Nieprawda, że Małysz się skończył
Po pierwsze nie czytam gazet, po drugie staram się także nie oglądać wiadomości sportowych. Ale doskonale wiem, że forma rośnie. I tym moim drugim miejscem w Klingenthal udowodniłem, że Małysz dalej się liczy, że jest bardzo groźny, że rywale powinni się mnie obawiać, że poczuli mój oddech na plecach. Wiem jednak, że niektórzy postawili już na mnie krzyżyk. Ale ja zawsze powtarzam: wiara czyni cuda, i trzeba zawsze wierzyć w to, co się robi. Gdybym nie wierzył, że efekt przyjdzie, to na pewno nie chciałbym pracować z takim doskonałym trenerem jak Hannu Lepistoe. On ma wszystko dobrze poukładane i doskonale wie, co robić. Nie mam też sobie nic do zarzucenia, jeśli chodzi o przebieg przygotowań letnich. Oprócz tego, że musiałem sobie odpuścić jeden miesiąc z powodu kontuzji, to reszta przebiegła tak, jak to sobie zaplanowaliśmy. A Hannu wciąż powtarzał, że trzeba być spokojny, bo forma na pewno przyjdzie.
Każdy, kto jedzie na igrzyska, chce wrócić z medalem. To nie jest tak, że zawodnicy myślą sobie: no fajnie jest być reprezentantem Polski na igrzyskach, i już jest OK, plan wykonany. Przecież to wiele miesięcy przygotowań, każdy chce się pokazać z jak najlepszej strony. Nie wolno też zapominać, że igrzyska rządzą się własnymi prawami i często wygrywają osoby, które nie są uważane za faworytów. W Vancouver liczę, że to ja sprawię niespodziankę.
Tak naprawdę o tym, czy będziesz, czy nie będziesz medalistą igrzysk, decydują dwa skoki. Z drugiej strony to moje czwarte igrzyska. I choć każde z nich były inne i na każdych miałem zupełnie inną formę, zawsze jechałem po medal. Tak naprawdę najlepiej wystąpiłem w Salt Lake City, ale tam byłem murowanym faworytem. Niektórzy uznali nawet, że to, że wróciłem bez złota, było moją porażką. Zdobyłem dwa medale, srebrny i brązowy, i to był ogromny sukces i wiem, że wówczas nie zamieniłbym ich na złoto. Także tym razem będę chciał walczyć o medal. Niektórzy mogliby spytać, dlaczego teraz tak otwarcie o tym mówię. Starzeję się, a to są najprawdopodobniej moje ostatnie igrzyska, więc dlatego. Z jednej strony musiałem postawić wszystko na jedną kartę, z drugiej gdybym jechał na olimpiadę i wszędzie opowiadał, że jadę sobie po prostu powalczyć, skoczyć sobie dwa razy, to nikt nie brałby mnie na poważnie.
Nie lubię się bawić w jakieś typowanie. Przede wszystkim trzeba dobrze skakać, jeśli będę dobrze skakał, wszystko jest możliwe. Moje skoki w Klingenthal były zadowalające. Zakopane to był krok do przodu, Oberstdorf - bardzo fajny pierwszy skok, w drugim trochę za bardzo się wycofałem i nie zdążyłem się już tak dobrze odbić jak w poprzednim skoku. Ale to już był dla mnie sygnał, że nawet jak popełniłem błąd na progu, skoczyłem te 197 m. I dawało mi to miejsce w pierwszej szóstce. Jestem optymistycznie nastawiony i po ostatnich wynikach psychicznie podbudowany. Teraz życzę sobie szczęścia, świeżości w nogach, i będziemy walczyć.
Ani przez moment. Dochodziły nas gdzieś z zewnątrz głosy, że może jednak nie przygotowaliśmy się zbyt dobrze, że może Hannu przesadził z obciążeniami. Ale ja starałem się wówczas koncentrować na sobie i na tym, że pracuję z doskonałym szkoleniowcem. Hannu potrafi nie tylko cuda robić, ale jest pewny tego, co robi. Nigdy w niego nie zwątpiłem. Czasem tylko zastanawiałem się, dlaczego pewni ludzie starają mi się wmawiać, że się skończyłem. Ale to mnie tym bardziej napędzało.
Moje skoki były w tym sezonie całkiem dobre, ale jakieś tam drobne błędy zawsze się pojawiały. W trakcie sezonu olimpijskiego, podczas zawodów, jest bardzo trudno to poprawić. Nawet jeśli poprawa wystąpi podczas serii próbnych, przychodzi później konkurs i znów chce się pójść na całość, a wówczas te błędy wychodzą. Ja starałem się tym jednak nie przejmować i realizowałem założony plan przygotowań. I na pewno przełomowym momentem był trening w Ramsau przed lotami i same loty, a później trening w Szczyrku, przed konkursami w Zakopanem. Wówczas już wiedziałem, że te skoki są coraz lepsze. Zyskałem pewność siebie, skakałem równo i dobrze technicznie.
To jest dla mnie bardzo miłe, że także moi rywale doceniają moją ciężką pracę, mój trud, żeby naprawdę być z tymi najlepszymi i z nimi konkurować. Z drugiej strony patrzę na siebie. Nie zwracam uwagi na informacje o Austriakach, którzy mieli jakieś cudowne kombinezony, i pytania, dlaczego my takich nie mamy. Od sprzętu mam trenerów, serwismenów, którzy się tym zajmują. Ale kombinezony same nie skaczą, kombinezon może pomóc, ale jeśli się źle skacze, to na pewno sam nie poniesienie zawodnika.
@RY1@i02/2010/030/i02.2010.030.000.0014.001.jpg@RY2@
Fot. PAP/EPA
101 metra, 102,5 metry, 104 metry... Na takie odległości skakał Małysz podczas pierwszych treningów w Whistler
32-letni skoczek z Wisły, srebrny i brązowy medalista olimpijski z Salt Lake City (2002), czterokrotny indywidualny mistrz świata, czterokrotny (w tym trzykrotny z rzędu) zdobywca Pucharu Świata, triumfator Turnieju Czterech Skoczni
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu