Nie czas skreślać Kruczka
Z pewnym niedosytem polscy skoczkowie opuścili Vancouver. Po dwóch srebrnych medalach Adama Małysza trzeba było przełknąć gorzką pigułkę w postaci szóstego miejsca drużyny.
- To rozczarowanie, ale nie zmienię zdania, ta drużyna ma potencjał - twierdzi Apoloniusz Tajner, prezes Polskiego Związku Narciarskiego. - Szóste miejsce nikogo nie cieszy. W Salt Lake City taka lokata była sukcesem, bo trzeba było o nią mocno walczyć. Piąte miejsce w Turynie - też sukces, bo zrobiliśmy postęp w porównaniu z poprzednimi igrzyskami. Jednak dziś potencjał mamy większy. Liczyłem, że drużyna włączy się do walki o medal. Chłopcy nie wytrzymali presji, nieźle skoczył tylko Hula, a bardzo dobrze Małysz. Z kadrą jest psycholog, ale wyszło, że przygotowuje ich na treningi, a nie zawody - dodaje.
A może jest tak, że na fali wspaniałych sukcesów Małysza wszystkich poniosły emocje? Przed wylotem do Kanady nie było realnych podstaw, by oczekiwać, że Polacy w ogóle będą w stanie walczyć o miejsce w ósemce. Stoch, który brylował na początku sezonu, wraz z Krzysztofem Miętusem i Łukaszem Rutkowskim, zaszyli się na dwa tygodnie w Szczyrku i pracowali nad formą. Łukasz Kruczek nie ukrywał, że po konkursie w Zakopanem, w którym Polacy zajmowali miejsca pod koniec stawki, to nie biało-czerwoni, ale reszta europejskich potęg narciarskich podzieli między sobą olimpijskie krążki. W Vancouver, nie wiedzieć czemu, nagle się wszystko odmieniło...
Trzeba też dodać, że w poniedziałek strata do wyprzedzających nas Japończyków wyniosła zaledwie 11 punktów (5 - 6 metrów w przeliczeniu na odległości), a do zajmujących czwarte miejsce Finów - tylko 17,9 punktu. Gdyby nie nieudane skoki Stocha i Rutkowskiego w pierwszej serii, możliwe, że biało-czerwoni byliby w stanie pokusić o zajęcie miejsca tuż za podium - najlepszego w historii.
Nie będzie więc błędem stwierdzenie, że Łukasz Kruczek po dwóch latach pracy stworzył ekipę, która jest w stanie walczyć nawet o medale olimpijskie. Już drugie miejsce wywalczone przed rokiem w konkursie drużynowym na mamucie w Planicy oraz cztery miejsca Polaków w pierwszej piętnastce w konkursie w Lillehammer zasygnalizowały, że plan treningowy przygotowany przez tego byłego skoczka, nie ukrywajmy, raczej średniej klasy, zaczął przynosić efekty. Na tyle poważne, że w tym sezonie postawiono przed jego ekipą zadanie, które jeszcze przed dwoma laty zdawałoby się nieosiągalne - wprowadzić trzech, czterech Polaków do finałowej trzydziestki. Nie raz, ale regularnie...
Plan został wykonany tylko częściowo, gdyż jak się szybko okazało, największym problemem zawodników była psychika. - Na treningach i serii próbnej skaczemy daleko, a w konkursie niestety nie. Każda drużyna coś psuje, nikt nie umie skoczyć idealnie, sęk w tym, że nam nie wyszły dwa skoki, a większości ekip tylko jeden. Kamilowi na przykład brakuje stabilizacji. A dopóki nie ma automatyzmu, nie ma gwarancji, że skoki będą równe - analizował trener naszej kadry.
Rozczarowany Apoloniusz Tajner nie ukrywał, że jeszcze przed mistrzostwami w lotach narciarskich w Oslo zamierza przyjrzeć się pracy Kamila Wódki, psychologa kadry. Kto wie, czy nie oznacza to, że do pracy ze skoczkami nie wróci psycholog Jan Blecharz, który jest jednym z autorów sukcesów Adama Małysza. Skoczek z Wisły właśnie dzięki pracy z tym specjalistą może o sobie powiedzieć, że nic nie jest go w stanie wyprowadzić z równowagi. Niestety ani w przypadku Stocha, ani Rutkowskiego, tak powiedzieć nie można.
Polscy olimpijczycy, którzy już dziś o 16 wylądują na warszawskim Lotnisku im. Fryderyka Chopina, na odpoczynek nie będą mieli zbyt wiele czasu. Już w najbliższy weekend kadra olimpijska z Małyszem na czele weźmie udział w konkursie Pucharu Kontynentalnego w Wiśle. Przed zawodnikami jest także walka w Pucharze Nordyckim oraz w kończących sezon mistrzostwach świata w lotach narciarskich, które odbędą się w Planicy.
Małysz, który zajmuje aktualnie szóste miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, na walkę o Kryształową Kulę szans już nie ma. Najważniejsza jednak wydaje się właśnie walka o pierwszy indywidualny medal MŚ w lotach. Jak dotychczas najlepszym wynikiem na tej imprezie było 9. miejsce wywalczone przed dwoma laty w Oberstdorfie.
Nasz najlepszy skoczek obiecał, że ze sportem jeszcze nie kończy i na pewno wystąpi w przyszłorocznych MŚ w Oslo, gdzie będzie walczył o kolejne medale. Polakowi najprawdopodobniej - podobnie jak w tym i poprzednim sezonie - będą sekundowali Lepistoe i Mateja. Pytanie, czy pojawią się sukcesorzy "Orła z Wisły".
PZN w ostatnich latach zadbał, kosztem innych dyscyplin, o rozwój skoków narciarskich. Mamy trzy niezłe ośrodki treningowe, które cieszą się sporą renomą także wśród zawodników ze światowej czołówki.
W Szczyrku i Wiśle jeszcze przed igrzyskami trenowali złoci medaliści z konkursu drużynowego. Zainwestowano także w rozwój programu poszukiwania następców Małysza. Szósta edycja Lotos Cup "Szukamy następcy mistrza" wystartowała w styczniu tego roku. Triumfatorami tej imprezy byli niegdyś Klemens Murańka i bracia Miętusowie. Starszy Krzysztof już zadebiutował na igrzyskach, a Grzegorz całkiem nieźle spisywał się w PŚ w Klingenthal i Willingen, gdy dwukrotnie wywalczył sobie miejsce w finałowej trzydziestce.
Jeśli więc starzy wyjadacze - Marcin Bachleda czy Rutkowski - nie dają sobie rady z presją, to powinni ustąpić w kadrze miejsca młodszym. Ten system sprawdził się u Austriaków czy u Niemców, czemu nie miałby też w Polsce?
@RY1@i02/2010/038/i02.2010.038.000.018a.001.jpg@RY2@
Fot. Reuters/Forum
Adam Małysz z Vancouver wyjeżdża z dwoma srebrami
Marta Pytkowska
marta.pytkowska@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu