40 zostało rannych, był pościg za zyskiem i czy kierownictwo kopalni manipulowało czujnikami metanu, ukrywając zagrożenie wybuchem.
Policjanci rozmawiali już z kilkoma z najlżej poszkodowanych górników. - W ich relacjach powtarza się słowo "piekło". Nie ma jednak konkretnych sygnałów dotyczących poważnych nieprawidłowości - mówi oficer śląskiej policji, która wspólnie z prokuraturą prowadzi śledztwo mające wyjaśnić przyczyny tragedii.
Od dziś śledczy chcą zacząć oficjalne przesłuchania wszystkich górników z Wujka: zarówno tych pracujących na powierzchni, jak i tych z dołu. - Jeszcze w piątek zabezpieczyliśmy całą dostępną dokumentację z kopalni - mówi rzecznik komendy wojewódzkiej policji Andrzej Gąska.
Oprócz protokołów są to komputerowe dane z odczytami poziomu metanu. To kluczowe, gdyż górnicy wprost mówili o fałszowaniu czujników, które mierzą bezpieczny poziom metanu w powietrzu. Automatycznie odcinają one prąd od górniczych urządzeń, gdy przekroczone zostanie 2- -procentowe stężenie. Większe grozi wybuchem.
- W Wujku wskaźniki chowano w wylotach świeżego powietrza. W ten sposób manipulowano danymi i narażano życie ludzi - stwierdził jeden z górników, proszący o anonimowość. Na dowód swoich słów przekazał dziennikarzom film wideo. Widać na nim, że jego przenośny czujnik metanu w tym samym rejonie kopalni Wujek wskazuje stężenie od 2,6 do ponad 9 proc.
Ten sam film już w kwietniu dotarł do katowickiej delegatury Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która przekazała go policji.
- Wysłaliśmy materiały do Głównego Urzędu Górniczego, prosząc o natychmiastową reakcję i odpowiedź. Jako policja nie mamy prawa zejść pod ziemię - tłumaczy Andrzej Gąska.
Efektem doniesienia były dwie kontrole w Wujku: w połowie kwietnia oraz połowie maja. Trwały trzy dni i nie potwierdziły nieprawidłowości.
- To kpina. Co to za kontrole, jeśli kierownictwo kopalni wie o nich wcześniej? Zawsze poprzedza je telefon, więc można się przygotować. Kopalnie od dawna ryzykują naszym życiem w pogoni za zyskami - tłumaczy nam jeden z górników. - Zgodnie z ustawą o przedsiębiorczości kontroli nie może być zbyt dużo - potwierdza dyrektor Janusz Malinga z Wyższego Urzędu Górniczego w Katowicach. Jednak, jak tłumaczy, dyrekcja kopalni do ostatniej chwili nie wie, w który rejon udadzą się inspektorzy.
Wątpliwości wokół piątkowej katastrofy jest więcej. Wśród ofiar byli górniczy ratownicy. Lokalna telewizja TVS dotarła do jednego z ratowników, który twierdzi, że to dowód na lekceważenie zagrożenia wybuchu metanowego.
- Tam trwała cicha akcja usuwania metanu z feralnej ściany. Awaryjnie zostaliśmy tam ściągnięci z innego rejonu kopalni. Ktoś jednak podjął decyzję o wpuszczeniu tam górników - tłumaczy.
Władze kopalni zaprzeczają: - Wśród ofiar faktycznie są ratownicy. Ale oni są zatrudniani na każdej zmianie, bo metan jest usuwany na bieżąco - przekonuje Andrzej Bielecki, główny mechanik z Wujka.
- Dokładnie zbadamy tę sprawę - deklarowała wczoraj Ewa Zuwała, prokurator okręgowy w Katowicach. Wczoraj lekarze nadal walczyli o życie najciężej rannych ofiar wypadku. Kilku górników nadal było nieprzytomnych, oddychali jedynie dzięki respiratorom. Najciężej ranni mają poparzone nawet 90 proc. powierzchni ciała. Bezpośrednio w piątkowym wybuchu metanu zginęło 12 osób. W sobotę w szpitalu w Siemianowicach Śląskich zmarł 22-letni górnik.
Robert Zieliński
robert.zielinski@dziennik.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu