Srebro Małysza na dobry początek
Skoczek z Wisły w sobotę sięgnął po swój trzeci medal olimpijski. To dziewiąty krążek dla biało-czerwonych w historii igrzysk zimowych. Trzecia część tego dorobku jest dziełem Polaka, który w Vancouver wystartuje jeszcze na dużej skoczni
Adam Małysz znów jest wielki. Polski skoczek w Whistler przegrał tylko z Szwajcarem Simonem Ammannem, a w tyle zostawił wszystkie austriackie gwiazdy, z Gregorem Schlierenzauerem na czele. A przecież jeszcze przed kilkoma tygodniami stawianie na Małysza jako jednego z faworytów igrzysk było uznawane za naiwność. Ammann, Schlierenzauer, Thomas Morgenstern mieli podzielić medale między siebie. Polak był jednym z wielu pretendentów, ale raczej nie do medalu, tylko do miejsca w dziesiątce.
- Małysz to gigant, jeśli chodzi o psychikę - twierdzi Apoloniusz Tajner, prezes Polskiego Związku Narciarskiego, były trener polskiego skoczka. - Pamiętam, jak to wszystko się zaczęło, ta wielka małyszomania. Gdy w 2001 r. wygrywał Turniej Czterech Skoczni, stanąłem obok niego na podium, a on, przecież wielki i wspaniały zwycięzca, po prostu się skulił i chciał uciekać. Od tego czasu wiele się zmieniło i to, co było słabością Małysza, teraz jest jego siłą. On sam twierdzi, że presja tylko mu pomaga.
- Adam przeszedł pełny trening psychologiczny. I teraz już nie potrzebuje nikogo do pomocy. Wie, jak zorganizować sobie czas, że jest czas dla kibiców, jest czas dla dziennikarzy i jest czas na trening - tłumaczy Tajner. Efekty pracy widać... Małysz ten sezon rozpoczął nieźle, ale nic nie zapowiadało tak wielkiego sukcesu. Średnio w każdym skoku Polak do najlepszych tracił po 10 m, a na podium stawał tylko dwa razy, w Lillehammer i Klingenthal.
W Vancouver na średniej skoczni z Ammannem przegrał o 4,5 metra, a ze Schlierenzaurem wygrał o pół metra. Niespodzianka? Zmiana sposobu trenowania i techniki samego lotu, którą jeszcze latem wprowadził Hannu Lepistoe. Zamiast wysoko, bardziej płasko, tak jak to teraz robią najlepsi. Małyszowi przestawić się nie było łatwo, wciąż powtarzał, że to jeszcze nie to, że wciąż są problemy. A to z pozycją dojazdową, a to z momentem samego odbicia. W Kanadzie w końcu wszystko zaskoczyło. - Skoki Adama są już doskonałe - napisał fiński szkoleniowiec Polaka na swoim internetowym blogu.
Wysoką formę Polak pokazał już podczas treningów, gdy ustanowił rekord obiektu - 109 m. W pierwszej serii konkursu finałowego na oddanie tak dalekiego skoku nie było szans. 103,5 w niezłym stylu dało Małyszowi 3. miejsce tuż za Michaelem Uhrmannem i Simonem Ammannem. W drugiej serii Polak zaatakował, dodał jeszcze półtora metra, podczas gdy Uhrmann skoczył tylko 102 m. Ammann był poza zasięgiem, pofrunął na 108. metr i zagwarantował sobie trzeci tytuł mistrza olimpijskiego.
Tajemnica sukcesu? Konsekwencja, wiara we własne siły oraz współpraca z Hannu Lepistoe. - Hannu to fachowiec, który potrafi przygotować skoczka na daną imprezę, na najważniejsze zawody w sezonie. Stażem i doświadczeniem góruje nad pozostałymi trenerami. Cechuje go stoicki spokój. Rzadko okazuje emocje. Ale nawet Hannu, zwykle obserwujący skoki z kamienną twarzą, pokazał radość po drugim skoku Adama. Puściło go, okazał emocje. Pierwszy raz coś takiego widziałem. Z reguły nie daje po sobie poznać, że coś go raduje - tłumaczy Jan Szturc, pierwszy szkoleniowiec skoczka z Wisły. - Kiedy prowadziłem małego Adama na skocznię w Wiśle, nie przypuszczałem, że ta historia tak pięknie się potoczy. Marzenia były mniejsze, bardziej realne. Myślałem, że może uda mu się zdobyć mistrzostwo Polski w klubie Wisła, bo była u nas posucha, a potem Adam zaczął zdobywać tytuły i się zaczęło - wspomina szkoleniowiec.
Małysz, który przed igrzyskami zapowiadał, że interesuje go tylko złoto, w sobotę będzie mógł się zrewanżować Szwajcarowi. - Po konkursie o mistrzostwo świata w Sapporo powiedziałem, że Adamowi odleciał tylko bocian. W sobotę lepszy był od niego tylko Ammann, ale na dużej skoczni górą będzie już Adam - prorokuje Szturc. Należy liczyć, że do walki włączą się także pozostali polscy reprezentanci. Kamil Stoch był 27. Krzysztof Miętus i Stefan Hula odpadli po pierwszej serii.
Jak zobaczyłem, że po drugim skoku prowadzę, to łzy stanęły mi w oczach. Później skakał Uhrmann, ale jemu nie wyszło i już mogłem być pewny, że mam srebro. A złoto? Ammann był poza zasięgiem wszystkich. To mój kolejny medal olimpijski po Salt Lake City. W Turynie wiemy, jak było, a teraz udowodniłem, że także starsi zawodnicy mogą wygrywać. Spełniłem pewne cele, które postawiłem sobie na początku tego sezonu. To jest niezwykły sukces. I widać, że muszę mieć jakiś tam talent, skoro te medale wciąż zdobywam...
Jak szedłem na skocznię, spotkałem kibica z Radia Maryja, który powiedział mi: "Niech pan zrobi ten pierwszy krok!". No i zrobiłem. Wszyscy w wiosce wciąż mi przypominali, że to mogą być dla Polski najlepsze igrzyska w historii i że to ja mam zdobyć ten pierwszy medal. Cieszę się, że dołożyłem do tego swój udział i że otworzyłem ten worek z sukcesami.
Udusić Ammanna? Nie ma mowy, on jest sympatyczny. A ja nie chcę iść do więzienia. Ale faktycznie on teraz jest niesamowicie mocny.
Z czwartku na piątek byłem niewyspany. Przed konkursem postanowiłem, że się położę o 11, by wstać o 6 rano od razu na śniadanie. Niestety koło czwartej Stefankowi zadzwonił telefon komórkowy. Szybko go wyłączył, ale i tak nie spałem do piątej. A dzwonił operator komórkowy.
Już spełniłem swój cel, teraz jest mi znacznie lżej. Dzięki czemu w kolejnym konkursie będzie też łatwiej skakać. A o złoto będę walczył!
@RY1@i02/2010/031/i02.2010.031.000.0020.001.jpg@RY2@
Fot. PAP/EPA
Adam Małysz na olimpijskiej skoczni w Whistler Park okazał się gorszy tylko od Simona Ammanna. Polak utarł natomiast nosa młodym wilczkom z Austrii
współpraca Małgorzata Chłopaś
Marta Pytkowska
marta.pytkowska@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu