Dziennik Gazeta Prawana logo

Kruczek: Pomnik? Beton nie zdąży się związać

28 czerwca 2018

Rozmowa z Łukaszem Kruczkiem, trenerem kadry skoczków narciarskich

@RY1@i02/2014/036/i02.2014.036.000002800.802.jpg@RY2@

ANDRZEJ GRYGIEL/PAP

To co, wróci pan teraz do domu i powie: "Żono, jedziemy na wakacje do Soczi"?

Cha, cha, właśnie się nad tym zastanawiałem. Cóż, to na pewno będzie miejsce, które będzie mi się dobrze kojarzyć.

Wyjedzie Pan stąd z uczuciem...

...zmęczenia. Igrzyska wyssały z nas sporo energii. To dosyć długi wyjazd, bardzo monotonny, obciążający. Z jednej strony staraliśmy się jak zawsze ustawiać zawodników pod takim kątem, że to są kolejne, normalne zawody, a z drugiej - mieliśmy świadomość rangi tej imprezy, towarzyszącym jej presji, oczekiwaniom. To męczące.

Dzień po konkursie drużynowym, kiedy presji już nie było, wstał pan rano, obejrzał się wstecz i szeroko uśmiechnął?

Było inaczej. Jak się obudziłem, to już trzeba było zastanowić się, co dalej. Przed nami są inne duże wyzwania. Nie ma miejsca na rozluźnienie.

Mawia pan czasem, że w Polsce albo lubimy ścinać głowy, albo stawiać pomniki. Ten pański gdzie będzie?

Myślę, że nie będzie. W skokach wszystko się za szybko zmienia i beton nie zdąży się związać.

Ale zdaje pan sobie sprawę, że jak wyląduje w Polsce...

Nie wyląduję. Z Soczi lecimy do Zurychu, a stamtąd samochodami wracamy do kraju.

Tak czy inaczej, zapewne sporo się wokół pana zmieni.

Oby nie. Ja nie mam zamiaru się zmieniać. Rozmawiamy o tym z zawodnikami: czy jest sukces, czy porażka - nie zmieniaj się. Przypuszczam, że będzie jakiś szum, ale ja nie zamierzam się temu poddawać. Tak jak do tej pory kontakt ze mną był utrudniony, to nadal tak pozostanie.

"Taniec z gwiazdami"?

Nie ma takiej możliwości.

Kiedy zaczynał pan pracę trenera, widział pan te olimpijskie medale w myślach? Mówił pan sobie: chciałbym być kiedyś pracować z reprezentacją i zrobić wielki wynik?

Nie.

Dlatego że pan się tego nie spodziewał?

Każdy marzy o wynikach, ale... Fajnie, że jest to olimpijskie złoto, ale to już za nami. Trzeba iść dalej. Nigdy nie celowałem daleko, tylko patrzyłem pod nogi. Nie da się przewidzieć, co stanie się na końcu. Ktoś może wyskoczyć z nowym sprzętem. Można mieć pecha do warunków. Skoki są jak biatlon. Świetnie lecisz, ale jak przytrafią się dwa pudła na strzelnicy, to po tobie.

Trochę tak było w konkursie drużynowym?

Co tu kryć, apetyty nam urosły. Gdyby nie było medali Kamila, inaczej byśmy podeszli do tego wyniku. Gdyby pierwsza seria była tak dobra jak druga... To dla nas nauka. Gdybyśmy mieli jeszcze raz wybierać, to pewnie skład byłby taki sam, ale być może inaczej byśmy zawodników poustawiali. Ale to już historia.

Zawodnicy byli bardzo rozczarowani?

Różnie do tego podeszli. Jasiek Ziobro w konkursie drużynowym oddał najlepsze skoki na igrzyskach. Piotrek miał jedną próbę słabszą, Kamil zresztą też. Konkurs mógł wyjść lepiej, to jasne. Ale czy czwarte miejsce jest złe? Okej, najgorsze dla sportowca, natomiast od początku wiadomo było, że sześć drużyn będzie walczyć o medal, a trzy zostaną z niczym.

Maciej Kot przeżywał każdy konkurs, sprawiał wrażenie niezadowolonego.

Maciek przypomina mi Kamila sprzed kilku lat. Chłopaka o niesamowitej ambicji. Ta ambicja czasami go gubi. Na średniej miał fajny konkurs, na dużej - pecha. Skakał dobrze, ale w trudnych warunkach. I pewnie jakby przepytać chłopaków, to wyszłoby, że to on jest najbardziej zawiedziony igrzyskami. A ja uważam, że to jest złe podejście. Był to jego debiut olimpijski, jego skoki były bardzo dobre i przed nim jeszcze kilka igrzysk. Są tacy, którzy w wieku 20 lat osiągają wszystko, inni muszą czekać do czterdziestki.

Stoch swoją ambicję już ostatecznie poskromił?

On dalej jest ambitny, ale już wie, w którym momencie powiedzieć sobie: stop. Dawniej nie miał świadomości, co go może zgubić.

A gdyby miał pan wymienić trzy rzeczy, które powinien poprawić?

Zawsze się znajdą. Ale nie powiem. Za chwilę tylu trenerów-analizatorów się znajdzie, że się z tym nie ogarniemy. Nie ma jednak skoków idealnych. Albo tu się coś spóźni, albo narta wykantuje, zawsze nad telemarkiem można popracować, pozycją dojazdową.

Stoch wygrywa, bo umie szybko wprowadzać korekty?

To cecha zawodników wybitnie utalentowanych. Jedno słowo i na nowo maszyneria jest zaprogramowana. Działa - w porządku. Nie działa - wyrzucamy. Można powiedzieć śmiało: to jest jeden z największych zawodników.

Jest pan teraz jak selekcjoner piłkarskiej reprezentacji. Każdy pana wybór jest komentowany. Drażni to pana?

Myślę, że selekcjoner ma łatwiej - może dokonać zmian w trakcie meczu. U nas decyzje są trwałe. Dla mnie najtrudniejsze są te personalne. Dlatego nie podejmuję ich sam.

W kadrze są partnerskie relacje. To trudne powiedzieć: "Ty nie skaczesz"?

Trudne dla obu stron. Choć... Znowu będę musiał nawiązać do tego krachu z zeszłego sezonu, gdy wszystko się waliło i pomogły rozmowy, to pisanie przemyśleń mazakiem po lustrze. Od tego momentu z zawodnikami się łatwiej rozmawia.

Ciągle słyszy pan pytanie o oferty pracy z zagranicznych federacji.

I zawsze odpowiadam tak samo: to nie jest temat na teraz.

A byłby pan gotów wyjechać za granicę?

Nie zastanawiałem się nad tym. Rozmawiałem z chłopakami ze sztabu, bo też padło z ich strony takie pytanie. Odpowiedziałem: bez was się nie ruszam.

Prezes Tajner z ofertą podwyżki też nie przyszedł?

Też nie. Tego typu kwestie można rozwiązywać po sezonie. Teraz nawet trudno by było siąść i nad czymś takim się zastanowić. Jest kilka wariantów, co można w przyszłości robić, ale na razie jesteśmy tu i działamy w kontekście kolejnych zawodów.

Panu teraz wygasa umowa z PZN?

Nie, jestem zatrudniony na etacie. Mam dwutygodniowy okres wypowiedzenia.

Przemysław Franczak

 Soczi

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.