Dziennik Gazeta Prawana logo

Tomek i Adrian! Dziękujemy za złoto

XXX igrzyska olimpijskie już za nami. Czas na analizę naszych sukcesów i porażek . Tych drugich, tradycyjnie, było więcej

Chociaż każdy trzeźwo myślący kibic doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jakie realnie możliwości ma polska reprezentacja olimpijska, jak zawsze pełno było w nas nadziei, że może jednak tym razem uda się, choćby z zaskoczenia, osiągnąć więcej, niż wskazywałby zdrowy rozsądek. Rozczarowanie przyszło jednak dość szybko. Straconych szans było znacznie więcej niż powodów do dumy. Ot, kolejny raz zostaliśmy sprowadzeni na ziemię.

PRZEGRANI

Jechali do Londynu po złoto, a w najgorszym wypadku po medal, a skończyli tak jak zawsze, czyli w ćwierćfinale. Od początku turnieju grali źle, nawet w wygranych meczach popełniali za dużo błędów. Szczytem była jednak porażka z Australią, która sprawiła, że rywale mogli zapisać sobie najcenniejsze zwycięstwo w historii. A nasz zespół wpadł na Rosjan, którzy biało-czerwonych rozbili koncertowo.

Nie licząc kilku wyjątków, wszyscy zbojkotowali kanoniczne olimpijskie hasło "wyżej, szybciej, dalej", wcielając w życie własne: niżej, wolniej, bliżej. Dla niektórych wizyta na stadionie olimpijskim trwała krócej niż jedzone wcześniej śniadanie. Pięć minut i po zawodach. Sam siebie przeszedł, a w zasadzie przerzucił młociarz Paweł Fajdek, który przyjechał - jak wszyscy twierdzą - po złoto, ale w eliminacjach nie udało mu się ani razu dobrze zrobić tego, co ćwiczył przez ostatnie cztery lata. Polacy stworzyli w Londynie nową dyscyplinę: ciężka atletyka.

Cztery mecze, trzy porażki - taki był bilans krakowskiej tenisistki w olimpijskim turnieju. Sklasyfikowana na drugim miejscu w światowym rankingu zawodniczka miała walczyć o medal w singlu, a wygrała tylko w I rundzie debla, w parze z siostrą Urszulą. Poza tym - klęska. Na każdym polu, także wizerunkowym. Pal sześć rozdmuchaną ponad miarę aferę z orzełkiem i strojem, ale ludzi uderzało to, że Radwańska podeszła do tej imprezy ostentacyjnie lekceważąco.

To, co w Aquatics Centre wyprawiali polscy pływacy, przejdzie do niechlubnej historii polskiego sportu. O medal otarł się tylko Radosław Kawęcki, który zajął czwarte miejsce. Najbardziej zawiódł Konrad Czerniak, który miał zdobyć medal na 100 metrów motylkiem, a w finale przypłynął ostatni. - Wszystko szło bardzo dobrze, a gdy dopłynąłem do mety i spojrzałem na tablicę wyników, to bardzo się zdziwiłem, że było tak słabo - powiedział. Do finału nie udało się wejść Otylii Jędrzejczak, która bardziej się kąpała, niż pływała.

My zdobywamy medale MŚ w roku poolimpijskim lub przedolimpijskim, inni stają na podium w czasie igrzysk. Czyli wtedy, kiedy trzeba. To typowa dla polskiego sportu przywara. Jeden brązowy krążek kajakarzy (K-1500 m pań) to mało, bo miały być trzy. Gdy jednak w sprincie rywale ruszali ze startu, Piotr Siemionowski wkładał dopiero wiosło do wody. Brak koncentracji, ale i brak formy, co potwierdził mierny występ mistrza świata w finale B. Wciąż czekamy na pierwsze olimpijskie złoto w tej dyscyplinie.

- Chcecie to usłyszeć? Proszę bardzo, nie nadaję się do tego sportu - taką samokrytykę złożył nasz trzykrotny mistrz świata po tym, jak na pomoście nie zaliczył rwania (kat. 105 kg). A po wycofaniu się trójki najgroźniejszych rywali miał autostradę do złota. Tyle że dźwiga się głównie głową, nie mięśniami. I to głową przegrał 30-letni Dołęga swoją życiową, ostatnią szansę na olimpijskie podium. "Nie wiem, co się stało, nic mi nie dolegało. Po prostu nie mogłem tej sztangi zblokować, a 190 kg to ja wyrywam zawsze, nawet obudzony w środku nocy - tłumaczył jak zbity pies. Zawodów nie rozgrywano jednak w środku nocy.

W fechtunku Polacy wygrali w Londynie ledwie dwie z ośmiu walk (w turniejach indywidualnych). Radosław Zawrotniak odgrażał się, że przyjechał po złoto i zdobędzie je w 68. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Po występie (porażka i do domu) narzekał już tylko, że w jego klubowej salce nie ma okien. Polscy trenerzy świętowali jednak sukcesy. Paweł Kantorski doprowadził do srebra podopiecznego z Egiptu (floret), z kolei Edward Korfanty stworzył potęgę amerykańskiej szabli kobiet. Jego Mariel Zagunis to mistrzyni olimpijska z Aten i Pekinu, w Londynie była czwarta. I szpadzista Bartosz Piasecki, który złoto zdobył dla Norwegii, a na co dzień trenuje pod okiem ojca. I żyje z pensji nauczyciela. Czyli można.

Z kolejnych, czwartych już igrzysk ta dyscyplina nie przywozi medalu. Czekamy od 1996 r., gdzie złoty był Paweł Nastula, a srebrna Aneta Szczepańska. W Atenach walkę o brąz przegrał Robert Krawczyk, w Pekinie Przemysław Matyjaszek, a w Londynie Paweł Zagrodnik. Sporą szansę na medal miała Daria Pogorzelec, lecz nie chciała zadawać bólu kontuzjowanej, kulejącej rywalce. Więc ta rywalka rzuciła w końcu Polkę na plecy.

WYGRANI

- Poczułam ból. Nie mogłam się w ogóle pochylić do przodu, każda czynność sprawiała mi trudność - to nie jest opowieść mającej problemy z kręgosłupem 60-latki, tylko brązowej medalistki w wioślarskiej dwójce podwójnej Magdaleny Fularczyk, która dzień przed finałem nabawiła się poważnej kontuzji. Wzięła zastrzyki, zacisnęła zęby i razem z Julią Michalską popłynęły po medal. Po wyścigu nie mogła wyjść z łodzi o własnych siłach, a na dekorację zawieziono ją na wózku.

Kiedy dziennikarze domagają się od dwukrotnego mistrza olimpijskiego głębokich i metafizycznych przemyśleń na temat pchnięcia kulą i osiąganych przez siebie sukcesów, on spogląda na nich z politowaniem. - Co myślałeś, kiedy kładłeś się spać po zdobyciu złota? - Specjalnie patetycznych myśli nie miałem. - A podczas dekoracji? - Nieee, wtedy myśli się o takich bzdurnych rzeczach, jak to, żeby dobrze wyglądać w telewizji. Jest jedyny w swoim rodzaju. Również dlatego, że jak nikt potrafi przygotować się do najważniejszych imprez.

Konkurs finałowy rzutu młotem nie układał się dla niej dobrze, ale widać było, że jest w świetnej formie. Rzutem z ostatniej serii, na odległość 77,60 m, zapewniła sobie srebrny medal. Złota z rewelacyjną Ukrainką Tatianą Łysenko wygrać się nie udało, ale srebrny medal jest wielkim sukcesem Anity, która zadedykowała go przedwcześnie zmarłej Kamili Skolimowskiej. Ten medal jest jedną z dwóch polskich wisienek na lekkoatletycznym torcie, który - gdyby nie Włodarczyk i Majewski - kojarzył nam się bardziej z miejscem kaźni.

Istniało prawdopodobieństwo, że na igrzyska w ogóle nie poleci. Miał problem z nadgarstkiem, trenował na silnych środkach przeciwbólowych. I dźwignął brąz w kategorii 105 kg, bo złota nie chciał Marcin Dołęga. A przecież 28-letni Bonk to zawodnik, który nigdy nie stał nawet na podium MŚ czy ME. - Na pewno będzie mi teraz łatwiej utrzymać rodzinę. Ten medal to druga rzecz, która mi w tym roku wyszła. Pierwsza? Bliźniacza ciąża żony, będziemy mieli dwie córki - wyjaśniał zawodnik Budowlanych Opole. To mamy dla córek imiona: Olimpia i Wiktoria.

To on uratował honor polskich zapasów, które nie mogły się doczekać olimpijskiego medalu od igrzysk w Atlancie. 23-letni zawodnik Śląska Wrocław wyszarpał brąz, a po dekoracji, przed kamerą TVP, płakał jak bóbr ("bo stanęły mi przed oczami te cztery lata wyrzeczeń). Choć to twardziel. - Miałem przed igrzyskami z dziewczyną sprzeczkę. Kocham ją, ale przed zawodami nie okazuję uczuć, jestem zimny i to ją bolało. Rozmawialiśmy już jednak, teraz wrócę do domu i wreszcie pobędziemy razem - uspokajał. Jeszcze kilka lat temu dorabiał jako bramkarz na dyskotekach.

Po olimpijskie złoto wyprawił się z maleńkiej Mroczy, gdzie trenuje w klubie Tarpan. Choć przed igrzyskami ćwiczył też sporo w Osetii Południowej, wchodząc zresztą z tego powodu w konflikt z PZPC. Mistrz jest pod wyraźnym wpływem swego mentora Szymona Kołeckiego, który od zawsze darł z krajową federacją koty. Niech tylko nie straszy zmianą obywatelstwa. Bo to państwo dawało mu na przygotowania, to państwo zapłaci za medal 120 tys. zł i to państwo będzie przelewać co miesiąc emeryturę w wysokości średniej krajowej.

Takie wydarzenia przechodzą do historii. Zawodniczka Gwardii Zielona Góra ustrzeliła srebro w pierwszej konkurencji igrzysk. Zgodnie z tradycją medal na szyi wieszał jej zatem sam prezydent MKOl. Jacques Rogge. Podobnie piękne chwile przeżywaliśmy w 1996 roku, gdy imprezę w Atlancie otworzyła złotem Renata Mauer, wtedy nagradzana przez Juana Antonia Samarancha. Zdolna dziewczyna z tej Sylwii. Potrafi też wymienić skrzynię biegów w samochodzie. - Nie wymieniam tylko świec i paska rozrządu - wyjaśnia. No dziewczyna na medal.

O Grzegorzu Fijałku i Mariuszu Prudlu przed igrzyskami mało kto w Polsce słyszał, a tymczasem w Londynie mieli piłkę meczową na wejście do finału. Ostatecznie przegrali z mistrzami świata Emanuelem i Alisonem i turniej zakończyli w ćwierćfinale, ale wcześniej pokonali najlepszą parę tegorocznego rankingu, Amerykanów Jacoba Gibba i Seana Rosenthala. Wynik na igrzyskach mógł być lepszy, gdyby nie fakt, że Fijałek przez ostatnie pół roku leczył kontuzję.

@RY1@i02/2012/156/i02.2012.156.00000160a.819.jpg@RY2@

AP

@RY1@i02/2012/156/i02.2012.156.00000160a.820.jpg@RY2@

IMAGO/East News

Przemysław Franczak, Paweł Hochstim, Wojciech Koerber, Londyn

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.